Miasto widać było ze wzgórza. Właściwie sensowniejsze byłoby określenie „wioska” albo „osada”. Po prostu wielkie zgrupowanie gospodarstw, rozrzuconych chaotycznie na obu brzegach fiordu i okolicznych wzgórzach. Budynki były podobne do siebie. Drewniane, długie domy o rzeźbionych słupach, zabudowane w czworoboki. Ale osada miała własne wały ziemne, zwieńczone poczerniałą palisadą, opasujące cały teren od brzegu do brzegu, a pomiędzy gospodarstwami wiły się uliczki wyłożone drewnianymi tramami. Wzdłuż całego brzegu fiordu ciągnęło się drewniane nabrzeże i postawione na palach pirsy, wcinające się na kilkadziesiąt metrów w wodę. Zatem niech będzie „miasto”.
Brama była otwarta i nikt jej nie pilnował. Nikt też nie zaczepiał dziwnie ubranego, rosłego mężczyzny, jadącego na wielkim, pręgowanym rumaku z przyciętymi rogami.
Niektórzy trochę się gapili, bo człowiek był wysoki, a jego wierzchowiec obwieszony sakwami i zawiniątkami. Mąż miał na sobie bury, wełniany płaszcz z głębokim kapturem i trzymał w ustach dziwaczną, wygiętą fujarkę, z której wypuszczał kłęby dymu, tak jak to robili mieszkańcy Południa.
Minął wieżę bramną i skierował się prosto na nabrzeże.
— Najpierw nocleg — powiedział do konia. — Dach nad głową. To jest główny port w okolicy. Muszą tu być przyjezdni, a to znaczy, że istnieją jakieś gospody. Ciągną tu kupcy, żeglarze, wagabundy, tacy jak my. Przecież ktoś musi na tym robić interes. Rozumiem, że nie wynaleźli maszyny parowej ani prysznica. Ale nie uwierzę, że nikt dotąd nie zauważył, że podróżny zapłaci brzęczącą monetą za dach nad głową, trochę wody i jakąś strawę. Żeglarz, który zejdzie na ląd, musi przede wszystkim zjeść coś, co nie będzie parszywą, okrętową strawą. Stanowczo też musi się napić. Potrzebuje zapewne kobiety i za to wszystko też zapłaci. A gdzie dziwki, tam i hotele. Quod erat demonstrandum. Nie przenoszę uwarunkowań kulturowych. Po prostu wierzę w prawo zysku. Uniwersalne w skali kosmicznej, proszę renifera.
Droga wiła się pomiędzy gospodarstwami, ale prowadziła w końcu na brzeg. Mijał ludzi, jednoosiowe wozy na drewnianych kołach załadowane towarem, krowy, psy i świnie. Mijał miejscowych, okrytych barwionymi płaszczami, w skórzanych, miskowatych czapeczkach i jakichś oberwańców obwieszonych bronią, przypuszczalnie żeglarzy. Widział kobiety w prostych kieckach i słomianych kapeluszach, biegające dzieci. Jeszcze nie widział tu tylu ludzi w jednym miejscu.
— Ach, ten wielkomiejski zgiełk — wycedził, przeprowadzając Jadrana przez stado sześciorogich owiec.
Droga wiodła w dół i wtedy, stojąc na zboczu pomiędzy domami, zobaczył statki. Stały przy nabrzeżu, sunęły środkiem szerokiego fiordu, kołysały się na kotwicach. Kilkadziesiąt. Nie wiadomo dlaczego wyobrażał sobie, że będą wyglądały jak wikińskie drakkary, ale przypominały raczej średniej wielkości dżonki. Miały wysokie, zadarte rufy z kasztelami, podwójny kil i dziwne żagle, przypominające żaluzje albo wachlarze. Trzy okręty mijały się w nurcie rzeki i widać było, że na żaglach wymalowane są proste, geometryczne znaki rozpoznawcze.
Patrzył przez chwilę życzliwie. Całe życie lubił statki, zwłaszcza żaglowce. Te tutaj wyglądały solidnie i porządnie. Nieduże, raczej do żeglugi przybrzeżnej, ale ostatecznie „Santa Maria” też robiła takie wrażenie.
Na nabrzeżu zsiadł z konia i prowadził go krótko przy pysku. Jadran tulił uszy i pomrukiwał coś z niezadowoleniem.
Jego rozbitkowie musieli robić to samo co on. Zaczepiali miejscowych i pytali o nocleg. To też musiała być stała kosmiczna. Wędrowali tu przez lasy, spali pod gołym niebem. Najwyraźniej znali język, a przynajmniej znał go van Dyken. Mieli jakieś pieniądze. Musieli domagać się noclegu, szukać jakiegoś wyszynku. Pochodzili z Ziemi. Przede wszystkim gorąca woda, porządna, ciepła kolacja i nocleg. Balia, beczka, cokolwiek. Byle się umyć i przespać pod dachem.
Należało szukać jakiegoś hotelu.
Znalazł go po godzinie. To nie była nawet gospoda ani karczma. Raczej karawanseraj. Zbudowane w podkowę domiszcze podobne do stodoły, gdzie zwierzęta trzymano na dole, a spać można było pokotem na sąsieku, do którego wchodziło się po drabinie.
W jednym z budynków było palenisko, a ponury, małomówny gospodarz wypożyczał kociołki i sprzedawał opał. Żadnej kuchni, żadnego baru, żadnego „Gospodarzu, piwa!”.
W pobliżu portu było z pięć takich placówek i wszystkie wypchane do granic wozami, końmi i mułami, wszędzie kręciły się tłumy ludzi. Zbliżał się jesienny jarmark. Kupcy siedzieli i spali na swoich wozach, tłoczących się na dziedzińcu, a jeżeli nie, to kręciła się przy nich eskorta, złożona z typów spod ciemnej gwiazdy w hełmach i z bronią. Nie odstępowali ładunku ani na krok i łypali ponuro przez wizury w poczerniałych szłomach.
— Nie wierzę — powiedział Drakkainen. — Nie znajdę noclegu, bo nie zrobiłem rezerwacji.
Wrócił na nabrzeże i wypatrzył sobie solidnie wyglądającego rybaka, najwyraźniej właściciela pękatej łodzi, wyładowującego kosz niewielkich, srebrnych rybek podobnych do sardeli.
Negocjacje nie trwały długo.
Rybak stał przez chwilę, patrząc na solidną sztukę srebra na wyciągniętej dłoni Drakkainena, i drapał się po łysinie, zsunąwszy na tył głowy skórzaną czapeczkę podobną do miski. Jego załoga — chudy nastolatek z tikami nerwowymi i obrażony na cały świat, żylasty chudzielec w średnim wieku, też czekali w milczeniu, patrząc na srebro, jakby nigdy nie widzieli tyle bogactwa.
— Stajnia dla konia i jakikolwiek dach dla mnie — powtórzył Drakkainen. — Łaźnia, szopa, drewutnia. Byle tam były jakieś drzwi i żeby mnie nikt nie okradł.
Rybak czochrał się po głowie, czekająca na załadunek ryb, sieci i takielunku z łodzi dziewczyna, siedząca na koźle wózka, ze spódnicą zatkniętą z jednej strony za pas, żuła obojętnie słomkę. Chudzielec mamrotał pod nosem, oglądając krytycznie powiązane, cuchnące sieci, chłopak trzymał się sztagu, pracowicie drapiąc się piętą w łydkę, a czas leciał.
Drakkainen zamknął dłoń, ale stary nagle splunął na ziemię i chwycił go za nadgarstek.
— Przybijem — powiedział. — Jedna ósma marki srebrem, tak jak powiedziałeś. Mam suchą drewutnię z łaźnią. Duża. Zmieścisz się i ty, i koń. Na trzy dni. Potem wypływam, bo księżyce będą się wypełniać. Będziesz chciał dalej mieszkać, to dopłacisz jeszcze jedną ósmą.
— Przybite — potwierdził Drakkainen i ścisnął nadgarstek rybaka.
***
Całą chałupę, szopę, w której mam mieszkać, podwórze i w ogóle wszystko przenika zapach ryb. Czuję ostrą woń rybiej zgnilizny, zapach śluzu, dymny aromat wędzonych tusz, przesiąknięty solą i jodem smród suszących się sieci.