Dalekie szlaki [Галактическая разведка - pl]
- Автор: Снегов Сергей Александрович
- Серия: Ludzie jak bogowie #1
- Год: 1972
- Язык: польский
- Год: Iskry
- Переводчик: Tadeusz Gosk
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Dalekie szlaki [Галактическая разведка - pl]». Краткое содержание книги:
— Przypomnij sobie zapisy pokazywane w Sali Pomarańczowej — mówiłem. — Przypomnij sobie, jak przekonywałeś nas, że słyszałeś krzyk bólu dobiegający z roju gwiezdnego… Czy to nie są te same gwiazdy? Pytam cię, czy to nie jest dokładnie ten sam widok?
Andre oderwał się wreszcie od lornety mnożnika.
— Eli, przyjacielu, dokonałeś wielkiego odkrycia powiedział uroczystym tonem. — Zawsze byłem przekonany, iż natura wyznaczyła ci rolę poważniejszą niż monotonna błazenada. Gratuluję ci. A teraz biegiem do Wiery.
— Po co? Nie ma gwałtu, zdążymy.
— Nie ma chwili do stracenia. Musimy natychmiast zmienić kurs. Po cóż nam Plejady, skoro ci, których szukamy, są na Perseuszu?
Teraz on ciągnął mnie i popychał. Chciałem już wstać, kiedy zapłonęły sygnały awaryjne i zawyły syreny. Strefa niebieska pokryła się mgiełką, gwiazdy zakołysały się i zgasły. Rozległ się spokojny głos Olgi.
— Przed nami w prawo od kursu ciało kosmiczne idące z szybkością przyświetlną. To nie jest meteoryt. Ogłaszam alarm ogólny. Wychodzimy z obszaru nadświetlnego.
Andre i ja chwyciliśmy za lornety mnożników. W ciągu następnych paru minut do sali obserwacyjnej nieustannie przybywali członkowie załogi. Obok mnie usiadła Wiera. Pospiesznie opowiedziałem jej o swoich spostrzeżeniach na temat Perseusza.
— To bardzo ważne, Eli — powiedziała siostra. — Polecimy automatom sprawdzić twoją obserwację. Ale teraz ciekawi mnie, jakie to ciało mknie z szybkością przyświetlną. Może to gwiazdolot?
Po pewnym czasie analizatory zameldowały:
— Przed nami stattek fotonowy z unieruchomionymi silnikami. Porusza się siłą bezwładności.
4
Czarny statek kosmiczny pojawił się w mnożniku jako świecący punkcik, później powiększył się do rozmiarów małego strączka grochu. To była metalowa rakieta. Rozróżnialiśmy dysze rufowe i okna pozbawione osłon pancernych. „Pożeracz Przestrzeni” nadał sygnały wywoławcze, nieznajomy statek nie odpowiedział.
Andre zaczął dowodzić, że to „Mendelejew” Roberta Lista, zagubiony w przestrzeni międzygwiezdnej pięćset lat temu. Wydało mi się nieprawdopodobne, aby pojazd z martwą załogą mógł błądzić nie uszkodzony w kosmosie przez pięć wieków.
Kiedy do statku pozostało około miliona kilometrów, z jego pokładu odezwała się radiostacja niewielkiej mocy. Andre uruchomił deszyfrator na wszystkich zakresach.
Nieznani astronauci przy pomocy starego alfabetu Morse'a starali się porozumieć z nami po rosyjsku i angielsku. Dokładnie dobiegły do nas słowa: „Ziemia… Nie mogę sterować… Kamagin, Groman… Gwiazdolot «Mendelejew»…”
— Tym razem zgadłeś — zwróciłem się do Andre.
— Pierwsze powodzenie po wielu klęskach.
W przestrzeń pobiegły fale radiowe naszego statku.
„Słyszę was dobrze — dyktowała Olga. — Tu gwiazdolot typu Pług Gwiezdny z Ziemi. Brak sterowania nie ma dla mnie znaczenia. Wyhamuję i doprowadzę do zetknięcia własnymi polami. Luków bez mojej komendy nie otwierać”.
Później „Pożeracz Przestrzeni” zawisł nad fotonowym gwiazdolotem i oświetlił go swoimi reflektorami. Rakieta wyglądała obok Gwiezdnego Pługa jak drobinka. Wyrzucone na zewnątrz pole płynnie wciągało „Mendelejewa” do wnętrza naszego statku, później wyprowadziło go na platformę postojową, gdzie stały operacyjne gwiazdoloty, planetoloty i awionetki.
Na powitanie nieoczekiwanych gości zebrała się cała załoga.
Luk rakiety otworzył się i wysunęła się z niego drabinka. Na trap wyszło dwóch niziutkich młodzieńców. Chłopcy zerwali z siebie hełmy i pomachali nimi w powietrzu. Zaczęliśmy bić im brawo.
Później nastąpiła chwila ciszy i usłyszeliśmy pierwsze słowa kosmonautów z rakiety.
— Boże, jacy oni są wysocy! — powiedział jeden z nich po rosyjsku. — To przecież olbrzymy, a nie ludzie!
Drugi wykrzyknął z zapałem:
— Słuchaj, Edward, oni mają normalne ciążenie! Tu nasze magnetyczne buty są niepotrzebne!
Podszedł do nich Romero, który jako jedyny wśród nas znał starożytne języki. Uścisnął każdemu z nich rękę i pogratulował pomyślnego lądowania.
— Mam nadzieję, że jesteście zdrowi? Jeśli nie, na statku znajdą się leki na wszelkie dolegliwości.
— Jesteśmy zdrowi — odpowiedział pierwszy. — Jest nas dwóch: ja, zastępca kapitana, Edward Kamagin i nawigator Wasilij Groman… Nasi koledzy… niedawno zginęli w katastrofie. — Dodał po chwili drżącym głosem: — Czemu nie zjawiliście się miesiąc temu, tylko miesiąc temu?
Paweł zapytał przyjaźnie:
— Jak dawno wystartowaliście z Ziemi, przyjaciele?
— Niezbyt dawno, trzy lata temu — odpowiedział Groman.
Na platformie rozległ się nagły gwar, popatrzyliśmy na siebie porozumiewawczo. Rakiety podobne do tej, jaką przycumowaliśmy, można w naszych czasach obejrzeć jedynie w muzeum.
— Zapominacie, ziomkowie, o einsteinowskim spowolnieniu czasu — powiedział wesoło Kamagin. — Im bardziej spieszyła nasza rakieta, tym wolniej biegł nasz czas pokładowy. Kiedy opuszczaliśmy Ziemię, był rok czterdziesty pierwszy nowej ery. — Popatrzył na Romera. — Czy nie zechce pan łaskawie nam powiedzieć, jakie stulecie dziś mamy?
Romero odpowiedział:
— Dziś jest dziesiąty kwietnia roku pięćset sześćdziesiątego trzeciego nowej ery!
5
Wszystko zdumiewało tych wspaniałych chłopaków, którzy pięćset dwadzieścia dwa lata temu wystartowali w kosmos i wkrótce zagubili się w jego przestrzeniach. Zachwycali się wszystkim, co widzieli i o czym słyszeli. „To nie statek, lecz latająca wyspa!” — mówili, zaskoczeni tym, że wewnątrz gwiazdolotu oprócz maszyn znajduje się jeszcze prawdziwe miasteczko z parkami i basenami kąpielowymi. Na nas patrzyli z przestrachem. Nasz wzrost wywierał na nich chyba jeszcze większe wrażenie niż rozmiary statku. A kiedy dowiedzieli się, że poruszamy się w obszarze nadświetlnym i przekształcamy przestrzeń w masę, w ciała materialne, jak mówiono w ich czasach, i równie łatwo tworzymy gigantyczne pustki ze zniszczonych ciał materialnych, to uznali, że z nich żartujemy. Fizyka dwudziestego wieku starej ery, wraz z jej niezrozumieniem materialności przestrzeni i demonizowaniem niewytłumaczalnie granicznej dla wszystkich ciał prędkości światła, utkwiła w ich mózgach niczym gwóźdź i nie mogliśmy jej stamtąd wyciągnąć. Groman usiłował nawet dyskutować. Czarnowłosy, okrągły na twarzy, szybki w ruchach i słowach bardzo różnił się od flegmatycznego, długogłowego, płowego Kamagina, a obaj w jeszcze większym stopniu różnili się od każdego z nas.
— Wiedzieliśmy, że nasi potomkowie pójdą daleko naprzód — powiedział Groman, kiedy wytłumaczono mu, na czym polega efekt Taniewa. — Ale taki przeskok!…
Kiedy już nasi młodzi „przodkowie” wypoczęli, opowiedzieli nam o swej przedłużającej się podróży.
Gwiazdolot „Mendelejew” został zbudowany do wypraw galaktycznych. Ten najdoskonalszy statek owych czasów wystartował z Ziemi w piątek 13 sierpnia roku 41 nowej ery z załogą składającą się z czternastu inżynierów i dwóch kapitanów: Roberta Lista i Edwarda Kamagina. Na pokładzie znajdowały się zapasy żywności i paliwa rakietowego (w tym antymaterii) obliczone na pięćdziesiąt lat podróży. W pierwszych miesiącach rejsu minęli Układ Słoneczny i zagłębili się w przestrzenie międzygwiezdne idąc kursem na Syriusza. Celem wyprawy było zbadanie tej podwójnej gwiazdy, a zwłaszcza mniejszego jej składnika, białego karła o gęstości czterdzieści tysięcy razy przewyższającej gęstość wody. Rejs miał trwać dwadzieścia pięć lat ziemskich. Wkrótce po wyjściu z Układu Słonecznego rozpędzili gwiazdolot do szybkości przyświetlnej. Od bariery świetlnej dzieliło ich zaledwie trzy tysiące kilometrów na sekundę. Zaczęły działać efekty przyświetlne: zwiększenie masy statku i spowolnienie czasu pokładowego. A później przyszła katastrofa — uderzenie błądzącego meteorytu i wybuch. Przedziały, w których była zmagazynowana antymateria, zostały zniszczone.