Dalekie szlaki [Галактическая разведка - pl]
- Автор: Снегов Сергей Александрович
- Серия: Ludzie jak bogowie #1
- Год: 1972
- Язык: польский
- Год: Iskry
- Переводчик: Tadeusz Gosk
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Dalekie szlaki [Галактическая разведка - pl]». Краткое содержание книги:
— Odwagi, odwagi! — dodawał mi ducha Romero. — Panu oczywiście najwięcej się dostało, bo oni chcieli wykończyć pana w pierwszej kolejności, ale nie wolno się poddawać. Proszę zewrzeć pole i od razu będzie łatwiej iść.
— Nie zostawaj w tyle, Eli! — pokrzykiwał Allan. — Pokaż im, do czego jesteś zdolny!
Namowy, okrzyki i wreszcie widok Kamagina i Gromana biegnących na pomoc pierwszej grupie dodały mi sił. Szedłem coraz pewniej i po kilku minutach dopędziliśmy Leonida.
— Naprzód! — krzyknął Leonid skinąwszy mi głową. — Tu zostało jeszcze z dziesięć tych potworków. Chwyciłem go za rękę.
— Czekaj! — szepnąłem. — Nie trzeba ich niszczyć.
— A to niby czemu? Nie odejdziemy stąd, póki chociaż jeden wróg jeszcze się rusza.
— Daj spokój, Leonidzie! — podtrzymał mnie Andre. — Przynajmniej jednego trzeba wziąć żywcem.
— Racja! — zawołał Allan. — Przywlec takiego potwora na Ziemię! Dawniej nazywało się to: „brać języka”. — Zwrócił się do Kamagina i Gromana: — Tak to było, przodkowie?
Kosmonauci potwierdzili, że zdobywanie języka i obcinanie skalpów było ważną operacją w każdej cywilizowanej wojnie. W ich czasach wojen już nie było, ale zachowały się podania na ich temat. Poza tym czytali o tym w książkach. Literaci, choć już dawno nikt na Ziemi nie walczył i nie umierał gwałtowną śmiercią, chętnie opisywali rozmaite okropności: kradzieże, morderstwa, pogoń za zyskiem i sławą, zdradzanie żon i mężów, wdrapywanie się po tak zwanej drabinie służbowej i inne dzikie czyny wymagające chytrości i krwi. Ponieważ w tym dalekim gwiazdozbiorze zetknęliśmy się z okrutnym narodem, również i my powinniśmy zapoznać się z obyczajami tych wojowniczych czasów.
Andre wskazał na resztki:
— Spójrzcie! To nie istoty, lecz maszyny!
Na jego dłoni leżał zwilżony ciemnym płynem zespół elementów układu elektronicznego: półprzewodników, oporników i kondensatorów połączonych ze sobą przewodami. Było to bez wątpienia urządzenie sztuczne.
— To całkiem prawdopodobne — zgodziłem się. Wszystko, co wiemy o Zływrogach, świadczy o ich niezwykłym okrucieństwie. Czy normalne istoty mogłyby być takie?
— Nie — powiedział Lusin podnosząc z ziemi inny fragment ciała Niszczyciela. — Organizm. Patrzcie!
To był kawałek żywej tkanki: plecionka nerwów, mięśni, ścięgien i kości. Andre obracał strzęp w ręku brudząc sobie palce lepką pokrywającą go cieczą.
— Tak — przyznał. — Nie mechanizm.
Nasi wybawiciele poszli dalej zabierając ze sobą Truba, a my we trójkę myszkowaliśmy po terenie niedawnej bitwy. Jeszcze raz przekonałem się, jak wielkie siły rozrywały porażonych wrogów. Określenie „rozbryzgany” nie było przenośnią, lecz precyzyjnym opisem śmierci Niszczyciela.
— Wydaje mi się, że dziwna forma unicestwienia stanowi klucz do zagadki ich życia — powiedziałem, gdy po jakimś czasie zebraliśmy z dziesięć fragmentów ciał Niszczycieli.
Andre ułożył szczątki rzędem.
— Spójrzcie: sześć kawałków żywej tkanki i cztery ułomki sztucznych urządzeń. Nic wam to nie mówi?
— Rozumiem — odparł Lusin. — Na poły organizm, na poły mechanizm. Pół żywy, pół sztuczny. Prawda?
— Tak. To właśnie miałem na myśli.
— Zapominacie o jeszcze jednej możliwości: żywy Zływróg siedzący w maszynie — zaoponowałem. — Przy rozpadzie tkanki ciała mieszały się z fragmentami mechanizmu i dały taki obraz.
— No to popatrz na ten fragmencik!
Strzępek istotnie był interesujący: żywa tkanka przenikała się ze sztuczną strukturą, jedno było przedłużeniem drugiego: z kości wyrastał przewód i platynowy opornik, na kondensatorze zaś pozostały nerwy i włókienka mięśni. To było harmonijne połączenie, a nie mechaniczne sąsiedztwo żywego i martwego.
— Są dwie możliwości — ciągnął Andre. — Albo istoty żywe odkryły sposób mistrzowskiego zastępowania swych niedoskonałych narządów sztucznymi organami i w ten sposób w połowie się zmechanizowały, albo na odwrót, stworzone przez kogoś mechanizmy nauczyły się wbudowywać żywe tkanki i awansowały w ten sposób do stopnia półorganizmów. W obu wypadkach mamy do czynienia z obiektami wysokiej kultury materialnej.
Dla mnie mieszana natura Zływrogów stanowiła wyjaśnienie ich zaskakującego okrucieństwa. Istoty zdegradowane do mechanizmów musiały utracić wrodzoną dobroć. Ale jeśli to naprawdę są automaty zmontowane z elementów organicznych, to skąd biorą potrzebne im żywe tkanki? Może polują na istoty w kosmosie, aby dzięki ich tkankom zapewnić sobie istnienie?
10
Leonid z zasępioną twarzą przechadzał się pod ścianą budynków. Spojrzał na nas tak, jakbyśmy również należeli do gatunku głowookich. Byto jasne, że nie udało się żywcem wziąć Zływrogów.
— Rozpadają się jak bańki mydlane. Pozostały przy życiu trzy sztuki.
W kącie utworzonym przez załamanie ściany siedziało trzech Niszczycieli ściśniętych naszymi polami. Zływrogi były wyczerpane: ich oczy ledwie świeciły, a wysyłane od czasu do czasu impulsy grawitacyjne utraciły dawną moc. Andre uruchomił deszyfrator. Romero, blokując wrogów z Allanem, Kamaginem, Gromanem i Trubem, przywołał mnie gestem.
— Wie pan, czemu ani jednego nie wzięliśmy żywcem? Niewiarygodne, ale oni popełniają samobójstwo, kiedy sytuacja jest już bez wyjścia!
— Buch łbem o ciało i koniec! — powiedział Allan. — Nasi przeciwnicy to samoeksplodujące konstrukcje. Tymczasem Kamagin, skoncentrowawszy na sobie trzy pola, metodycznie odrywał jednego Zływroga od dwóch pozostałych. Kiedy pomiędzy nimi utworzyła się szczelina, Niszczyciel uderzył okiem w ciało. Rozległ się wybuch i do góry trysnęły kłęby wilgotnego dymu. Dwa pozostałe potwory przywarły do siebie jeszcze silniej. Ich głowy gorączkowo migotały.
— I tak wszystkie! — powiedział ze złością Leonid. — Gołymi rękami chwytać je za te łby, czy co?
— Jak tam u ciebie? — spytałem Andre. — To chyba mowa świetlna, nie powinieneś mieć trudności z odczytaniem.
— Kłopot polega właśnie na tym, że to nie jest mowa świetlna. Nadają słabo modulowane fale grawitacyjne, a świecenie tym impulsom tylko towarzyszy. Z taką formą mowy stykam się po raz pierwszy.
Andre westchnął.
— Klucz! Klucz! Gdybym mógł odczytać przynajmniej jeden sygnał…
— Zaraz dam ci klucz. Podrażnię ich trochę, a ty obserwuj reakcję.
Wysunąłem się do przodu, uderzyłem niezbyt silnie polem i znów się cofnąłem. Operację tę powtórzyłem trzykrotnie, a potem zacząłem ostrożnie rozsuwać wrogów. Porzuciłem to zajęcie, aby znów przejść do uderzeń. Ciosy były słabe, raczej poklepywania niż pchnięcia. Ze dwa razy wystawiłem też w ich kierunku rozcapierzone palce.
— Starczy! — powiedział Andre radośnie. — Teraz chyba rozszyfrujemy ich mowę. Słuchajcie, to bardzo ciekawe.
Później okazało się, że deszyfrator niektóre szczegóły źle zrozumiał, ale sedno przekazał prawidłowo: „Ten sam, zabójca pierwszego… Znów ten sam… Znów… Rozsuwa… Każcie ekranowanym… Tylko oni… Na planecie jest dwóch, pozostali zginęli… Sześćdziesiąty trzeci zadał sobie śmierć. Ja słabnę. Brakuje mi grawitacji. Odpowiadam: oni są inni, kamiennopałczaści… Ekranowanych… Dlaczego dopiero pod wieczór, przecież są bliżej?… Do wieczora nie utrzymam się… Nie wytrzymam… Wysłaliśmy wszystko, niepotrzebnie zostaliśmy… Uderzę głową… Planeta nie jest już potrzebna… Planeta…”