Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Pan Lodowego Ogrodu. Tom I
Pan Lodowego Ogrodu. Tom I - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Pan Lodowego Ogrodu. Tom I

Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom I». Краткое содержание книги:

Jarosław Grzędowicz — urodzony w 1965 roku, debiutował w 1982 na łamach tygodnika „Odgłosy” opowiadaniem Azyl dla starych pilotów. Klub absolutnej karty kredytowej (publikacja w internecie w 1999 r.) otrzymał nominację do Nagrody Elektrybałta, a po publikacji w Wizjach alternatywnych 2002 także nominację do nagrody Sfinksa. W 1990 roku wraz z Andrzejem Łaskim, Krzysztofem Sokołowskim, Dariuszem Zientalakiem i Rafałem Ziemkiewiczem założył magazyn literacki „Fenix”, w którym prowadził dział prozy polskiej, a od 1993 roku był jego redaktorem naczelnym.
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
1 ... 38 39 40 41 42 43 44 45 46 ... 98
Перейти на страницу:

Przede wszystkim zdejmuję siodło z Jadrana i przecieram mu sierść wiechciem siana. Od gospodarza dostaję stary, cuchnący rybami worek, pełen suszonych, pomarańczowych ziaren. Obrok.

Układam swoje rzeczy pod ścianą i jestem w domu. Szopa jest mroczna, odrobina światła wpada przez szczeliny w belkach i otwory pod szczytem dachu. W każdym razie jest to jakiś dach.

Czuję ulgę i zmęczenie. Dotarłem do jakiegoś celu. Zrealizowałem jakiś etap. Oto jestem w porcie Żmijowe Gardło i znalazłem sobie dach nad głową pomimo szczytu sezonu. Właściwie końca sezonu. Żeglarze wracają do domu ze swoich łupieskich, odkrywczo-handlowych wypraw. Większość zawinie do tego portu i za kilka dni trudno już będzie o miejsce na kotwicowisku, a o wolnym pachołku przy kei będzie można tylko pomarzyć. Statki, ze złożonymi wzdłuż burt mieczami, pojawią się nawet na plaży po jednej i drugiej stronie fiordu niczym wyrzucone na brzeg wieloryby. Zacznie się wielki targ. Łupy, towary, niewolnicy, broń, srebro, korzenie, futra będą przechodzić z rąk do rąk. Kupcy, którzy przybyli tu ze swoimi wozami z głębi lądu, zrobią doskonałe interesy i obłowią się lepiej niż żeglarze, i to nie nadstawiając karku podczas wypraw.

Okoliczni mieszkańcy sprzedadzą całe mięso, piwo, chleb i ryby, jakie są w okolicy, co chciwsi naruszą nawet własne zimowe zapasy i zostaną potem z garścią srebra, ale bez mąki, tranu i ryb. A jeszcze potem odbędzie się wiec.

Będą rozstrzygać spory, radzić, zawiązywać sojusze i uśmierzać rodowe waśnie.

To wszystko, czego się dowiedziałem podczas drogi do tej chaty.

A teraz nie mam pojęcia, co robić dalej.

Przede wszystkim nie wiem, dlaczego moi rozbitkowie opuścili stację i udali się na wędrówkę. Powiedzmy, że uciekali przed zimną mgłą i jej fenomenami. Powiedzmy, że dotarli tutaj. Gdybym był na ich miejscu, starałbym się zostawić wiadomość. Wyryć gdzieś napis w rodzaju „Drakkainen był tutaj”? Najrozsądniej byłoby, gdyby tu osiedli i czekali. Niewykluczone zresztą, że tak zrobili.

Chyba że ich porwano, napadnięto albo w jakiś inny sposób napytali sobie biedy.

Tak czy inaczej, kolejność jest ta sama: zlokalizować, ewentualnie odbić, ewakuować.

Na podwórzu żona rybaka kończy wiązać sieci, przeplatając przez sznurki drewniane czółenko, i wchodzi do domu. Na starym, rosnącym pośrodku drzewie, srebrzystym i niemal pozbawionym kory, siedzi ogromny, czarny kruk i łypie na mnie czarnym jak agat okiem.

— Mam cię dosyć — mówię. Nie chce mi się już do niego strzelać, rzucać czymś ani próbować go złapać. Jest równie szybki jak ja, co więcej, doskonale odgaduje moje intencje. I zawsze jest niedaleko. Kiedy budzę się przy ognisku, siedzi gdzieś na stercie sprzętu albo pobliskiej gałęzi. Kradnie resztki mojego jedzenia, ale muszę przyznać, że raz przyniósł sporą rybę, a raz stworzenie podobne do królika i zostawił obok mojego posłania. Jadran go ignoruje i ja właściwie też.

Rybak stoi, oparty o filar wspierający dach jego domu, je kaszę z drewnianej miski i też patrzy na kruka.

— Twój? — pyta.

— Trudno powiedzieć — mówię. — Ciągle go spotykam.

— Zły omen. To ptak śmierci. I posłaniec bogów.

— To tylko ptak. Dziękuję za nocleg.

— My jesteśmy spokojni ludzie — cedzi. — Strandlingowie.

Cyfral głupieje na chwilę, podsuwa mi neologizm „brzeganie”, a potem poprawia na „Żyjący-na-brzegu”.

— Gdyby nie to, co się ostatnio dzieje, to bym odmówił. Nie lubię obcych w domu. Ale jest wojna bogów. Sam Skifanar Drewniany Płaszcz nie przyjął kiedyś dziwnego wędrowca i proszę, jak się skończyło. Teraz dziwni chodzą po świecie. A ty jesteś dziwny. No i dałeś mi dwie szekle czystym srebrem.

— Idę do miasta — oznajmiam. — Spuszczasz jakieś psy na noc czy coś takiego?

— Zakołataj, to cię wpuszczę. Nazywam się Lunf Gorący Krzemień.

Patrzy przez chwilę, jak przypinam miecz i narzucam płaszcz.

— Nie wolno obcym nosić broni w obrębie wałów. Tylko nóż możesz wziąć. Jest mir jesiennego wiecu. Jeżeli zabijesz człowieka, zostaniesz utopiony w sieci z ognistymi węgorzami. Takie jest prawo Strandlingów, Ludzi Brzegu. Jeżeli jednak ktoś cię napadnie pierwszy i utoczy ci krwi albo ujmie broń, choćby kufel lub kość, możesz się bronić. Jednak jeżeli umiesz, lepiej nie zabijaj. Możesz potem pójść na wiec i tam go wyzwać. Pod Drzewem Ognia. Ale nigdy wewnątrz częstokołu. Mówię ci to ja, Lunf. Człowiek Brzegu. Przyjmij dobrą radę, to dożyjesz, żeby zapłacić mi jeszcze dwie szekle.

— Dziękuję, Gorący Krzemieniu. Zostawię miecz. Powiedz, czego jeszcze nie wolno?

Wzrusza ramionami.

— Wszystko wolno, co jest rozsądne. Nie obrażaj mężów, kobiet ani bogów.

Nawet jestem zadowolony. Miecz jest ciężki, plącze mi się pod nogami, zaczepia o płaszcz i zwraca uwagę. A potem wychodzę przez bramę. Wtapiam się w tłum i nie zamierzam obrażać mężów, kobiet ani bogów.

Trzeba iść tam, gdzie jest jak najwięcej ludzi. Na nabrzeże. To szeroki, drewniany pomost, ciągnący się wzdłuż fiordu. Łodzie cumują do pachołków, rzeźbionych topornie w różne wzory, prawdopodobnie oznaczających stałe, rodowe miejsca. Na drewnianych tramach, z nogami tuż nad wodą, siedzą ludzie, popijając z rogów, grają w króla i jakąś inną grę, polegającą na rzucaniu garści rzeźbionych klocków.

To dziwne, ale nie wyglądają już dla mnie specjalnie egzotycznie. Wszystko jest jakieś takie zwyczajne. Noszą portki, sznurowane, luźne koszule, obszyte krajką i ściągnięte ciężkimi pasami, do tego kaftany z grubego sukna. Czasem zapinane na srebrne spinki krótkie płaszcze. Gdyby nie te sprzączki, klamerki i kolorowe tkane krajki, wyglądaliby pospolicie. Ot, faceci w portkach i płóciennych bluzach. Trochę zgrzebnych i tyle. Nawet na Ziemi nie spowodowaliby zbiegowiska. Kobiety noszą szerokie, ściągnięte w pasie suknie, podobne do greckiego peplum, ale z grubego płótna. Czasem te bogatsze mają na głowach luźno przerzucone chustki i klucze u pasa. Wszyscy, i kobiety, i mężczyźni, i dzieci nie rozstają się z nożami.

Rozglądam się odruchowo. Nie jestem pewien, czy bym ich tak łatwo rozpoznał. Ubranych jak tutejsi, w innych fryzurach. Czy poznam, powiedzmy, ogolonego Fjollsfinna z bokobrodami? Brodatego van Dykena z ostrzyżonymi włosami? Długowłosą Freihoff?

Potrzebny mi jakiś jarmark albo karczma. Miejsce, gdzie jest dużo ludzi, najlepiej miejscowych. Powinienem też kupić tutejszy kaftan i może taką skórzaną myckę. Chętnie bym też coś zjadł.

Znajduję wreszcie plac pomiędzy gospodarstwami zastawiony drewnianymi straganami, jest też ciąg stołów na kozłach i jegomość sprzedający piwo wprost z beczek ustawionych na wozie. Trzeba mieć jednak własny kubek.

Pod nogami trawa udeptana w błotniste klepisko, wokół kręcą się chude psy. Jest palenisko, przy którym jakiś zacny człowiek sprzedaje pieczone na żelaznym, wiszącym na łańcuchach ruszcie kawałki mięsa nadziane na patyki i kwadratowe ryby podobne do płaszczek. Wygląda to jak festyn i tyle. Stała kosmiczna.

Kupuję sobie okuty róg do picia, zaopatrzony od dołu w smocze nóżki, i siadam za stołem, tam, gdzie jest jeszcze trochę miejsca. Skromnie i na uboczu.

Żuję połeć mięsa, popijam słodkawym, mętnym piwem i patrzę. Taka praca.

Miejscowi różnią się od żeglarzy. Są mniej krzykliwie odziani, zdają się jacyś spokojniejsi, trzymają się na uboczu, siedzą przy własnych stołach. Milkliwi i powściągliwi w ruchach. Żeglarze wyglądają i zachowują się wyzywająco. Mają krótko przycięte włosy i przystrzyżone brody, na policzkach i barkach wiją się skomplikowane tatuaże. Często ubrani tylko w spodnie, czasem jakieś skórzane kamizele na gołe ciało. Ich zachowanie i wygląd coś mi przypomina. Te entuzjastyczne wrzaski twarzą w twarz, kiedy spotyka się dwóch kumpli, walenie kubkiem w drewniany stół, ta ostentacyjna wesołość... Ryk aż do spurpurowienia twarzy i żył na skroniach, picie duszkiem prosto z glinianego dzbana.

1 ... 38 39 40 41 42 43 44 45 46 ... 98
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)