Dalekie szlaki [Галактическая разведка - pl]
- Автор: Снегов Сергей Александрович
- Серия: Ludzie jak bogowie #1
- Год: 1972
- Язык: польский
- Год: Iskry
- Переводчик: Tadeusz Gosk
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Dalekie szlaki [Галактическая разведка - pl]». Краткое содержание книги:
Pewnego razu na biurku Andre pojawił się również jego przyszły synek, trzy horoskopowe fotografie chłopaka w wieku jednego, dwóch i dziesięciu lat.
— Galeria rodzinna — powiedziałem. — Stęskniłeś się, chłopie?
— Dziś urodził się Oleg — odpowiedział Andre uroczystym tonem. — O dziesiątej rano według miejscowego czasu ziemskiego. Szarooki i rumiany grubas. Sześćdziesiąt trzy centymetry, pięć i pół kilograma uśmiechów i krzyku!
Zainteresowałem się, w jaki sposób wiadomość z Ziemi pokonała dzielące nas wówczas czterysta lat świetlnych. Andre spojrzał na mnie z oburzeniem.
— Nie sądziłem, że zapomnisz o komputerowym horoskopie małego! Przed odjazdem podarowano mi album Żanny we wszystkich dniach ciąży.
Wydobył z szuflady grubą księgę. Na każdej stronie widniała fotografia Żanny, data, notatka o jej samopoczuciu oraz przepisany jej na tę dobę rozkład snu, posiłków i przechadzek. Przejrzałem album. Komputerowe prognozy medyczne sprawdzają się niezbyt dokładnie, zwłaszcza u kobiet. Poza tym możliwe są nieprzewidziane wypadki — upadek, złamanie nogi, kłótnia z przyjacielem. Nie chciałem jednak denerwować Andre swoimi wątpliwościami, nic więc nie powiedziałem.
Andre przypatrywał się z zachwytem fotografiom żony.
— Kiedy nareszcie zwrócisz uwagę na ziemskie kobiety, zaopatrz się w taki sam album. Będziesz daleko od ukochanej i jednocześnie obok niej! Będziesz wiedzieć o niej wszystko, odczuwać bicie jej serca i ciepło rąk!…
— Mam nadzieję, że prędko się to nie zdarzy. Jeśli jednak to nastąpi, zaopatrzę się w prognozę nastroju żony na każdy dzień w roku i będę wiedział, kiedy spodziewać się czułości, a kiedy awantur… Sądzę, że do tego czasu podobne prognozy staną się rzeczą powszechną. Dopiero wtedy życie rodzinne zyska trwały fundament. Co o tym sądzisz?
— Po mistrzowsku potrafisz zepsuć najlepszy nastrój — powiedział ze złością. — Nie rozumiem, czemu cię przyjaciele lubią?
— Są minimalistami. Wiedzą, że niczego dobrego nie można ode mnie oczekiwać, i zadowalają się złym.
Andre schował album.
— Chodźmy do sali obserwacyjnej. Chciałbym urodziny syna uczcić jakimś niezłym odkryciem.
Statki już trzeci miesiąc z rzędu szły kursem na Plejady. Szybkość gwiazdolotów wynosiła trzy tysiące jednostek świetlnych. Przeorywaliśmy przestrzeń z wielkim impetem. Wyrwaliśmy z kosmosu kłąb pustki wystarczający do utworzenia średniej wielkości gwiazdy. Gdyby zakłócona przez nas geometria tego odcinka Wszechświata nie wyrównywała się kosztem nienaruszonych obszarów światowej pustki, zmiany wywołane obecnością Gwiezdnych Pługów byłyby jeszcze znaczniejsze. „Popiół przestrzeni kosmicznej” — powiedział kiedyś Andre patrząc na tworzony przez nas pył. Od tej chwili inaczej tego pyłu nie nazywaliśmy.
Andre uregulował mnożnik fotonowy i przełączył obraz na ekran zewnętrzny, abyśmy obaj widzieli ten sam wizerunek. Zagubione światy ożyły. Najpierw zalśnił równoległobok Worka Słonecznego, a potem zapłonęło samo Słońce. Wydało się nawet, że rozróżniamy obiegające je planety, ale było to oczywiście złudzenie optyczne.
— Witaj, daleka ojczyzno! — wykrzyknąłem.
— Witaj, człowieku imieniem Oleg, który przyszedłeś dziś na świat. Twój ojciec i twój przyjaciel ślą ci pozdrowienia z gwiezdnej głębi! Andre, jak uczcimy jego narodziny? Dawniej przy podobnych okazjach upijano się. Proponuję potańczyć i pokrzyczeć.
Nie czekając na zgodę popchnąłem fotel Andre.
Szerstiuk poleciał głową w dół. Pomknąłem za nim. Gwiezdny Wszechświat zawirował, ciała niebieskie zbliżały się i oddalały. Andre rozpędził się, ale go wyprzedziłem. Jeszcze przez chwilę po barbarzyńsku hasaliśmy w ciemności przenikniętej światłem gwiazd, aż zmęczeni obróciliśmy fotele do odległego Słońca.
— Do widzenia, synu! Cudownie potańczyliśmy na twoją cześć — powiedział Andre i zajął się Plejadami.
Przez dwa miesiące podróży w kierunku Plejad gwiazdozbiór zupełnie się nie zmieniał. Zarówno z Ziemi, jak i z Ory Plejady sprawiały wrażenie kosmicznej pajęczynki zawisłej między wielkimi gwiazdami. Kiedy do roju pozostało niewiele parseków, gwiazdozbiór zaczął się rozszerzać i napełniać blaskiem. Wspaniałe skupisko jaskrawych gwiazd rozpalało się na niebie. Słońca większe od naszego Syriusza połyskiwały różnobarwnymi ogniami, a mrowie mniejszych gwiazdek tworzyło świetlistą mozaikę.W mnożniku rój rozpadł się na pojedyncze gwiazdy.
— Widzę układ planetarny, Eli! — powiedział wkrótce Andre.
Zewnętrzne gwiazdy skupiska były puste i o niewielkiej jasności, ale Atlanta, olbrzym stokroć jaskrawszy od Słońca, miała satelity: trzy ciemne globy. Oglądaliśmy je przez chwilę, a potem przesunęliśmy się ku centrum gwiazdozbioru. Tam niemal każda gwiazda miała swój układ planetarny. Wokół Altiona i Mai krążyło po sześć planet i to tak blisko gwiazd, że ich orbity musiały się przecinać. Wywołałem sterówkę. Olga już wiedziała o układach planetarnych w Plejadach. Na niektórych z planet automaty wykryły atmosferę z zawartością tlenu oraz umiarkowane pola grawitacyjne.
— Wydaje się, że na Elektrze żyją istoty o wysokiej cywilizacji — dorzuciła Olga. — Na drugiej spośród czterech jej planet zauważono sztuczne świecenie rozbłyskujące po zachodzie Elektry, a potem stopniowo przygasające. Nocne oświetlenie miast na Ziemi daje podobny efekt.
— Ale miasta! — wykrzyknął Andre. — Co z miastami?
— Miast stąd nie sposób wykryć.
Andre skierował mnożnik na Elektrę. Wkrótce znaleźliśmy krążące wokół niej cztery planety, ale nie mogliśmy nic dostrzec na ich powierzchni.
Pozostawiłem Plejady w spokoju i odsunąwszy się nieco od ekranu skierowałem mnożnik w bok. Przede mną rozbłysły dwa rozproszone skupiska gwiezdne — Psi i Chi Perseusza. Z Ziemi i Plutona często oglądałem te dwie zwarte grupy gwiazd odległych od nas o cztery tysiące lat świetlnych. Nigdy nie interesowały mnie zbytnio, ale teraz nie mogłem się od nich oderwać. W ich rysunku było coś znajomego. Rozumiałem, że jest to zwyczajne złudzenie, ale nie mogłem się pozbyć tego uczucia. Było to tym dziwniejsze, że stąd, z Plejad, dalekie roje Perseusza widocznebyły pod innym kątem niż z Ziemi lub z Ory. Nie tylko ja, lecz także nikt z ludzi nie obserwował jeszcze tych skupisk w takiej projekcji, a więc nie mogły mi być znane. Tak to sobie tłumaczyłem w duchu, próbując stłumić narastające zdenerwowanie.
— Co się z tobą dzieje? — zapytał Andre. — Popatrz na Elektrę. Rzeczywiście widać sztuczne światło nad jedną z planetek.
— Odczep się! — burknąłem. — Znudziła mi się twoja Elektra.
Z coraz większym napięciem wpatrywałem się w dwie błyszczące grupki gwiazd. Były niemal równe co do wielkości, ale jedna z nich wydawała mi się bardziej zwarta — wiele tysięcy słońc skupionych na małej przestrzeni… Jedna przypominała zaciśniętą pięść bijącą w środek drugiego skupiska, z którego gwiazdy rozlatywały się na zewnątrz niczym odłamki.
Nagle przypomniałem sobie, gdzie widziałem ten obraz.
Chwyciłem Andre za ramiona i potrząsnąłem tak, że głowa mu się zakołysała, a zęby mimo woli szczęknęły.
— Oni są na Perseuszu! — wrzasnąłem. — Nie tam lecimy, gdzie trzeba, bo oni są na Perseuszu!
— Puść mnie! — błagał Andre. — Duszę ze mnie wytrzęsiesz! Jacy oni? Co tu ma do rzeczy Perseusz?
— Zływrogi! — powiedziałem. — Wiem teraz, gdzie gnieżdżą się Niszczyciele!
Andre zdenerwował się tak, że aż stracił głos.