Pan Lodowego Ogrodu. Tom I
- Автор: Гжендович Ярослав
- Серия: Pan Lodowego Ogrodu #1
- Год: 2005
- Язык: польский
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom I». Краткое содержание книги:
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
W nocy siedziałem przy lampie, nasłuchując nocnych ptaków, patrząc na węgle żarzące się w piecyku, a w końcu zasnąłem, okutany kocem i płaszczem. Budziłem się co chwilę na każde pluśnięcie wody i każdy trzask w ciemnościach, przekonany, że to już atak, ale nic się nie działo.
Kolejny dzień był podobny do poprzedniego. Po południu niebo zasnuło się szarymi chmurami i znów zaczął siąpić deszcz. Jednak tego popołudnia postanowiłem postąpić inaczej. Odczekałem do zmierzchu, kiedy wstała nocna mgła, gęsta i nieprzenikniona.
Wygasiłem piecyk, zdmuchnąłem lampę i uderzyłem w gong. Kiedy służący przypłynęli, zobaczyłem łódź dopiero o rzut kamieniem od brzegu.
— Weźcie te trzy puste kosze i wsadźcie do mojej łodzi jeden na drugim — powiedziałem. — A potem okryjcie je moim płaszczem i odpłyńcie na brzeg. Tam ukryjcie kosze i nie mówcie nikomu, że zostałem na wyspie.
Temu, kto nigdy nie był cesarskim synem, wydaje się, że to takie łatwe. Że otacza go tłum sług, gotowych w każdej chwili spełnić nawet najdzikszy kaprys. Nic podobnego.
— Ależ, Młody Tygrysie, szlachetny książę! — jęczeli, klęcząc przede mną, z oczami wbitymi w piach. — Co powiedziałby twój szlachetny ojciec, władca Tygrysiego Tronu, Płomienisty Sztandar, Pan Świata i Pierwszy Jeździec, gdyby dowiedział się, że pozbawiliśmy cię łodzi?! Jak mógłbyś wrócić na brzeg! Pozwól, byśmy tu czekali, aż zechcesz wrócić.
Odmówiłem.
— Pozwól przynajmniej, byśmy pozostali na drugim brzegu, czekając na twój sygnał.
Przekonałem ich w końcu, ale zabrało to dłuższy czas.
Zostałem wreszcie sam, ale musiałem siedzieć w zimnie i kompletnych ciemnościach, nie zapalając nawet lampy, okryty jedynie kocem. Zrozumiałem, że Kimir Zył nie uderzy, wiedząc, że siedzę na wyspie. Nie miałem pojęcia, czy da się nabrać, ale nic innego nie wymyśliłem.
Podobnie jak pierwszej nocy wypatrywałem oczy, gapiąc się w ciemność i mgłę, ale szum deszczu o dach zmorzył mnie wreszcie pomimo zimna.
Kimir Zył zaatakował o godzinie szakala. W czasie, kiedy świt wciąż jeszcze nie nadciąga, a noc wydaje się najgłębsza.
Nie wiem, co mnie obudziło. Pisk wartowników czy trzask płomieni.
Kiedy zerwałem się na nogi, nie wiedziałem nawet, gdzie jestem.
Porwałem swój flet, ale wydobyłem z niego jedynie jakieś przypadkowe piski. Pierwsze tratwy pojawiały się już zza kłębów mgły i sunęły prosto na plaże mojej wyspy, a ja zobaczyłem wreszcie, dzięki czemu pływają. Za każdą łódką w wodzie tkwiły dwa zwierzątka i, płynąc, pchały je przed sobą, wczepione w wiązki trzciny. Na każdej siedziały stłoczone rude bystretki z uniesionymi włóczniami.
Z ciemności i oparów co chwila wylatywało, bzycząc, coś płonącego, rysując czerwoną kreskę i ciągnąc strugę ognia. Trzciny paliły się z hukiem i zrobiło się jasno.
Zagrałem wreszcie, ale moje bystretki już wysypywały się z nor i biegały we wszystkie strony.
Grałem.
Moje zwierzęta ustawiły się w szyk. „Tarczownicy” na przedzie, „pikinierzy” z tyłu, „procarze” po bokach. Mniej więcej. Okazało się, że niektórzy żołnierze nie znaleźli swoich włóczni, a niektórzy czmychnęli do głównej komory razem z młodymi i mającymi je bronić samicami.
Uniosłem flet i rozkazałem pobiec im do stert otoczaków, ukrytych w trawie przy brzegu. „Procarze” pobiegli jednak tylko do jednej z nich, bo bali się huczącej ściany ognia, w jaką zamieniało się trzcinowisko. Część uciekła.
Mimo wszystko, kiedy łodzie przybijały do plaży, spadł na nie grad kamieni.
To był mój najlepszy pomysł.
Bystretki nie rzucały celnie, ale skoro kamieniami miotało równocześnie kilkanaście zwierzątek, na stłoczonych, pozbawionych ochrony rdzawych napastników spadało wystarczająco dużo pocisków. Pierwsze bystretki runęły do wody i pojawiły się w niej pierwsze plamy krwi.
Usłyszałem flet i zobaczyłem mojego brata o kilka kroków od mojego brzegu. Grał jakąś dziką melodię, na rufie jego łodzi płonęła lampa i widać było trzcinowe tratwy, uszeregowane za nią w wyciągniętym szyku. Jedna z tratw podpłynęła tam i widać było, jak stojące na niej zwierzęta podpalają od knota lampy swoje pociski. Kolejne świetliste linie, sypiąc iskrami, przecięły mrok, spadając pomiędzy moje bystretki, miotające cały czas kamykami.
Zatoczka była już zapchana łodziami, z których na brzeg runęła ruda fala najeżonych włóczniami zwierząt mojego brata.
Uniosłem flet i zagrałem „procarzom” sygnał do odwrotu, jednocześnie nakazując „włócznikom” stać nieruchomo, a „tarczownikom” leżeć w trawie.
Za późno. Część moich „procarzy” została natychmiast zadźgana, zanim sięgnęła po swoją broń. Ci, którzy stali na przedzie, zostali zepchnięci i zdeptani, a pozostali rzucili się do ucieczki.
Grałem.
Kimir Zył również dął w swój flet, a obie melodie mieszały się ze sobą.
Moje uciekające zwierzęta wpadły w pędzie w rozstawiony rzadko szyk „włóczników”, ale jakimś cudem nie zmieszały się, tylko pobiegły na tył, gdzie było ich miejsce.
Przemknęło mi przez głowę, że ta część manewrów, która polega na ucieczce, wychodzi moim zwierzętom najlepiej i zagrałem następny sygnał.
„Włócznicy” zwarli szyk i tuż przed pędzącą falangą rudych wyrósł nagle mur tarcz z twardej kory woskowca i opadł rząd długich włóczni.
Kolejny sygnał i końce włóczni wbiły się w ziemię.
Obie armie zwarły się z trzaskiem. Rozległ się przerażający pisk setek małych gardeł. Wizg, który zagłuszył mój flet.
Rude zwierzęta z pierwszych szeregów nadziały się na piki, przyginając je do ziemi, ale tylne rzędy pchały je nadal nieustępliwie, naciskając na moich „tarczowników”, opierających się całymi ciałami o płaty kory. Wyglądało to, jakby na plaży przepychały się dwa płaskie, bezkształtne stwory. Jeden płowy, drugi rdzawoczerwony. Długie piki moich zwierząt umożliwiały jednak walkę także tylnym rzędom i wściekły atak bystretek Kimir Zyła zaczął zwalniać.
Niektóre zwierzęta z pierwszych rzędów zaczęły wpadać w furię i, porzuciwszy włócznie, rzucać się na siebie z zębami, aż przód obydwu szyków zmienił się w jedno kłębowisko. Zwierzęta, które widziałem od tygodni jako wesołe, brykające futrzane istotki, teraz rwały sobie gardła, szarpały pazurami, aż futro moich stało się rude jak u ich wrogów.
Grałem, ile tylko sił w płucach, usiłując przebić się przez wściekły wizg i prychanie zwierząt, brzmiące jakby walczyło ze sobą olbrzymie stado dzikich kotów.
Grałem na przemian pieśń walki i rozkazy.
Rzuciłem kryjące się w krzakach dwa oddziały odwodowe, po jednym na każde skrzydło i kazałem utworzyć „byczą głowę”.
Centrum, przetrzebione i osłabione walką, zaczęło się cofać, ale oba oddziały odwodowe rzuciły się wściekle na boki wrogiej falangi i zatrzasnęły się na nich jak szczęki.
Usłyszałem kolejne rozkazy grane przez mojego brata. Chropawe, dzikie melodie o niepokojącym brzmieniu. A zaraz potem pisk zapomnianego wartownika po drugiej stronie wyspy.
Wybiegłem z altany i pognałem w tamtą stronę. Kiedy dobiegłem, zobaczyłem w odległym blasku ognia płonącego wokół miejsca bitwy kolejne łodzie, sunące już dziobami po przybrzeżnym piasku.
Nie mogłem pojąć, skąd mój brat wziął tyle bystretek. Za trzcinami ujrzałem blask lampy płonącej na rufie łodzi i pojawił się Kimir Zył. Odłożył wiosła, uniósł fujarkę i zagrał. Rozpoznawałem natrętne, powtarzające się tony rozkazów oraz jakąś niepokojącą, piskliwą melodię, którą zagrzewał swoje zwierzęta do ataku.