U martwych w Dallas
- Автор: Харрис Шарлин
- Язык: польский
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «U martwych w Dallas». Краткое содержание книги:
Pewnego dnia Sookie znajduje na parkingu ciało zamordowanego kucharza z baru, w którym pracuje. Jakby tego było mało, zostaje śmiertelnie poraniona i otruta przez tajemnicza postać z mitów greckich. Na szczęście, pewne przyjacielsko usposobione wampiry wysysają jej zatrutą krew. Kiedy proszą ja o przysługę, Sookie wdzięczna za uratowanie życia nie odmawia. Wkrótce wykorzystuje swoje telepatyczne zdolności aby znaleźć wskazówkę co do zaginięcia pewnego wampira. Wkrótce, jednak Sookie zaczyna żałować swej decyzji…
– Tak. – Byłam tego absolutnie pewna. – Luna ocaliła mi życie.
Czy oni naprawdę mieli to na myśli? Luna zmieniała się w… Ojej.
– Dobra robota, Luna. – W jej głębokim, powarkującym głosie brzmiała jakaś nuta respektu.
Lunie najwyraźniej ta pochwała sprawiła przyjemność. Poklepała mnie po ręku. Jechaliśmy jeszcze jakieś pięć minut w – już przyjemniejszej – ciszy.
– Silent Shore już niedaleko – powiedziała wilkołaczyca.
Odetchnęłam z ulgą.
– Jakiś wampir stoi przed budynkiem, czeka na coś.
Prawie zerwałam opaskę z oczu, zanim się zorientowałam, że to by był bardzo kiepski pomysł.
– Jak on wygląda?
– Bardzo wysoki, blondyn. Ma dużo włosów. Przyjaciel czy wróg?
Musiałam to przemyśleć.
– Przyjaciel – powiedziałam, starając się, aby w moim głosie nie było słychać wątpliwości.
– Uznaje randki międzygatunkowe? – dobiegł mnie głos od strony kierowcy.
– Nie wiem. Mam go spytać?
Luna i pasażer zaczęli wydawać jakieś stłumione dźwięki.
– Nie możesz się umawiać z nieumarłym – zaprotestowała Luna. – No proszę cię, Deb, ogarnij się, dziewczyno!
– Och, w porządku – powiedziała wilkołaczyca. – Niektórzy z nich wcale nie są tacy źli. Zatrzymam się przy krawężniku, dziecinko.
– To było do ciebie – powiedziała mi Luna na ucho.
Zatrzymaliśmy się i Luna nachyliła się nade mną, aby otworzyć moje drzwi, a potem pomogła mi wysiąść. Usłyszałam jakiś okrzyk od strony chodnika. W mgnieniu oka Luna zatrzasnęła za mną drzwi. Samochód pełen zmiennokształtnych odjechał z piskiem opon. Ryk silnika utonął w ciężkim, nocnym powietrzu.
– Sookie? – usłyszałam znajomy głos.
– Eric?
Mocowałam się z przepaską na oczy, ale Eric po prostu złapał ją z tyłu i pociągnął. Stałam się posiadaczką ślicznego, choć trochę poplamionego szalika. Frontowa ściana hotelu z ciężkimi, gładkimi drzwiami, była nocą pięknie oświetlona, a Eric wyglądał bledziej niż zwykle. Miał absolutnie zwyczajny, granatowy garnitur w prążki. Właściwie to cieszyłam się, że go widzę. Złapał moje ramię, żeby mnie powstrzymać przed zachwianiem się, i spojrzał na mnie z miną, z której nie dało się nic wyczytać. Wampiry są w tym dobre.
– Co ci się stało? – spytał.
– Ja… cóż, trochę trudno to szybko wytłumaczyć. Gdzie jest Bill?
– Najpierw poszedł do Bractwa Słońca, żeby cię stamtąd wyciągnąć. Ale po drodze usłyszeliśmy od jednego z nas, który jest policjantem, że miałaś wypadek i wzięli cię do szpitala. Więc poszedł do szpitala. W szpitalu dowiedział się, że zostałaś oficjalnie wypisana. Nikt nie chciał nic powiedzieć i Bill zaczął im grozić. – Eric wyglądał na skrajnie sfrustrowanego. Fakt, że musiał żyć zgodnie z ludzkimi prawami, był stałą przyczyną jego irytacji, pomimo wielkich korzyści, jakie mu to przynosiło. – No i nie mieliśmy już żadnego śladu. Portier powiedział, że tylko raz cię słyszał, mentalnie.
– Biedny Barry. Wszystko z nim w porządku?
– Jest bogatszy o parę setek i raczej z tego zadowolony – powiedział sucho Eric. – Potrzebujemy jeszcze tylko Billa. Same z tobą kłopoty, Sookie.
Wyciągnął komórkę z kieszeni i wybrał numer. Trochę to trwało, zanim się połączył.
– Bill, ona tu jest. Jacyś zmiennokształtni ja podrzucili. – Omiótł mnie spojrzeniem. – Poobijana, ale na chodzie. – Słuchał jeszcze przez chwilę. – Sookie, masz swój klucz? – spytał.
Pomacałam się po kieszeni spódnicy, do której jakiś milion lat temu wsadziłam plastikowy prostokąt.
– Tak – powiedziałam, nie mogąc uwierzyć, że coś po prostu jest w porządku. – Och, poczekaj! Czy zabrali Farrella?
Eric uniósł rękę na znak, że zajmie się mną za chwilę.
– Bill, zabiorę ją i spróbuję opatrzyć.
Eric nagle zesztywniał.
– Bill – powiedział, a w jego głosie brzmiała groźba. – W takim razie w porządku. Dobranoc.
Odwrócił się do mnie, tak, jakby nic nam nie przerwało.
– Tak, Farrell jest bezpieczny. Zrobili obławę na Bractwo.
– Czy… czy wielu ludzi jest rannych?
– Większość była zbyt przestraszona, żeby się pokazać. Rozproszyli się i pochowali w domach. Farrell był w celi w podziemiach z Hugonem.
– Och, prawda, Hugo. Co się z nim stało?
Mój głos musiał zdradzać zbyt wielkie zaciekawienie, bo Eric spojrzał na mnie krzywo, gdy szliśmy do windy. Starał się iść w moim tempie, a ja naprawdę paskudnie utykałam.
– Może cię zaniosę? – spytał.
– Och, nie, nie trzeba. Jakoś sobie do tej pory radziłam.
Gdyby Bill zaoferował mi coś takiego, zgodziłabym się bez wahania. Barry, siedzący przy biurku na recepcji, pomachał mi lekko. Podbiegłby do mnie, gdybym nie była z Erikem. Rzuciłam mu, mam nadzieję, znaczące spojrzenie, mające zakomunikować, że pogadamy później. Drzwi windy się otworzyły i weszliśmy do środka. Eric walnął pięścią w odpowiedni przycisk i oparł się o lustrzaną ścianę naprzeciwko mnie. Mogłam na niego patrzeć i jednocześnie widzieć własne odbicie.
– O nie – powiedziałam absolutnie przerażona. – O nie.
Moje włosy były spłaszczone przez perukę, w dodatku potem przeczesywałam je palcami, więc to była totalna katastrofa. Bezwiednie podniosłam do nich ręce, chociaż to sprawiło mi ból. Usta trzęsły mi się od powstrzymywanych łez. A moje włosy naprawdę były najmniejszym problemem. Miałam mnóstwo siniaków, od lekkich do masakrycznych, na całym ciele, a to były tylko te części ciała, które mogłam teraz widzieć. Moja twarz była opuchnięta i sina po jednej stronie. Rozcięcie biegło przez środek sińca na policzku. Przy bluzce brakowało guzików, a spódnica była rozdarta i brudna. Prawe ramię miałam całkiem zakrwawione i ciągle tkwiły w nim odłamki szkła
Zaczęłam płakać. To było okropne. Ten widok złamał to, co jeszcze pozostało z mojej duszy.
Na plus zapisało się Ericowi to, że nie zaczął się śmiać, chociaż może i miał ochotę.
– Sookie, wystarczy kąpiel i czyste ubranie, a na pewno poczujesz się lepiej – powiedział jak do dziecka. Prawdę mówiąc, nie czułam się teraz dużo starsza.
– Wilkołaczyca uważała, że jesteś uroczy – powiedziałam, szlochając jeszcze bardziej.
Wyszliśmy z windy.
– Wilkołaczyca? Sookie, ależ miałaś dzień pełen przygód.
Zgarnął mnie ramieniem, jakbym była naręczem ubrań, i przyciągnął do siebie. Zmoczyłam i zasmarkałam mu ten śliczny garnitur, a jego nieskazitelnie biała koszula już nie była nieskazitelna.
– Och, przepraszam!
Wyrwałam się, rzuciłam do tyłu i spojrzałam na jego garderobę. Spróbowałam ją oczyścić szalikiem.
– Nie zaczynaj znowu płakać – powiedział prędko. – Po prostu nie płacz, a ja nie będę się przejmował wyczyszczeniem tego. Nie przejmowałabym się nawet, gdybym musiał kupić sobie nowy garnitur.
Pomyślałam, że to trochę zabawne. Eric, straszny przywódca wampirów, boi się płaczu kobiety. Zachichotałam, mimo ustawicznego siąkania.
– Coś śmiesznego? – spytał.
Potrząsnęłam głową.
Otworzyłam drzwi kluczem i weszłam do środka.
– Pomogę ci w łazience, jeśli chcesz – zaoferował Eric.
– Och, raczej nie, sądzę, że nie.
Kąpiel była tym, czego pragnęłam najbardziej na świecie; kąpiel i to, żeby już nigdy nie zakładać tych ciuchów, ale byłam pewna, że nie chcę się kąpać z Erikiem znajdującym się gdziekolwiek w pobliżu.
– Jestem pewien, że nago wyglądasz bardzo apetycznie – powiedział Eric, żeby mnie podnieść na duchu.
– Jasne, że tak. Jestem po prostu smakowita jak wielka eklerka – powiedziałam, siadając ostrożnie w fotelu. – Chociaż teraz czuję się bardziej jak boudain.