Pan Lodowego Ogrodu. Tom I
- Автор: Гжендович Ярослав
- Серия: Pan Lodowego Ogrodu #1
- Год: 2005
- Язык: польский
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom I». Краткое содержание книги:
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
Vuko rozejrzał się rozpaczliwie, ale nie zobaczył niczego, co można by wykorzystać. Najbardziej przydałby się drogowy zestaw ratowniczy. Z hydraulicznymi nożycami do cięcia karoserii i wyciągarką.
Pobiegł do najbliższego gospodarstwa, jednego z tych opuszczonych, które spokojnie chyliło się ku upadkowi o dwieście kroków obok. Nie zostało tam nic, tylko zapadnięty dach, burzany i rosnące na dziedzińcu krzaki. Nie było śladu czarnego bluszczu.
Po namyśle chwycił zbite z desek drzwi, wiszące na jednym skórzanym zawiasie, i wyrwał gwoździe trzymające pas przy framudze. Uniósł drzwi nad głowę i popędził z powrotem.
Do kładki podchodził ostrożnie. Coraz wolniej, aż stanął i zamarł zupełnie nieruchomo tuż przy granicy, za którą pnącza zaczynały reagować. Kilka pędów uniosło się ostrzegawczo, jednak zaraz znieruchomiały. Drakkainen stał przez chwilę z drzwiami nad głową, czując, jak drżą mu mięśnie, po czym zrobił bardzo powolny, głęboki wdech i cisnął deskami prosto we wrota.
Pędy śmignęły z wizgiem i oplotły w powietrzu lecący pocisk. Gałęzie zacisnęły się wężowym ruchem na deskach, wycinając w nich głębokie ślady jak łańcuch piły mechanicznej.
— Nie ruszaj się — powtórzył Drakkainen. — Nawet nie oddychaj.
Hiperadrenalina płonęła mu w mięśniach, jednak musiał nad tym zapanować. Mógł wyprzedzić ruch macek i wyszarpnąć leżącego, ale urwałby mu nogi.
Pochylił się płynnym, niemal niezauważalnym ruchem jak w sennym koszmarze. Zupełnie jakby poruszał się zatopiony w stygnącej żywicy. Wolno. Bardzo wolno. Milimetr po milimetrze. Tak, żeby nie poruszyć powietrza. Uginał kolana, jego prawa dłoń wędrowała do pochwy noża przy pasie. Wolno. Bardzo wolno.
Tak wolno, jak rośnie bluszcz.
Nie potrafiłby powiedzieć, jak długo to trwało.
Wydawało mu się, że całymi tygodniami. Że słońce zaszło i wstało, zanim wreszcie przyklęknął przy leżącym żeglarzu, z nożem w dłoni, i zdołał przyłożyć ostrze do pędu oplatającego jego kostki.
Gdzieś tam, daleko, niosły się śpiewy i łoskot bębna. Szumiało morze. Krzyczały mewy.
Trzeszczały i pękały deski drzwi, szarpane przesuwającymi się pędami przy samej bramie.
Czubek ostrza noża oparł się o belki, tworząc dźwignię, i bardzo powoli, ale ze stałym naciskiem krawędź tnąca nasunęła się na gałąź ściskającą kostki żeglarza. Teraz potrzebny był ruch w dół.
Monomolekularne ostrze, wyhodowane w zakładach lotniczych Nordland, przeciwko żelaznemu pędowi czarnego bluszczu. Materiał o twardości diamentu, przeciwko zasilanej zimną mgłą magii klątwy. Milimetr po milimetrze.
Włókno po włóknie.
Krzyczały mewy.
Wydawało mu się, że słyszy, jak włókna rośliny ustępują stopniowo pod naciskiem ostrza, wydając cichutkie, śpiewne dźwięki pękających strun.
Pnącze ustąpiło.
I wtedy jedna, gruba kropla potu oderwała się spomiędzy brwi Wędrowca i poszybowała w dół, na belki, rozpryskując się na wyślizganym drewnie i poruszając miniaturową falę powietrza.
Macki strzeliły z chrzęstem rozkręconych łańcuchów.
Czas ruszył do przodu i wyhamował, zatopiony w wodospadzie hiperadrenaliny, która runęła przez jego żyły.
Bardzo wiele rzeczy wydarzyło się równocześnie.
Cisnął nóż za plecy, uderzył dłońmi w belki, wyrzucając ciało w powietrze, i chwycił żeglarza za pas, starając się nie wyszarpnąć mu przy tym wnętrzności.
Kruk sfrunął z nieba z odgłosem krakania rozciągniętym do buczenia transformatora.
Pędy przecięły powietrze tysiącem czarnych ostrzy, falując jak wodorosty w przypływie.
Jakiś ciemny, obracający się przedmiot przetoczył się w powietrzu tuż koło głowy Wędrowca i z grzmotem pogrążył się w belkach pomostu, wgniatając w nie nadlatujące pędy.
Obaj, i Drakkainen, i żeglarz runęli na wznak w trawę i kamienie.
Usłyszał krzyki kilku ludzi i nagle ze zdumieniem pojął, że słyszy zrozumiałe głosy i że czas płynie normalnie. Światło wydawało mu się dziwnie jaskrawe i sine, dźwięki nienormalnie ostre.
Usiadł w trawie.
Jeden z przybyłych, żylasty żeglarz o czerwonych włosach rozcinał spodnie kompana i usiłował zatamować krew szmatą.
— Kości są całe. Będziesz chodził — powiedział.
— Myślałem, że mój kum uciekł.
— Pobiegł po nas. Wyciągnęlibyśmy cię.
— Nie — odparł młody żeglarz krótko. — Nawet byście tam nie weszli. To pocięłoby was na strzępy. To tamten mąż mnie uratował.
— Jak to zrobiłeś? — zapytał wielki typ bez koszuli o tatuowanej czaszce.
— Ostrożnie — odparł Drakkainen i wstał poszukać noża. — Po coś tam właził?
— Nikt, kto ma rozum, nie mówi takim tonem do Atleifa Krzemiennego Konia, styrsmana Ludzi Ognia!
— Nikt rozsądny nie będzie się oburzał na rozsądną przyganę, Grunfie — odparł młodzieniec. — Poszedłem, bo usłyszałem krzyk cierpiących ludzi. Nie kochałem wuja, ale oddałbym życie za Hrodinę, moją ciotkę. Myślę też, że nawet taki cap jak Skifanar nie powinien tyle cierpieć. Nikt nie powinien.
— Też ich słyszałem — powiedział Drakkainen. — Ale przyszło mi do głowy, że ludzie nie mogą żyć bez jedzenia i wody, dręczeni od kilku lat.
— A to, że gałęzie zwykle się nie ruszają, czasem też ci nie przyszło do głowy?
Drakkainen znalazł nóż i schował go do pochwy.
— Spalmy to — powiedział rudy żeglarz, obwiązując przyjacielowi łydkę szarpiami. — Będziesz kuśtykał, wsparty o oszczep, jak dziad... Spalmy cały dwór.
— To się chyba nie będzie chciało palić — zauważył Vuko z powątpiewaniem. — Są jak żelazo.
— Nie zostawimy tak tego — oświadczył Atleif, usiłując wstać.
— Tu nie tylko chodzi o twoją ciotkę — odezwał się milczący dotąd starszy żeglarz z przystrzyżoną, pomarańczową brodą i związanymi na karku włosami. — Strandlingowie będą udawali, że nic tu nie ma, a w najlepszym razie zaczną brać pieniądze za pokazywanie tego ciekawskim. Rzecz w tym, że jeżeli to są rośliny, to zwykły rozpleniać się i rosnąć. Miałem kiedyś parzący krzak w ogrodzie. Zapomniałem o nim i poszedłem na morze. Po roku trzeba było wszystko wypalać, bo zarosło wysoko na chłopa. Ale ten obcy mąż ma rację. To może nie chcieć się palić. To nasienie pieśni bogów.
— Przynieście tu kilka kotwic — poradził Drakkainen. — Żelazny orczyk, dużo łańcuchów i poczwórny zaprzęg wołów.
— A coś ty za jeden, żeby nam radzić?
— Taki, co uratował rzyć drugiemu człowiekowi, choć nie musiał — zauważył młody Atleif.
— Kiedy rozsądny mąż radzi, to tylko głupi nie słucha — zawtórował mu pomarańczowobrody. — Spróbujmy zrobić, jak powiedział, podpalić zawsze można. Jestem Grunaldi Ostatnie Słowo. Jak cię zwą?
— Ulf Nitj’sefni, Nocny Wędrowiec.
— Lepiej chodzić za dnia. Jesteś cudzoziemcem?
— Z daleka. Szukam moich krajanów, którzy zaginęli tu dwa lata temu.
— Nazywasz się jednak po naszemu.
— Nazywam się po swojemu. Mówię, jak by to brzmiało w waszej mowie.
Młody żeglarz podszedł, kulejąc, z wyciągniętą dłonią i powitał Drakkainena tak, jak tu mieli w zwyczaju: ściskając biceps i chwytając drugą dłonią za kark.
— Uratowałeś mi życie. Po mojemu to znaczy, że jesteś dobrym człowiekiem, Wędrujący Nocą. Jestem Atleif Krzemienny Koń.
Sprowadzili woły, przynieśli kotwice, łańcuchy, nawet jakąś dragę do wyrywania wodorostów. Wokół zebrało się już kilkunastu gapiów.
— Z tego nie będzie nic dobrego — wołał ktoś.