KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów
- Автор: Акунин Борис Чхартишвили
- Серия: Przygody Erasta Fandorina #8
- Язык: польский
- Жанр: Исторические детективы
Электронная книга - «KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów». Краткое содержание книги:
Dlaczego Fandorin namawiał mademoiselle do nieposłuszeństwa i nieprzestrzegania wskazówek policji oraz rekomendował postępowanie wedle własnego rozsądku? Łasowskiemu wyznaczono dobrego doradcę, nie ma co! To dwa.
Skoro tak mu się nie podobał plan oberpolicmajstra, to dlaczego nie powiedział tego wprost podczas narady? To trzy.
Dokąd się tak spieszył, żegnając mademoiselle? Co to za pilne sprawy nagle go zajmują, kiedy operacja jest przeprowadzana bez jego udziału? Znowu jakaś chytra sztuczka, w rodzaju wczorajszej? To cztery.
I najważniejsze. Czy Fandorin opowiedział nam prawdę o swoich stosunkach z Lindem? Co do tego też nie miałem pewności. To pięć.
Ta ostatnia refleksja, wzmocniona poczuciem winy za ryzyko, któremu przeze mnie podlega mademoiselle, popchnęła mnie do uczynku, jakiego nigdy wcześniej nie popełniłem. Nawet nie przypuszczałem, że - choćby teoretycznie - jestem do czegoś podobnego zdolny.
Podszedłem do drzwi pokoju Fandorina, rozejrzałem się na boki i przypadłem do dziurki od klucza. Okazało się, że podglądanie jest wyjątkowo niewygodne - bardzo szybko zabolały mnie plecy, zaczęły rwać zgięte kolana. Ale w pokoju działy się takie rzeczy, że te drobne nieprzyjemności od razu utraciły jakiekolwiek znaczenie.
Wewnątrz byli obaj - i pan, i sługa. Fandorin siedział przed zwierciadłem, goły do pasa, i wykonywał ze swoją twarzą jakieś niezrozumiałe manipulacje. Pomyślałem, że się maluje, tak jak to robi codziennie rano mister Carr, nie zamykając drzwi i wcale nie krępując się służby. Masa nie trafił w ograniczony zasięg mojego pola widzenia, ale słyszałem jego sapanie gdzieś bardzo blisko drzwi.
Potem, nie wstając, Fandorin wyciągnął rękę i włożył przez głowę rosyjską koszulę z malinowego jedwabiu. Wstał i wtedy przestałem go widzieć, ale za to usłyszałem skrzypienie i tupanie, jakby ktoś wzuwał juchtowe buty.
Po co ta maskarada? Co tu się szykuje?
Tak mnie to zaintrygowało, że utraciłem czujność i o mało nie uderzyłem głową o drzwi, kiedy usłyszałem za plecami ciche pokasływanie.
Somow! Oj, niedobrze.
Pomocnik patrzył na mnie z nieopisanym zdziwieniem. Wyszło podwójnie źle, ponieważ nie dalej jak rankiem robiłem mu wymówki z powodu jego nieskromności - idąc przed śniadaniem korytarzem, spostrzegłem go wychodzącego z pokoju mademoiselle Declique, gdzie zupełnie nie miał czego szukać. Na moje surowe zapytanie Somow poczerwieniał i przyznał się, że każdego ranka samodzielnie uczy się francuskiego i właśnie prosił guwernantkę, aby mu wyjaśniła trudny fragment gramatyki. Na to ja odrzekłem, że chociaż popieram u personelu naukę języków obcych, to jednak mademoiselle Declique została najęta do kształcenia jego wysokości, a nie służby. Wydawało mi się, że Somow się obraził, chociaż protestować, rzecz jasna, nie śmiał. I teraz taki wstyd!
- Klamki u drzwi i zamki są niedokładnie wyczyszczone - oznajmiłem, skrywając zażenowanie. - Proszę, popatrzcie sami.
Przysiadłem w kucki, podmuchałem na miedzianą klamkę i na jej zamglonej powierzchni, dzięki Bogu, ukazały się ślady palców.
- Ależ wystarczy, aby gość chociaż raz dotknął klamkę i zostanie ślad. Afanasiju Stiepanowiczu, przecież takich drobiazgów nikt nie dostrzega!
- W naszym zawodzie, Kornieju Sielifanowiczu, nie ma drobiazgów. Oto co powinniście dobrze opanować, zanim poznacie francuski - oświadczyłem z ciut przesadną, ale usprawiedliwioną okolicznościami surowością. - Bardzo proszę przejść się i obejrzeć wszystkie drzwi. Rozpocznijcie od górnej kondygnacji.
Kiedy się oddalił, znowu zajrzałem przez dziurkę, ale w pokoju było już pusto i cicho, tylko chybotał się rygielek przy na wpół otwartym oknie.
Wydostałem z kieszeni masterklucz, pasujący do wszystkich drzwi w domu, i wszedłem do środka.
Przez okno zdążyłem jeszcze zobaczyć dwie sylwetki nurkujące w krzewy: jedna była wysoka, w czarnym tużurku i kapuzie, druga niska, w niebieskim chałacie i z długim warkoczem, a do tego - w meloniku. Dokładnie tak samo wyglądał Masa w dzień naszego pierwszego spotkania, kiedy udawał Chińczyka kramarza. W ciągu ostatnich kilku lat podobnych „akwizytorów” pojawiło się bez liku zarówno w Petersburgu, jak i w Moskwie.
Na rozmyślania jednak nie było już czasu.
Zdecydowanie przeszedłem przez parapet, zeskoczyłem na ziemię i przygięty pobiegłem ich śladem.
Kierunek, w jakim szli przebierańcy, nietrudno było określić wedle rozkołysanych gałązek. Starałem się nie pozostawać w tyle, ale i nie zbliżać zbyt blisko, aby nie ulec dekonspiracji.
Fandorin i Masa, z zadziwiającą dla mnie szybkością, wdrapali się na ogrodzenie i zeskoczyli na drugą stronę. Mnie zaś pokonanie tej przeszkody o wysokości półtora sążnia poszło mniej gładko. Dwukrotnie próbowałem zeskoczyć na dół, a jednak pozostawałem na górze... Bałem się, że skacząc, złamię albo zwichnę nogę, toteż ostrożnie spełzłem po grubych prętach, przy czym zaczepiłem się fałdem liberii i rozdarłem całą połę, a poza tym ubrudziłem spodnie i białe pończochy. (Jak się później dowiedziałem, gdybyśmy wychodzili nie przez park, tylko główną aleją, tobyśmy się zderzyli z mademoiselle Declique, już powracającą ze swej nieoczekiwanie krótkiej ekspedycji).
Na szczęście Fandorin i Masa nie odeszli daleko - stali i targowali się z fiakrem, który chyba nie bardzo chciał wziąć taką podejrzaną parkę. W końcu wsiedli i odjechali.
Spojrzałem w prawo, potem w lewo. Innych fiakrów nie było. Wielka Kałuska to przecież nawet nie ulica, lecz podmiejska szosa, na której dorożka stanowi rarytas.
I znowu przydał mi się dawny nawyk szybkiego chodu, z czasów służby w charakterze gońca. Puściłem się równym stępem, trzymając się jak najbliżej ogrodzenia parku. Dzięki Bogu, dorożka jechała niezbyt szybko. Dopiero przy Szpitalu Golicyńskim, kiedy już zacząłem tracić oddech, trafił mi się fiakier. Dysząc, padłem na siedzenie i rozkazałem jechać za dorożką Fandorina. Obiecałem zapłacić dwukrotnie więcej, niż wyniesie taryfa.
Woźnica z szacunkiem popatrzył na moją zieloną liberię z galonami, na złoty epolet z akselbantem (aby dotrzeć do kolumny wielkich książąt, w środku uroczystego orszaku, włożyłem strój paradny, a potem nie miałem już czasu się przebrać - dobrze, że choć pieróg z piórami pozostał w domu!) i nazwał mnie „waszą ekscelencją”.