Pan Lodowego Ogrodu. Tom I
- Автор: Гжендович Ярослав
- Серия: Pan Lodowego Ogrodu #1
- Год: 2005
- Язык: польский
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom I». Краткое содержание книги:
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
Chodziłem ukradkiem po ogrodzie i usiłowałem dojrzeć, co dzieje się na wyspie Kimir Zyła. Jeżeli chciał mnie napaść, musiał budować łodzie. Zapewne trzymał je ukryte za trzcinami. Znalazłem jednak całe połacie skoszonych trzcin i sitowia, co oznaczało, że zebrał już budulec.
Jedyne, co zaobserwowałem, to wielka kupa gliny, którą jego zwierzęta usypały pośrodku placu przed jego altaną. Krzątały się przy niej jak mrówki na zdechłym wole, ale nie mogłem zrozumieć, co robią i dlaczego.
Przez kilka dni nie działo się nic szczególnego, a ja miałem wrażenie, że rozchoruję się z napięcia. Moje zwierzęta nie miały zbyt wiele czasu, by pracować. Ćwiczyły walkę w szyku, rzucanie kamieniami i uczyły się, co każdy musi robić w razie alarmu. Niewielka część nadal zbierała jedzenie, ale teraz wszystko szło do komory spichrza jako zapas czasu wojny. Otrzymywały codziennie skąpe racje karmy i ciągle chodziły głodne.
Przychodziło mi do głowy, że być może dałem się ponieść fantazji i Kimir Zył wcale nie zamierza mnie atakować.
Nie mogłem zasnąć, spałem niespokojnie, budząc się co chwilę i wybiegałem na taras, by sprawdzić, czy moja wyspa śpi w ciemnościach na nocnym jeziorze, czy też dobiega stamtąd odgłos bitwy albo czy nie widać na niej ognia.
Nie mogłem jeść i nie mogłem się na niczym skupić. Kimir Zył natomiast patrzył na mnie tylko spod zmrużonych powiek i uśmiechał się tajemniczo. Taką minę miewał wtedy, kiedy szykował jakąś wyjątkowo złośliwą intrygę albo kiedy udawało mu się dokuczyć któremuś z nas. Dostawałem na ten widok szału i wiele mnie kosztowało, by nie dać po sobie poznać, że wiem, co zamierza.
Pewnego ranka po śniadaniu zaczepił mnie Czagaj.
— Czy masz jeszcze karmę dla zwierząt? — zapytał.
— Może mam, a może nie — odpowiedziałem tajemniczo.
— Pożycz mi trochę, tak z pół kosza. Mnie się skończyła, ale kiedy Rzemień da mi nową, natychmiast ci oddam.
— Twoje zwierzęta mogą wyżywić się same, zbierając owady, nasiona, małże i pędy — odparłem. — A ja nie mam dosyć karmy, żeby ci pożyczać.
W oczach Czagaja zalśniły łzy. Odwrócił się ode mnie, żebym tego nie zauważył. W Domu Stali nie pochwalano płaczu z byle powodu. Nie w obliczu zwykłej porażki, niewygody albo rozczarowania. Nawet nie z powodu bólu, chyba że byłby naprawdę dojmujący.
— Dam ci za to pierścień od mojej matki — powiedział. — Albo co chcesz.
Naprawdę mu zależało, ale nic nie mogłem poradzić.
— Nie, Czagaj — odpowiedziałem. — Nie chcę twoich rzeczy. Po prostu nie mam dość dużo karmy. Tylko tyle, ile trzeba dla moich zwierząt.
Czagaj odszedł bez słowa, rozczarowany i rozgoryczony, usiłując połykać łzy, a ja zostałem na werandzie, czując się okropnie.
Było mi go żal. Zresztą często tak było.
Jakby mało było tego wszystkiego, Rzemień wymyślił kolejną rzecz.
Siedliśmy któregoś dnia razem do śniadania, ale przed każdym postawiono inne porcje. Na mojej tacy znajdowała się miska z gotowaną w osolonym mleku odrobiną czerwonej durry i nic więcej. Czagaj otrzymał tylko miseczkę kaszy i kubek wody, a Kimir Zył, drwiąc z nas bezlitośnie, pochłaniał kawałeczki wędzonego kurczaka, maczane w ostrym sosie, zagryzał je kiszonymi grzybami i czerpał zwiniętym plackiem chleba pastę rybną z miseczki. Nalewał sobie z dzbanka aromatyczny, orzechowy napar, od którego aż kręciło w nosie z powodu bogactwa przypraw, i pękał ze śmiechu.
Zjadłem swój posiłek, słuchając jego drwin, a potem poszedłem szukać Rzemienia. Nigdy nie miałem absolutnie czystego sumienia, ale też nie zrobiłem ostatnio niczego szczególnego. Z drugiej strony, wolałem wiedzieć, którą z moich ciemnych sprawek odkryto.
Siedział na werandzie, czytając niewielki zwój, który przycisnął czarką parującego naparu orzechowego i pykał fajkę. Na mój widok podniósł czarkę i pozwolił, by papier zwinął się, ukrywając swoją treść.
— Nauczycielu, za co zostałem ukarany?
— A dlaczego sądzisz, że zostałeś ukarany? — odpowiedział pytaniem.
— A jak można zrozumieć śniadanie, które dziś dostałem? Chyba więcej jest sensu w karze, kiedy zna się swoją przewinę, a ja jej nie znam.
Rzemień westchnął.
— Nie ukarałem cię. Teraz jesteś władcą. Z różnych powodów twoi poddani jedzą bardzo skromnie, bo tak nakazałeś. Czy uważasz za słuszne opychać się przysmakami w takiej sytuacji? Jeżeli tak, zaraz każę podać ci drugie śniadanie, takie, jakie dostał twój brat.
Skrzyżowałem ręce na ramionach i ukłoniłem się.
— Zrozumiałem twoją naukę, Nauczycielu. Moje śniadanie było najzupełniej wystarczające. Przepraszam, że zakłóciłem poranek.
— To dla mnie zaszczyt, tohimonie — odpowiedział obojętnie. Wydawało mi się, że myśli o czymś zupełnie innym.
— Nauczycielu, chciałbym nocować na mojej wyspie przez kilka dni. Proszę, by dano mi koc i ciepły płaszcz, kosz z węglami, lampę i trochę oliwy, a także czytnik do zwojów. Proszę też, byś kazał mi dać zapasy jedzenia takie, jakie uważasz za stosowne.
— To rozsądny pomysł — powiedział tylko.
Kiedy wsiadałem do łódki, w której rozpychało się kilka koszy z różnymi rzeczami, jakaś niedopowiedziana myśl krążyła mi po głowie i drażniła, jak drażni cierń wbity pod skórę. To, co robił i mówił Rzemień, rzadko było tylko tym, czym się zdawało. Wyglądało na to, że dawał mi coś do zrozumienia, ale nie wiedziałem co.
Na wyspie, kiedy tylko służący ustawili w altanie moje zapasy i rozpalili ogień, a potem odpłynęli drugim czółnem, natychmiast zajrzałem do koszy.
Zapasy, które otrzymałem, składały się z pasków twardego, suszonego mięsa, kawałków sera i chleba oraz długiej cebuli. Do tego garść suszonych owoców miodowej śliwy i dzban korzennego piwa.
Moje śniadanie było skromne, ale nie było głodową racją jak porcja Czagaja.
A potem sobie nagle przypomniałem.
Durra gotowana w mleku. Takie śniadanie otrzymali żołnierze piechoty o poranku przed bitwą w Dolinie Czarnych Łez.
Do tego suszone, solone mięso, wędzony kowczy ser, chleb, piwo i cebula. To były typowe wojskowe racje.
Ciarki przeszły mi po plecach.
Co w takim razie oznaczały wiktuały, którymi opychał się Kimir Zył?
Czas, który spędziłem wtedy na wyspie, dosyć szybko zaczął mi się dłużyć. Obchodziłem brzeg, snując plany obrony, musztrowałem swoje bystretki i wydawało mi się, że radzą sobie już coraz lepiej. Wymyśliłem kilka manewrów, zależnie od rozwoju sytuacji, i ćwiczyłem je do znudzenia, aż wargi drętwiały mi od fletu. Potem postanowiłem sprawdzić, jak sobie poradzą, i zacząłem pomiędzy rozkazy wplatać pieśń przerażenia. Było dużo gorzej. Część zwierząt uciekła, porzucając włócznie, szyki się plątały i zamiast manewrów wychodziła z tego paniczna gmatwanina. Zagrałem im pieśń o bohaterstwie. Raz, drugi, dziesięć razy i wówczas pomogło. Znów powstał mur tarcz, włócznie opuściły się i zagrana po chwili straszna melodia opowiadająca o zagrożeniu nie spowodowała już takiego zamieszania. Jednak ćwiczyłem to do znudzenia, aż zwierzęta padały z wycieńczenia, a ja zrozumiałem, że muszę dać im spokój, bo inaczej będą zupełnie do niczego.
Dałem im jeść.
Trochę czytałem, ale nie mogłem się skupić. Siąpił lodowaty, wiosenny deszcz. Obserwowałem błękitną i szkarłatną wyspę, ale poza momentami, kiedy moi bracia przypłynęli tam, nic nadzwyczajnego się nie działo. Wieczorem widziałem, jak Czagaj wraca do domu, ale nie byłem pewny, czy Kimir Zył wrócił także.