Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Космическая фантастика » Dalekie szlaki [Галактическая разведка - pl]
Dalekie szlaki [Галактическая разведка - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Dalekie szlaki [Галактическая разведка - pl]

Электронная книга - «Dalekie szlaki [Галактическая разведка - pl]». Краткое содержание книги:

Trafiamy oto na Ziemię dalekiej przyszłości. Nie wiemy dokładnie, który to rok, lecz „czytając między wierszami” przypuszczam, że akcja rozgrywa się w okolicach przełomu trzeciego i czwartego tysiąclecia. Ludzie osiągnęli technologiczne szczyty. Na Ziemi kontrolują pogodę, w kosmosie, dzięki silnikom wykorzystującym tzw. efekt Taniewa, poruszają się z prędkością wielokrotnie przewyższającą szybkość światła. Krótkodystansowa komunikacja odbywa się za pośrednictwem fal mózgowych, a na obiekty fizyczne wpływać można dzięki swobodnie generowanym polom siłowym. Uporano się ze wszystkimi wielkimi plagami ludzkości, takimi jak katastrofy naturalne, głód, choroby… I nie, nie ma żadnego „ale”. Homo sapiens osiągnął ostateczną formę dobrobytu oraz szczęścia na Ziemi i zajął się zaawansowaną eksploracją Wszechświata. Nawiązano kontakt z wieloma inteligentnymi rasami, ale żadna z nich nie dorównuje poziomem zaawansowania technicznego człowiekowi. Wygląda więc na to, że ludziom przypadła rola przodowników kosmosu. Do czasu… Na arenie międzygwiezdnych zdarzeń pojawiają się potężni i zagadkowi Galaktowie oraz złowrodzy Niszczyciele. Bohaterowie wyruszają na sztuczną planetę Orę, gdzie odbyć ma się wielka konferencja z udziałem wszystkich zjednoczonych pod przewodnictwem człowieka inteligentnych gatunków. Jej uczestnicy zadecydują, jakie kroki należy podjąć w związku z odkryciem nowych ras i na jakich zasadach spróbować nawiązać z nimi kontakt.
1 ... 36 37 38 39 40 41 42 43 44 ... 71
Перейти на страницу:

Mój niepokój wywarł chyba na nim wrażenie, bo myślał przez długą chwilę, zanim powiedział:

— Niepotrzebnie mnie chwaliłeś. Myślałem o jednostkowej, osobniczej niewidzialności Niszczycieli, a nie o znikaniu ich krążowników w obszarze nadświetlnym.

Pod tym względem my również jesteśmy niewidzialni, ale nie o to przecież chodzi. Nie, myślę, że oni są realnie niewidzialni.

— Nadal podtrzymujesz swą hipotezę?

— Nie wiem. Chciałbym się mylić. To straszne, jeżeli mam rację!

Powiedział to tak przejętym głosem, iż nie na żarty się przeraziłem. Zapalczywego, niespokojnego, bałaganiarskiego Andre widziałem na co dzień, ale Andre lękającego się czegoś nie znałem. Po wydarzeniu, jakie zaszło na Plejadach, nie mogę się wyzbyć myśli, że Andre już wówczas niejasno przeczuwał katastrofę.

6

Z tyłu pozostał rozproszony gwiezdny welon Stożarów. Przybliżaliśmy. się do centrum gwiazdozbioru. Wokół nas świecą setki jaskrawych słońc. Kosmicznej pustki jednak jest pod dostatkiem: gwiazdy odległe są od siebie wprawdzie nie o dziesiątki lat świetlnych jak u nas; ale jednak nie bliżej niż o rok świetlny. Idziemy nadal kursem na Elektrę.

Na pokładzie statku zawiązała się grupa badawcza. Włączono do niej także Kamagina i Gromana. Przewodniczy jej Andre, a ja jestem jego zastępcą.

Spytałem kiedyś Lusina:

— Jak się miewa Trub? Nie wyrywa się na zewnątrz?

Twarz Lusina tak się rozpromieniła, że odpowiedź była jasna bez słów.

— Przygotowuję Anioła do lotów. Będzie zwiadowcą.

W pobliżu Elektry statek przeszedł na szybkości podświetlne i znów zaczęły nas obowiązywać prawa mechaniki relatywistycznej. Spowolnienia czasu pokładowego uniknęliśmy oddzielając się od bariery świetlnej wystarczającym interwałem szybkości, przez co nie mogliśmy już być niewidzialni. Wypłynęliśmy na zewnątrz z drugiego świata tak samo, jak przed kosmonautami z „Mendelejewa” wynurzył się krążownik wrogów. Obserwator wyposażony w dobre przyrządy mógł nas teraz wykryć. Z ostrożności Olga nie zbliżała się do żadnej gwiazdy oczekując na przybycie „Sternika”, który leciał w obszarze nadświetlnym i był na razie niewidzialny, chociaż nas już widział. Zbliżaliśmy się do Elektry obchodząc inne gwiazdy bokiem i lawirując po skomplikowanej krzywej. Jedna grupa automatów wyszukiwała w przestrzeni sztuczne ciała, druga zaś wycelowana była w Elektrę. Druga planeta jej układu miała z pewnością rozumnych mieszkańców. Andre chwalił się, że rozróżnia miasta i kanały, ja natomiast widziałem tylko nocne zarzewie pojawiające się tuż po zachodzie miejscowego słońca. Nazwaliśmy planetę Sigmą.

Wkrótce zaczęły napływać sygnały ze „Sternika”. Zawiadomiono go o spotkaniu z „Mendelejewem” i o tajemniczej kuli.

Spotkanie gwiazdolotów nastąpiło w pobliżu Elektry. „Sternik” położył się na kurs równoległy do naszego i wystrzelił planetolot. To Allan zostawiwszy statek pod opieką zastępcy udawał się do nas. Miał przy sobie swoją nieodstępną walizeczkę podróżną.

— Gdzie przodkowie? — grzmiał. — Dawajcie ich tutaj, muszę ich ucałować!

Altan tak ścisnął Kamagina i Gromana, obu naraz, że przez chwilę nie mogli słowa wydusić. Żaden z nich nie sięgał Allanowi do ramion.

— To tacy jesteście! — huczał Altan. — Zupełnie jak na fotografiach, nic się w ciągu pięciu wieków nie zmieniliście. Popatrzcie sami, mam rację?

Wyjął z walizki książki, pisma i monografie z pierwszego wieku. Z kart książek i czasopism patrzyli na gości oni sami wraz z ich zmarłymi towarzyszami: reportaże z kosmodromu, komunikat o utraceniu łączności ze statkiem i zmianie jego kursu. W ostatnich pismach raport rządowy komunikował o fiasku prób nawiązania łączności z zaginionym gwiazdolotem. Tam również zamieszczono wspomnienia i artykuły przyjaciół i uczonych, smutne niczym epitafia: zaginął wspaniały statek, zginęli nasi odważni towarzysze, zwiadowcy otchłani galaktycznej. Było coś dziwnego i zaskakującego w fakcie, że krewni i znajomi kosmonautów, rozpaczający po ich zgubie, sami dawno, pięć wieków temu rozstali się z życiem i nawet pamięć o nich pozostała jedynie na pożółkłych papierowych kartkach. A ci, których zgon opłakiwali, stali obok nas. Zdrowi, przystojni, dalecy nasi przodkowie, z którymi będziemy jeszcze pracować, dyskutować i ramię przy ramieniu walczyć ze wspólnym wrogiem.

Kamagin ze łzami w oczach objął uśmiechającego się Allana. Groman także wzruszył się oglądając fotografie dawno zmarłych kolegów i krewnych.

— To dopiero podarunek! — powiedział później Kamagin. — Najdroższy i najbardziej nieoczekiwany: spojrzenie w nieznaną nam przyszłość, która już dawno stała się przeszłością.

— Właśnie! Wasza przyszłość — zaśmiał się Allan.

— Najnowsze pisemko wydano w dwadzieścia lat po waszym odlocie, a przecież według kalendarza pokładowego „Mendelejewa” minęło od startu zaledwie trzy lata, tak że te wydarzenia dopiero dla was nastąpią. No a teraz pokażcie, bracia-pionierzy, na jakiej to kosmicznej łajbie poniosło was z Ziemi na Plejady.

Poszedł z kosmonautami oglądać ich gwiazdolot, a ja zacząłem się przygotowywać do desantu na Sigmę, ponieważ mnie powierzono dowództwo grupy zwiadowczej.

7

Wylądowaliśmy na planecie 8 maja roku 563. Ten dzień w kalendarzu mego serca zabarwiony jest na czarno. W szkole zapoznawano mnie z podłościami zamierzchłych wieków ludzkości. W skali kosmicznej były to zaledwie podłostki: wojny między malutkimi państewkami, ludzkie kłótnie, wyzyskiwanie przez jednych pracy i zdolności innych. Tu zobaczyłem podłość tak kosmicznie wielką, że myśli mi się w głowie mieszały. I tu — wierzę, iż przejściowo — utraciłem najbliższego mi człowieka.

Na Sigmie były miasta. Właśnie były, gdyż po naszym wylądowaniu już nie istniały. Uprzedzam wypadki. Powinienem zacząć od tego, jak z oddali badaliśmy cztery satelity Elektry. Pierwsza, najbliższa jej powierzchni planeta, nie zainteresowała nas. Była to ognistodymna kula, oceany lawy i chmury siarkowodoru nad nimi. Żadne formy życia nie mogły istnieć w tym piekle. Dwie planety zewnętrzne również nie były zachęcające. Globy te, odległe od Elektry bardziej niż Pluton od Słońca, były pokryte ogromnymi warstwami kopalnego lodu. Natomiast Sigma, rozpalająca się wieczorami różowawym zarzewiem, była podobna do Ziemi: oceany, góry, lasy i rzeki. Jedno nas tylko zaskoczyło: zbliżanie się do planety sygnalizowaliśmy falami radiowymi i światłem, ale odpowiedzi nie otrzymaliśmy. Pewnie lękają się nieoczekiwanych przybyszów, pomyśleliśmy.

Oba gwiazdoloty zawisły nad planetą, a ku jej powierzchni wystartował planetolot ze mną, Andre, Lusinem i Trubem na pokładzie. Z ostrożności postanowiono nie posyłać na zwiad zbyt wielu ludzi.

Najpierw okrążyliśmy Sigmę. To była doskonale zagospodarowana planeta. Od Ziemi różniła się przede wszystkim tym, że łańcuchy górskie rozciągały się wśród oceanów, lądy zaś stanowiły gładką równinę pokrytą lasami i łąkami.

W trakcie oblotu zauważyliśmy cztery miasta i około dziesięciu osiedli, ale ani mieszkańców, ani maszyn nie zobaczyliśmy. Pod nami leżały precyzyjnie rozplanowane skrzynki ślepych budynków tworzące ulice, które z kolei wbiegały na place. Zarówno place, jak i ulice były puste.

Andre wybrał leśną polankę w pobliżu miasta, wylądował i pierwszy wyszedł na zewnątrz. Kiedy zacząłem gramolić się do wyjścia, wyprzedził mnie Trub. Anioł z hałasem wyskoczył na łączkę. Chociaż gwiazdolot jest obszerny, to jednak tu czuł się swobodniej. Podskoczył do góry i zaczął koziołkować w powietrzu nieznanej planety niczym rozbrykany chłopak w awionetce.

1 ... 36 37 38 39 40 41 42 43 44 ... 71
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)