Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Pan Lodowego Ogrodu. Tom I
Pan Lodowego Ogrodu. Tom I - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Pan Lodowego Ogrodu. Tom I

Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom I». Краткое содержание книги:

Jarosław Grzędowicz — urodzony w 1965 roku, debiutował w 1982 na łamach tygodnika „Odgłosy” opowiadaniem Azyl dla starych pilotów. Klub absolutnej karty kredytowej (publikacja w internecie w 1999 r.) otrzymał nominację do Nagrody Elektrybałta, a po publikacji w Wizjach alternatywnych 2002 także nominację do nagrody Sfinksa. W 1990 roku wraz z Andrzejem Łaskim, Krzysztofem Sokołowskim, Dariuszem Zientalakiem i Rafałem Ziemkiewiczem założył magazyn literacki „Fenix”, w którym prowadził dział prozy polskiej, a od 1993 roku był jego redaktorem naczelnym.
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
1 ... 39 40 41 42 43 44 45 46 47 ... 98
Перейти на страницу:

Robiłem w życiu bardzo różne rzeczy. Często obracałem się wśród specyficznych ludzi. Szmuglowałem samochody przez Saharę, żeglowałem, mieszkałem na łodzi, jeździłem na motocyklu, były takie okresy, kiedy można mnie było spotkać wszędzie tam, gdzie życie jest zaprawione adrenaliną i gdzie nie robi się tego samego codziennie o tej samej godzinie.

Tańczą.

Sami mężczyźni i tylko kilka kobiet, też wytatuowanych i równie dzikich jak oni. To nie jest taniec towarzyski. Tupią w kręgu, wzbijając kłęby kurzu, od czasu do czasu dwóch skacze na siebie i zderzają się w powietrzu torsami, czasem walą nawzajem przedramionami w przedramiona, wszystko do dzikiego rytmu bębnów i jakiejś fujarki. Wrzask. Nawet nie wiadomo, czy to jeszcze śpiew, czy tylko entuzjazm.

Zaczynam czuć się jak w domu.

Wystarczyłoby gdzieś tu zaparkować rząd motocykli albo ubrać ich w mundury Legionu Etrangere.

Przeżyli.

I cieszą się z tego.

Jeszcze niedawno rzygali żółcią na rozkołysanych pokładach swoich „wilczych okrętów”, sikali w portki ze strachu, kuląc się pod tarczami, sieczeni deszczem strzał na jakiejś plaży albo pędzili przez płonące, obce miasta z rękami dymiącymi od świeżej krwi i ludzkiego tłuszczu. Nażarli się tego po gardło. Wyszło im nosem. Opłakali wielu kumpli i dziesiątki razy samych siebie. Ale przeżyli i wrócili do domu. I teraz są niezniszczalni.

Mają zdobytą gdzieś daleko garść kruszcu, nadal widzą niebo nad głową i czują smak piwa. Teraz cała adrenalina, którą żarli, wdychali i którą rzygali przez miesiące wyprawy, płonie im w żyłach i paruje ze łbów.

Też bym wrzeszczał.

Ale od nich niczego się nie dowiem.

Mój sąsiad wali się na mnie całym ciężarem. Przytrzymuję go za kaftan na plecach i delikatnie układam twarzą na stole pomiędzy rybie ości. Nie szukam zwady.

Wcale nie chcę, żeby utopili mnie z ognistymi węgorzami.

Pytać trzeba wśród miejscowych. Siedzą przy osobnych stołach, z mieczami przy pasach, milkliwi i jacyś posępni. Popatrują na rozwrzeszczanych żeglarzy spode łba. Nawet nie z niechęcią, ale badawczo. Nie zamierzają zostać kolejnym splądrowanym miastem, dlatego nie wpuszczą obcych z bronią, dlatego sami stale mają pod ręką miecze albo topory.

Nasłuchuję.

To niełatwe przy całym wrzasku, jaki tu panuje. Trzeba odfiltrować piskliwą muzykę, wypadkową kilkuset równoczesnych rozmów, które rozsadzają plac. Umiem wyłowić ze zgiełku pojedynczą wymianę zdań, niemal jak mikrofon kierunkowy. Koncentruję się na słowach-kluczach: „cudzoziemcy”, „obcy”, „Aaken”, ale też „wojna bogów”, „ślepy”, „rybie oczy”, „Czyniący”, „pieśni bogów”, „dwa lata temu”.

Słucham.

„Nie wiem, do czego wracam. Ojciec był już stary, może być i tak, że umarł, ale wtedy brat mógł wziąć całą schedę i dla mnie nic nie zostawi. Może się okazać tak, że trzeba będzie iść na swoje, tylko nie wiem dokąd...”.

Nie.

„Ja już więcej nie popłynę. Robi się coraz gorzej. Trzeba pływać coraz dalej i czasy coraz gorsze. Kiedyś, za synów Krzyczącego Topora, raz popłynąłeś na chąs i mogłeś postawić osadę. A teraz... Za garść srebra karku nadstawiać...”.

Nie.

„Pierwszy i ostatni raz płynę z Czarnym Liściem. Najgorsza rzecz to taki styrsman, który nie ma szczęścia. Mówią, że obraził bogów, pływając z kobietami. Czyniących woził... Z tego tylko swary na okręcie, jak się nie gżą, to biją, do niczego taka wyprawa...”.

Nie.

„Trzy woły łaciate, osiem szekli srebrem, do tego dwanaście funtów wosku, po dwie i jedną ósmą baryłek dębowych, takich czterokwartowych, ze dwa wozy i...”.

Nie.

„A on wsadza rękę pod spódnicę i wrzeszczy: ona ma sztylet!”.

Nie.

„Parę żelaznych garnków, kolczugę marną i podartą, jakiś łuk, taki, że litość brała, z garść paciorków, nic więcej. Takie to były łupy. A bili się trzy dni...”.

Nie.

„Nie przeczę, żeś odważny. Ale teraz już nie jest tak, że jak komu w domu nudno, to rusza w świat i tam dopiero znajdzie złoto do pasa albo żelazo do brzucha. Teraz wojna bogów, nawet we własnym domu nie wiesz, czy dożyjesz do wieczora. Tak to się porobiło... I tak było z twoim wujem”.

Zaraz.

To już mnie nieco interesuje.

To jeden z miejscowych, ale rozmawia z żeglarzem. Miejscowy jest w średnim wieku, a żeglarz młody i nieco wyniosły. Nosi się bogato, długie włosy związał na karku rzemieniem w opleciony kucyk, wyglądający jak pałka. Sądząc po amuletach, okuciach noża i misternych haftach obramowujących kosztowny, zielony płaszcz, możny. Wszystko ma zdobione, nawet miękkie, skórzane buty. Znoszone, ale w najwyższym gatunku.

Piją za jego pieniądze. Dziwne, kwadratowe monety z otworem, pewnie kebiryjskie. Stary jest chyba jakimś jego krewnym i ma mu do powiedzenia coś przykrego, a młody to wyczuwa.

— Mnie się zdaje, że to był po prostu Pieśniarz, ale dobry — ciągnie miejscowy. — Taki, jakich od lat się nie widywało. Twój wuj był za bardzo wyniosły. Najbogatszy, najmożniejszy, miał największy dwór w Żmijowym Gardle... Kiedy człowiek chełpi się bogactwem, w końcu zobaczą go bogowie i nieszczęście gotowe...

— Znałem wuja, Adralfie — cedzi młody. Chyba chce mieć to już za sobą.

— Pieśniarz chciał u niego gościć, a wuj kazał mu iść precz. Trudno się dziwić. Tamten wszedł do najmożniejszego władyki w okolicy i powiada jak do niewolnika: „Będę tu spał i jadł. Dawaj piwa”. Twój wuj kazał go wyrzucić i sam złapał za topór. A tamten odwrócił się bez słowa i wyszedł przed bramę. Moja stara mówi, że przeklął dwór jednym słowem. Podniósł tylko rękę i wtedy to się stało. Nie uwierzysz, musiałbyś zobaczyć. Dwór jeszcze stoi i pewnie zawsze będzie stał. Ludzie udają, że go nie widzą. Nawet podchodzić się boją.

— Żyje mój wuj czy nie? Zabił go ten obcy? A moja ciotka? A dzieci? A ich ludzie?

Mężczyzna drapie się z zakłopotaniem pod mycką.

— Ciężko powiedzieć. Może i żyją, ale lepiej, żeby nie żyli. Najlepiej sam zobacz.

Dopijam piwo i zawieszam róg na pasie. Mój gospodarz, Gorący Krzemień, też o tym wspominał. O kimś, kto nazywał się Skifanar Drewniany Płaszcz i napytał sobie biedy, bo nie przyjął wędrowca.

Miejscowy, którego wybieram na informatora, stoi oparty o stragan z wełnianymi derkami i z kciukami zatkniętymi za pas obserwuje „wilczy okręt”, który wchodzi do portu, halsując na podobnym do wachlarza foku.

— Zacny człowieku, gdzie kiedyś mieszkał kmieć zwany Drewnianym Płaszczem?

Tamten pluje przez zęby i nie odrywa oczu od okrętu.

— Rozsądny człek nie ciekawi się takimi sprawami. Chcesz cieszyć oczy krzywdą przeklętego człowieka? Chcesz zobaczyć Dwór Żelaznych Cierni? Trzeba iść w górę, na zbocze. Do miejsca, gdzie rosną śliwy i stoi najpiękniejszy rzeźbiony dwór, jaki w życiu widziałeś. Tam, skąd widać całą zatokę i morze. Na wzgórzu. Tam, gdzie nikt nie chodzi i nawet droga wygniła. Ścieżką głupców.

Idę więc ścieżką głupców. Pod górę, między ścianami z belek zabudowanych w czworoboki gospodarstw. Niektóre są bardzo stare, a niektóre remontowano i wymieniano poszczególne belki, teraz widoczne jako łaty młodego, jasnego drewna. Jednak wszystkie są niemal identyczne. I te na oko kilkusetletnie, i te, które postawiono niedawno. Identyczne. Żadnego postępu, żadnej chęci ulepszenia czegokolwiek, żadnych prób użycia nowych materiałów. Zaczynam wątpić, czy rozpoznam ten „najpiękniejszy dwór” w mieście. Jedyne różnice to wielkość, poza tym te uboższe kryte są gontem albo strzechą, bogatsze kawałkami łupka. Na filarach bogatszych domów widać więcej ornamentów. To wszystko.

1 ... 39 40 41 42 43 44 45 46 47 ... 98
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)