Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Pan Lodowego Ogrodu. Tom I
Pan Lodowego Ogrodu. Tom I - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Pan Lodowego Ogrodu. Tom I

Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom I». Краткое содержание книги:

Jarosław Grzędowicz — urodzony w 1965 roku, debiutował w 1982 na łamach tygodnika „Odgłosy” opowiadaniem Azyl dla starych pilotów. Klub absolutnej karty kredytowej (publikacja w internecie w 1999 r.) otrzymał nominację do Nagrody Elektrybałta, a po publikacji w Wizjach alternatywnych 2002 także nominację do nagrody Sfinksa. W 1990 roku wraz z Andrzejem Łaskim, Krzysztofem Sokołowskim, Dariuszem Zientalakiem i Rafałem Ziemkiewiczem założył magazyn literacki „Fenix”, w którym prowadził dział prozy polskiej, a od 1993 roku był jego redaktorem naczelnym.
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
1 ... 36 37 38 39 40 41 42 43 44 ... 98
Перейти на страницу:

Czułem się dziwnie. Coś wisiało w powietrzu. Nie widziałem nigdzie Kimir Zyła, ale kiedy Rzemień wrócił z mojej wyspy, spojrzałem przelotnie na jego twarz i natychmiast przestałem być senny. Przeraziłem się. Rzadko można było zobaczyć gniew na twarzy Rzemienia, ale tego dnia powiedzieć o nim, że był rozgniewany, to tyle, co nazwać smoka jaszczurką. Oczywiście nie purpurowiał, nie ciskał się ani nie miotał jak chłop. Miał po prostu bladą twarz i zaciśnięte szczęki, ale w jego wyglądających jak studnie, brązowych oczach płonął ogień. Uśmiechnął się do mnie ze współczuciem i zrozumiałem z ulgą, że to nie ja jestem winien jego gniewu.

Gdzieś pośród tego całego zamieszania nikt nie zauważył, że Czagaj zjadł śniadanie i popłynął na swoją wyspę jakby nigdy nic.

Wrócił po małej godzinie i przybił do brzegu niemal równocześnie z łodzią powracającego Kimir Zyła, który nie wezwał służących i wiosłował zaciekle z ponurą miną. Czagaj wyskoczył ze swojego czółna jak oparzony, roztrącając służących, blady z wściekłości i zalany łzami, po czym pognał prosto na brata i niespodziewanie kopnął go w twarz.

Nigdy dotąd nie zdarzyło się, żeby w jakichkolwiek okolicznościach, czy to w bójce, czy podczas ćwiczeń, zdołał bodaj dotknąć Kimir Zyła, jednak tym razem powalił go na ziemię. Nie widziałem go jeszcze w takiej furii. Zanim służący zdążyli go odciągnąć, skoczył bratu na pierś i chwyciwszy Kimir Zyła za włosy, zaczął tłuc jego głową o ziemię. Trwało to tylko moment. Najstarszy brat wyszarpnął się z jego uchwytu i wykręcił mu rękę, a w chwilę potem ich rozdzielono.

Jak później się dowiedziałem, nie chodziło tylko o to, że Kimir Zył zdołał zagarnąć część jego zwierząt. Nie wiem, jak tego dokonał, ale pamiętam, że wiele razy widziałem, jak podpływa czółnem do błękitnej wyspy i siedzi nieruchomo o rzut kamieniem od brzegu. Teraz wiem, że podsłuchiwał sygnały Czagaja. Zdołał chyba w jakiś sposób odgadnąć język jego fletu i sprawić, by bystretki słuchały go jak swego pana. Tej nocy, kiedy napadł na moją wyspę, zdołał zabrać ze sobą tylko część, a te, które nie chciały go słuchać, otruł.

Rzemień znalazł stertę karmy i wokół poskręcane, martwe zwierzęta Czagaja z żółtą pianą na pyszczkach. Nikt nie wiedział, skąd najstarszy brat wziął truciznę, aż odkryto włamanie do składu ogrodniczego. Kimir Zył użył sproszkowanych jagód rzewienia, którymi truto szczury w kanałach i spichrzach.

Rzemień nie odezwał się do niego ani słowem. Nawet na niego nie spojrzał. Odwrócił się tylko i wszedł do pawilonu. Zobaczyłem potem, jak wychodzi, okryty niepozorną kurtą z kapturem, co oznaczało, że poszedł widzieć się z naszym ojcem, panem Tygrysiego Tronu.

Przez kolejne dni leżałem w łóżku albo na werandzie, zbyt zajęty własnym bólem by zauważyć, że w domu dzieje się coś niezwykłego. Czekałem, aż pęknięte żebro zacznie się zrastać. Bolało mnie, kiedy oddychałem i kiedy próbowałem się przewracać, ciasno zawinięte bandaże także sprawiały mi wiele cierpienia.

Często piłem zioła i przez większość czasu spałem, nie wiedząc, co się wokół dzieje.

Mimo to zwróciłem uwagę, że mój medyk Haczin Testugaj jest roztrzęsiony. Drżały mu ręce, kiedy odmierzał mi lekarstwa i rozpalał trociczki, powierzając moje zdrowie amitrajskiej Pani Żniw oraz niektórym nowym bogom, których teraz wyznawano w Amitraju, a którzy byli naszymi kireneńskimi bóstwami, tylko mającymi inne imiona.

— Dbaj o ciała i ducha synów Tygrysa, o Idący Pod Górę, daj im swoją siłę, nie pozwól im odpłynąć Księżycowym Wozem, błagamy cię...

— Powiedziałeś „synów”? — przerwałem mu. — Czy ktoś jest jeszcze chory?

— Twój brat, Młody Tygrys, książę Kimir Zył leży chory od dwóch dni — odparł. — Wymiotuje i nie może jeść. Bredzi w gorączce. Może tak być... że...

— Że co? — zapytałem przerażony. Byłem wściekły na Kimir Zyła, ale to jednak był mój brat.

— Nie będziemy o tym mówić, szlachetny książę. Nie wtedy, kiedy czarne ptaki krążą wokół naszego domu.

— Ale co mu się stało?!

— Szlachetny książę Kimir Zył bawił się rzewieniem, panie. To straszna trucizna. Kiedy się nie wie, jak jej używać, można samemu się zatruć. Proszek może zostać na rękach albo na ubraniu. Obiecaj mi, Młody Tygrysie, że nigdy nie weźmiesz tego do ręki.

Kimir Zył umarł w nocy następnego dnia. Zapadł w sen, z którego już się nie obudził.

Płakałem tak, że myślałem, iż mi serce pęknie. Świat się zmienił. Byłem dzieckiem i do tamtej pory jeszcze nikogo nigdy nie straciłem. Jakoś wydawało mi się, że śmierć nie ma wstępu do Wioski Chmur. To było coś, o czym się tylko czytało albo słyszało w opowieściach.

Co chwila natykałem się na coś, co miało jakiś związek z moim bratem, i nie mogłem uwierzyć, że ktoś, kto przed chwilą złamał mi żebro, siedział na tym krześle albo czytał zwój, może zniknąć tak, jakby nigdy nie istniał, a ślady jego działań zostają jakby nigdy nic. Nawet tak osobiste jak nadgryziony owoc. Wydawało mi się, że musi gdzieś być. Że przemierza korytarze albo wychodzi z komnaty na chwilę przed tym, zanim ja tam wejdę.

Uroczystości pogrzebowe trwały trzy dni, i jak to na kireneńskich pogrzebach, odbywały się w całkowitej ciszy. Stos wygasł, a jedynym śladem po moim starszym bracie była kamienna lampa na szczycie niewielkiego kurhanu i obok wyrzeźbiona misa na ofiarne kadzidła, ozdobiona płaskorzeźbą małego konika. Przypomniało mi się, że Kimir Zył kochał konie i jako dziecko często udawał konika. Kiedy patrzyłem na relief, miałem go przed oczami jako tamtego kilkuletniego chłopca, a nie tego sprzed kilku dni. Wysokiego, chudego, o okrutnych, wąskich oczach, niemal już mężczyznę.

Tamten jego ukochany konik, wyrzeźbiona z mydlanego kamienia zabawka, z którą się nie rozstawał, stanął mi przed oczami, i wtedy dopiero zrozumiałem, że mój brat nie żyje.

Popłynąłem na jego szkarłatną wyspę. Bystretki zostały już zabrane przez Mistrza Zwierząt, zresztą z rudych stworzonek ocalało tylko kilka sztuk. Chodziłem po wyspie, oglądałem pozostałości wiosek, patrzyłem na czaszki zabitych w egzekucjach zwierzątek, nadzianych na patyki wokół altany i raptem wrzasnąłem z przerażenia. Przez chwilę wydawało mi się, że widzę mojego brata. Był upiorny, biało-żółty i uśmiechał się złośliwie. Dopiero po chwili zrozumiałem, że patrzę na ostatnie dzieło jego bystretek. Tę dziwną kupę gliny, którą podejrzałem tuż przed wojną. Zdołał sprawić, że niewielkie futrzane stworzenia, którymi rządził i które zabijał, zbudowały mu posąg.

Po kilku tygodniach zauważyłem jednak jeszcze jedną rzecz, którą zapamiętałem na zawsze, mimo że z pozoru nie miała z całą sprawą nic wspólnego. Wtedy z kolei uświadomiłem sobie po raz pierwszy, że jestem synem cesarza i że kireneńskie kodeksy mają dla mnie, tohimona — Pierwszego Wśród Równych, specjalne prawa. Zrozumiałem, że nie ma dla mnie szansy na spokojne, beztroskie życie, i ciarki przeszły mi po plecach.

Siedzieliśmy w Komnacie Nauki z Czagajem i Aasiną — młodszą siostrą, która właśnie opuściła Dom Cynobru. Słuchaliśmy Mistrza Zwierząt, który opowiadał o obyczajach różnych stworzeń. Mówił o wielkich jak cielęta skalnych wilkach, żyjących w lasach Północy. W pewnym momencie drzwi uchyliły się i do komnaty cicho jak duch wszedł Rzemień, żeby zabrać zapomnianą fajkę.

— Dbają o siebie nawzajem i nie czynią sobie krzywdy, jeżeli są z tego samego stada — mówił Mistrz Zwierząt. — Jeżeli walczą ze sobą nawzajem, to tylko do momentu, aż jeden z walczących rzuci się na ziemię i odsłoni brzuch. Tak samo jest, gdy młode walczą dla zabawy. Jednak czasem rodzi się wilk, który jest zły i nadmiernie okrutny. Który kąsa, pomimo że jego przeciwnik odsłonił brzuch i gardło. Jeżeli okaże się, że tak się stało, jego własny ojciec, który obserwuje zabawę z daleka, podchodzi i zabija takie szczenię. Inaczej młode dorośnie i okaże się dla własnego stada tyranem, a być może zgubą. Wilki muszą polegać na sobie. Tak oto bestie pilnują swojego wilczego prawa.

1 ... 36 37 38 39 40 41 42 43 44 ... 98
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)