Pan Lodowego Ogrodu. Tom I
- Автор: Гжендович Ярослав
- Серия: Pan Lodowego Ogrodu #1
- Год: 2005
- Язык: польский
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom I». Краткое содержание книги:
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
To samo dotyczy okrętów. Są niemal bliźniacze jak wykonane taśmowo. Wcale nie takie prymitywne. Nisko zanurzone, stabilizowane ruchomymi mieczami, przy brzegu podnoszonymi wahadłowo na burtę. Takie samo ożaglowanie, takie same rufowe kasztele, taka sama pojedyncza katapulta w części dziobowej, przystosowana do miotania oszczepów. I taki sam zacios na prawym dziobowym relingu tuż poniżej bukszprytu. Powtórzony z bezmyślną dokładnością na każdym statku. Jak klasa regatowa. Dlaczego? Przecież każdy wynalazek to przewaga nad przeciwnikiem, większa prędkość, lepsza manewrowość. Szansa na zwycięstwo albo uratowanie życia.
I te domy, i okręty, i miecze nie zostały wymyślone przed chwilą. Są opracowane całkiem sprytnie, przeszły dłuższą ewolucję. Bodaj dobrze spełniają swoją funkcję, ale najwyraźniej użytkowane są w tym kształcie od kilkuset lat. Wyglądają, jakby myśl techniczna rozwijała się raźno do pewnego momentu, aż ktoś powiedział „stop”. I wszystko stanęło.
Przywodzi mi to na myśl średniowieczną Japonię. Istniały takie konserwatywne kultury, ale przecież nie do tego stopnia, żeby powielać szczerbę na burcie każdego okrętu.
Widzę kępę drzew na szczycie wzgórza i dachy domostwa. Chałupa jak chałupa, ale rzeczywiście postawiona w miejscu, z którego rozciąga się najlepszy widok. Widać stąd i koniec klifu, a za nim morze, widać port i miasto w dole. Wał miejski ciągnie się o sto metrów stąd aż do zbocza, ale tu jest dużo niższy i bardziej zaniedbany niż w dole.
Kiedyś było tu więcej domów, ale zostały porzucone. Na samym brzegu stoją też resztki jakiejś okrągłej konstrukcji, zostały z niej tylko kamienne złomki stojące w kręgu niczym dolmeny. Dawna świątynia?
Staję przed zbutwiałą bramą, zamykającą frontowy mur.
Niektóre belki całkiem spróchniały, daszek nad furtą zapadł się z jednej strony, przez szczeliny widać zarośnięty krzakami podwórzec. Wzdłuż ścian wiją się tylko sztywne, czarne pnącza podobne do bluszczu. Obficie porastają wszystkie ściany, włażą na dach, leżą na kamieniach podwórca.
Tracę tu czas.
Wchodzę na kładkę prowadzącą do bramy, przerzuconą nad rowem odwadniającym. Stare, zgniłe belki skrzypią mi pod nogami.
— Wynocha! — wrzask.
Znajomy, kraczący głos.
Mój kruk.
Trzepie skrzydłami, wisząc w miejscu nad podwórcem, jak mewa walcząca ze sztormowym wiatrem.
A potem pikuje prosto na mnie. Jak jastrząb, który znalazł królika.
Jest wielki, waży z osiem kilo, ma dziób wielkości czekana lodowego i szpony jak moje palce.
Kiedy taki ptak leci komuś prosto na głowę, to robi wrażenie.
Drakkainen przysiadł odruchowo i uniósł dłoń, chcąc osłonić twarz i zeskoczyć z kładki, gdy spadający jak pocisk kruk uderzył nagle skrzydłami i, skręciwszy w miejscu, wystrzelił znowu w górę.
Z bliska dobiegł Wędrowca dziwny, metaliczny dźwięk i grzechot jakby rozwijającego się łańcucha.
Bluszcz zaczął się ruszać.
Przypominało to gniazdo obudzonych nagle węży.
Pędy poruszały się miękkim ruchem, wijąc po ścianach, znad dachu wystrzeliły w górę kolejne liany, rozwijając się jak końce pejcza.
Kruk młócił skrzydłami, połykając kolejne metry, a tuż pod nim prostował się pęd czarnego bluszczu. Wśród spowolnionego czasu słychać było świst, z jakim łodyga, liście i ciernie cięły powietrze.
Ostry, metaliczny świst.
Jeszcze uderzenie skrzydeł i kruk umknął poza zasięg jednej łodygi, ale druga przecięła mu drogę tuż przed dziobem. Była znacznie dłuższa.
Drakkainen usłyszał własny, ostrzegawczy krzyk, który rozlał się w przeciągły, basowy grzmot.
Kolejne pędy śmignęły przez powietrze prosto w jego stronę, zbyt szybko, żeby sensownie zareagować.
Wędrowiec odchylił tułów i zobaczył, jak gałąź przelatuje mu przed twarzą, a potem wyprostował się i, patrząc na zwijający się jak bat koniec gałęzi, wybił się z obu nóg do ciężkiego półsalta w tył.
Jeszcze w powietrzu poczuł, że oberwał samym końcem pędu przez udo. Zapiekło gwałtownie jak smagnięcie rozplecioną stalową linką.
Wylądował chwiejnie poza kładką i odskoczył kilka kroków w tył. Ledwo zagojona kostka znowu zareagowała ćmiącym bólem nadwerężonych ścięgien.
Liana cofała się zygzakowatym, wężowym ruchem. Uniósł nogę, żeby ją przydepnąć, ale w ostatniej chwili zrezygnował. Pęk czarnych jak sadza liści zawinął się na belkach kładki, tnąc na nich głębokie szramy niczym stalowe ostrza. Druga gałąź prześlizgnęła się obok i poszatkowała na strzępy małe drzewko rosnące w rowie.
Spojrzał na swoje udo. Spodnie wisiały w strzępach, przecięte gładko w kilku miejscach, skóra pod spodem też była pokaleczona, cały bok uda miał już przesiąknięty krwią.
— Moje najlepsze spodnie — warknął.
W powietrzu wirowało kilka czarnych piór. Kruk zakrakał tryumfalnie, szybując poza zasięgiem pędów, które smagały powietrze nad dziedzińcem.
— Mało brakowało. Zdaje się, że uratowałeś mi życie — powiedział Vuko. Uniósł niewielki kamień i rzucił.
Pocisk poszybował nad kładką i został uderzony w powietrzu niewielką wicią. Rozległ się metaliczny brzęk, błysnęły iskry.
— Rozumiem — wycedził Drakkainen. — To reaguje na ruch.
Pędy znowu zaczęły się wić paskudnym, mackowatym ruchem, drąc drzazgi z belek i wydrapując szramy na kamieniach.
A wtedy z głębi domostwa buchnął krzyk. Przeraźliwy chóralny wrzask kilkorga torturowanych ludzi. Krzyk nie był artykułowany, słychać było mężczyzn i kobiety, wrzeszczących udręczonymi głosami.
Drakkainen cofnął się jeszcze kilka kroków, klnąc po fińsku, a wtedy macki przestały się poruszać. Krzyk zamienił się w chór zawodzeń i jęków, po czym stopniowo zamilkł.
Wędrowiec osłupiał.
— Trzeba im pomóc — mruknął. — Tylko jak, kiedy podejść nie można?
Obszedł dwór dookoła w bezpiecznej odległości, ale niczego nie wymyślił.
— Wysadzić to w cholerę? — zastanawiał się. — Wjechać czołgiem?
Kruk zakrakał, krążąc mu nad głową.
— Co za popieprzony świat — westchnął Drakkainen. Spojrzał w dół i zobaczył, że trawa wokół dworu pokryła się szronem. — Dobrodoszli. Znowu to samo.
Dwór ponownie buchnął wrzaskiem, pnącza porastające ściany od tyłu zaczęły się wić. Słyszał szczęk skaczących po belkach i zderzających się liści, zgrzyt zaciskających się lian, skrzypiących jak stalowe liny. I wycie dręczonych ludzi wewnątrz. Przerażające, jak prosto z piekła.
I jeszcze jeden krzyk człowieka, dochodzący sprzed bramy.
Pobiegł tam i zobaczył młodego żeglarza, tego samego, który rozmawiał z miejscowym przy straganach, jak leży na plecach, szarpiąc się bezradnie, z białą z przerażenia twarzą i nogami oplecionymi ciasno lianą. Pęd wlókł go powoli po kładce prosto na dziedziniec.
W dół, po pokrytej spróchniałymi podkładami drodze, uciekał jego towarzysz.
— Nie ruszaj się! — wrzasnął Drakkainen. — Zupełnie przestań się ruszać!
Porwany żeglarz spojrzał na niego z rozpaczą i zdumieniem na twarzy, ale jakby usłuchał. Trzymające go pnącze lekko zwolniło, lecz nadal wlokło ofiarę po belkach, tylko leniwiej.