Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Pan Lodowego Ogrodu. Tom I
Pan Lodowego Ogrodu. Tom I - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Pan Lodowego Ogrodu. Tom I

Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom I». Краткое содержание книги:

Jarosław Grzędowicz — urodzony w 1965 roku, debiutował w 1982 na łamach tygodnika „Odgłosy” opowiadaniem Azyl dla starych pilotów. Klub absolutnej karty kredytowej (publikacja w internecie w 1999 r.) otrzymał nominację do Nagrody Elektrybałta, a po publikacji w Wizjach alternatywnych 2002 także nominację do nagrody Sfinksa. W 1990 roku wraz z Andrzejem Łaskim, Krzysztofem Sokołowskim, Dariuszem Zientalakiem i Rafałem Ziemkiewiczem założył magazyn literacki „Fenix”, w którym prowadził dział prozy polskiej, a od 1993 roku był jego redaktorem naczelnym.
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
1 ... 35 36 37 38 39 40 41 42 43 ... 98
Перейти на страницу:

Wypadły na plażę i ruszyły do ataku, nastawiając włócznie, ale ich szyk był raczej bezładny i w niczym nie przypominał eleganckich czworoboków jego doborowej armii.

Wezwałem swój ostatni oddział — dwie dziesiątki „włóczników” stacjonujących w wiosce — i nakazałem im utworzyć nieruchomy „grot” i zatrzymać atak, a potem pobiegłem zobaczyć, co się dzieje na plaży pod wioską.

Nadbiegłem w samą porę. Moje bystretki zepchnęły napastników niemal do wody, a cała łąka przed plażą była usłana nieruchomymi, krwawymi strzępami futra. W tym momencie ze stłoczonych w zatoczce trzcinowych łódek runęła kolejna falanga.

Nie mogłem pojąć, co się dzieje. Mieliśmy stada tej samej wielkości, tymczasem Kimir Zył dosłownie zalewał moje wojsko kolejnymi oddziałami, które brał nie wiadomo skąd.

I wtedy w blasku dogasających, płonących trzcin i mdłej poświacie pierwszego brzasku zobaczyłem, że grzbiety nowych atakujących bystretek są popielatoszare.

Bystretki Czagaja z błękitnej wyspy.

Kimir Zył stał w swoim czółnie i śmiał się.

Zagrałem „Wszyscy do wioski, bronić nor!” i moje zwierzęta zaczęły się cofać, ale utrzymując jako tako szyk.

Moja armia wpadła przez główne wejście w murze, które kazałem natychmiast zastawić kamieniem i zrzucić zasieki. Kolczaste krzyżaki z zaostrzonych gałęzi stoczyły się z murów, jeżąc się u podnóża.

Zagrałem sygnał do ocalałych „procarzy” i na nadbiegającą bezładnie armię, złożoną z bystretek Czagaja i ocalałej części pierwszej falangi, posypały się kamienie.

Kiedy unosiłem flet, coś huknęło gwałtownie w słupek altany, wgniatając drewno. Obejrzałem się i zobaczyłem Kimir Zyła z czymś przypominającym rzeźbioną pałkę. Pochylił się i podniósł otoczak z dna łodzi, po czym umieścił go w gnieździe na końcu pałki. Pargan. Broń do miotania kamieni, używana do polowania przez kebiryjskich pasterzy.

Kimir Zył zamachnął się, kamień warknął w powietrzu i śmignął tuż obok mojej głowy. Przykucnąłem za balustradą werandy i rozejrzałem się. Nie miałem żadnej broni. Dosłownie niczego.

Moje zwierzęta walczyły rozpaczliwie na murach wioski, a ja musiałem sprawdzić, co dzieje się z „piechotą” utrzymującą drugą plażę.

Kamień znów gwizdnął w powietrzu i wieża strażnicza w mojej wiosce rozbryznęła się chmurą wyschniętej gliny.

Wyskoczyłem z werandy, ale kolejny pocisk trafił mnie w bok. Poczułem ból jak przy potężnym kopnięciu, pociemniało mi w oczach i runąłem na ziemię w aksamitną ciemność.

Ocknąłem się krótko potem. Walka na murach wioski ciągle trwała, moje zwierzęta dźgały wściekle włóczniami, czasem, nie zważając na zasieki, staczały się z murów i rzucały na napastników z pazurami.

Przez chwilę skręcałem się i wiłem z bólu na ziemi, po czym zebrałem się w sobie, by wstać. Bok bolał mnie jak naszpikowany igłami, ale postanowiłem mimo wszystko stanąć na nogi.

Kiedy uniosłem głowę, zobaczyłem Kimir Zyła stojącego bezczelnie na mojej ziemi, z fletem za pasem i parganem w dłoni. Przywitał mnie solidnym kopniakiem w głowę, a kiedy upadłem znowu, zabrał mi flet i szerokim ruchem cisnął do wody.

— Witamy na wojnie, braciszku — zarechotał. Podszedł do wioski i kopnął w mur, ale niewiele to dało, bo glina wyschła na kamień. Zamachnął się więc parganem, zmiatając kilka moich bystretek na ziemię, i wrócił na swoją łódź.

Próbowałem wstać, podciągnąwszy kolana, bok rwał mnie okropnie i czułem, jak moja twarz puchnie. Z nosa ciekła mi krew i kapała na piasek, czarna w sinym blasku przedświtu.

Nie miałem już fletu i nie mogłem wydawać rozkazów. Kimir Zył jakimś cudem przejął zwierzęta Czagaja.

Mogłem już tylko siedzieć i patrzeć na rzeź moich bystretek.

Bezsilnie.

Zwierzęta ciągle walczyły. Nie wydawałem im rozkazów, nie podpowiadałem, co mają robić, a mimo to obwarowana wioska trzymała się dzielnie. Siedziałem na stopniach werandy i, powstrzymując łzy, czekałem na nieuchronną klęskę.

Natrętna, grana przez Kimir Zyła melodia dźwięczała mi w uszach i wydawało mi się, że pobrzmiewa w niej coś hipnotycznego.

Właściwie nie widziałem już murów wioski, tylko pagórek pokryty popielatymi i rudymi grzbietami. Zauważyłem jednak, że bystretki Czagaja nie są tak zajadłe jak rude i jak moi wojownicy. Prawie nie miały broni i wydawały się tylko bezmyślnie przeć na mury, ale moment, kiedy moi obrońcy zostaną zalani falą napastników, był już jedynie kwestią czasu.

Splunąłem krwią i siedziałem, obejmując rękoma uszkodzony bok. Miałem wrażenie, że przy każdym oddechu moje wnętrze rozdziera się, jakby wyrosły w nim ciernie.

A wtedy nastąpiło coś nieoczekiwanego. Nad bitewny zgiełk, kwik i prychanie rozwścieczonych zwierząt oraz przenikliwe tony fletu Kimir Zyła, wzbił się nagle nowy dźwięk. Dochodził od strony drugiej plaży i z pewnością wydawały go pyszczki bystretek. Jednak nie był to pisk bólu ani wściekłości. Wydawało mi się, że słyszę w nim melodię, brzmiącą jakby wiele osób gwizdało ją chórem.

Od strony drugiej plaży biegły moje bystretki. Moje dwie dziesiątki „włóczników”. Teraz, w zbryzganych na rudo futerkach, wyglądające jak zwierzęta Kimir Zyła. Nikt nimi nie dowodził, mój flet leżał na dnie jeziora, zresztą z pokiereszowanym bokiem i tak nie byłbym w stanie grać. A mimo to zwierzęta same z siebie biegły na pomoc oblężonej wiosce.

I gwizdały pieśń o bohaterstwie, którą dla nich ułożyłem.

Zaatakowały oblegających, biegnąc w szyku z nadstawionymi włóczniami. Patrzyłem oniemiały, jak wbijają się w pierścień atakujących i wycinają sobie drogę do bramy.

W krótkim czasie atakujące zwierzęta, mocno przetrzebione rude i biegające bezradnie szare, wpadły w panikę. Moje słaniające się na nogach zwierzaki nagle odzyskały siły i rzuciły się w pościg.

Bystretki Kimir Zyła uciekały do zatoki, gdzie czekały na nie łódki, usiłowały spychać je na wodę, tłocząc się i tratując, ale mój brat nadal grał swój sygnał do ataku. Uparcie, monotonnie, jakby nie widział, że bitwa jest przegrana. Może nie mógł zrozumieć tego, co się stało, tak samo jak ja.

Zwierzęta, szarpane sprzecznymi sygnałami, miotały się po brzegu, biegając w kółko i trafiając prosto pod włócznie moich żołnierzy. Aż wreszcie te, które nie zginęły, rozpierzchły się po wyspie.

Została tylko pokryta zdeptaną i zmierzwioną trawą polana i rozrzucone wszędzie nieruchome ciała bystretek. Rdzawych, szarych i płowych.

Zdołałem wstać, przyciskając dłoń do boku.

Kimir Zył patrzył na mnie, blady z wściekłości, po czym zatknął flet za pas i usiadł do wioseł.

— Witamy na wojnie, braciszku — wychrypiałem i splunąłem krwią.

Wstawał świt.

To, co działo się potem, pamiętam jak przez mgłę.

Uderzyłem w gong i czekałem na łódź. Służący przerazili się śmiertelnie, widząc siniak na mojej szczęce, kurtę zbryzganą krwią i moją poszarzałą z bólu twarz.

Potem owijano mnie ciasno bandażem tak, że ból jeszcze się wzmógł. Medyk dał mi do picia zioła, po których kłucie w boku zelżało do znośnych rozmiarów. Rzemień zdusił przekleństwo, wskoczył do łodzi i popłynął natychmiast na moją wyspę.

Położono mnie na werandzie, na szezlongu, wśród mnóstwa poduszek. Dostałem ciepłego naparu orzechowego z miodem i tacę kandyzowanych owoców. Słuchałem śpiewu ptaków, patrzyłem na miniaturowy wodospad, pluszczący wśród białych skał na wprost mojej werandy i zacząłem usypiać, ale jakoś nie mogłem naprawdę zasnąć.

1 ... 35 36 37 38 39 40 41 42 43 ... 98
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)