U martwych w Dallas
- Автор: Харрис Шарлин
- Язык: польский
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «U martwych w Dallas». Краткое содержание книги:
Pewnego dnia Sookie znajduje na parkingu ciało zamordowanego kucharza z baru, w którym pracuje. Jakby tego było mało, zostaje śmiertelnie poraniona i otruta przez tajemnicza postać z mitów greckich. Na szczęście, pewne przyjacielsko usposobione wampiry wysysają jej zatrutą krew. Kiedy proszą ja o przysługę, Sookie wdzięczna za uratowanie życia nie odmawia. Wkrótce wykorzystuje swoje telepatyczne zdolności aby znaleźć wskazówkę co do zaginięcia pewnego wampira. Wkrótce, jednak Sookie zaczyna żałować swej decyzji…
– Jestem Luna Garza, a to jest moja przyjaciółka, hm… Marigold – Luna powiedziała to całkiem tak, jakby była inną osobą. Prawdę mówiąc, spojrzałam na nią, żeby się przekonać, czy to ta sama Luna. – Poznałyśmy się tego niefortunnego wieczoru, podczas pełnienia obowiązków.
Lekarz spojrzał na mnie trochę nieufnie.
– Ona jest wartościowa – powiedziała Luna z wielką powagą.
Nie chciałam popsuć tego momentu chichotaniem, ale musiałam przygryźć sobie wargi.
– Potrzebujesz prześwietlenia – powiedział lekarz po obejrzeniu mojej twarzy i zbadaniu groteskowo opuchniętego kolana.
Miałam cale mnóstwo siniaków, ale to były moje jedyne poważne obrażenia.
– A więc musimy to zrobić szybko, a potem bezpiecznie opuścić to miejsce – powiedziała Luna głosem nie znoszącym sprzeciwu.
W żadnym szpitalu nic nigdy nie działało tak szybko. Mogłam jedynie przypuszczać, że doktor Josephus jest jakimś głównym dyrektorem. Albo może szefem załogi. Przenośna maszyna do rentgena wjechała do gabinetu i prześwietlenie zostało zrobione. Kilka minut później doktor Josephus powiedział mi, że mam drobne pęknięcie kości policzka, które samo się zrośnie. Albo mogę zgłosić się do chirurga plastycznego, gdy opuchlizna już zejdzie. Dał mi receptę na środki przeciwbólowe, mnóstwo porad, okład z lodu na twarz i drugi na kolano, które było, jak powiedział „wywichnięte”.
Niecałe dziesięć minut później wychodziłyśmy już ze szpitala. Luna pchała mnie na wózku inwalidzkim, a doktor Josephus wyprowadzał nas czymś w rodzaju tunelu dla obsługi. Minęliśmy po drodze kilku pracowników. Wyglądali na ubogich ludzi, tych wykonujących niskopłatne zawody, jak dozorca szpitala czy kucharz. Nie mogłam uwierzyć, że tak pewny siebie człowiek, jak doktor Josephus, szedł tym tunelem wcześniej, ale zdawał się znać drogę, a członkowie personelu nie wyglądali na zdumionych jego widokiem. Na końcu tunelu otworzył pchnięciem ciężkie, metalowe drzwi.
Luna skinęła mu głową i podziękowała. Wydostałyśmy się na zewnątrz, w noc. Stał tutaj zaparkowany duży, stary samochód. Był ciemnoczerwony lub ciemnobrązowy. Gdy się rozejrzałam, zorientowałam się, że jesteśmy w zaułku; były tu duże kosze na śmieci ustawione wzdłuż ściany, zobaczyłam też kota polującego na coś (nie chcę wiedzieć na co) pomiędzy dwoma koszami. Gdy drzwi zamknęły się za nami ze świstem, zapadła całkowita cisza. Znów zaczęłam się bać.
Byłam niesamowicie wykończona i przerażona.
Luna podeszła do samochodu, otworzyła boczne drzwi i powiedziała coś do kogoś, kto był w środku. Cokolwiek powiedział, to ją wkurzyło. Odpowiedziała mu w jakimś obcym języku.
Kłótnia była blisko.
Luna podeszła do mnie.
– Musisz mieć zawiązane oczy – powiedziała, najwyraźniej przekonana, że będę protestować.
– Nie ma problemu – odpowiedziałam, machnąwszy przy tym ręką, aby podkreślić, jak mało to dla mnie znaczy.
– Nie masz nic przeciwko?
– Nie. Rozumiem, Luna, każdy potrzebuje prywatności.
– W takim razie w porządku.
Pospieszyła z powrotem do samochodu i wróciła z szalikiem z zielonego i niebieskiego jedwabiu, w odcieniu ogona pawia. Złożyła go i obwiązała starannie wokół mojej głowy, zupełnie jakbyśmy grały w ciuciubabkę.
– Posłuchaj mnie – powiedziała mi na ucho. – Tych dwoje jest dość nieprzyjemnych. Uważaj.
Jasne, zawsze chciałam być bardziej przestraszona.
Popchnęła mój wózek do samochodu i pomogła mi wsiąść. Domyślałam się, że odprowadziła wózek do drzwi, aby tam czekał, aż ktoś go odbierze; tak czy inaczej, minutę później siedziała już po drugiej stronie samochodu.
Z przodu znajdowały się dwie osoby. Wyczuwałam je – chociaż bardzo słabo – umysłem i zorientowałam się, że obie są zmiennokształtnymi, a przynajmniej było coś zmiennokształtnego w ich mózgach, taka sama półprzezroczysta plątanina myśli, jaką odbierałam od Sama i Luny. Mój szef, Sam, zwykle zmieniał się w owczarka collie. Zastanawiałam się, jaki kształt preferowała Luna.
Tych dwoje czymś się jednak różniło, to był jakiś rodzaj pulsującej ciężkości. Kontury ich umysłów były nieco inne, jakby nie całkiem ludzkie.
Przez kilka minut panowała cisza, podczas gdy samochód podskakiwał na wybojach alejki.
– Hotel Silent Shore, tak? – spytała kobieta kierująca pojazdem. Właściwie to nie spytała. Wydała pomruk.
W tym momencie zorientowałam się, że jest pełnia księżyca. Och, do diabła. Oni muszą się zmieniać w czasie pełni. Może to dlatego Luna tak chętnie opuściła Bractwo tego wieczoru, gdy tylko się ściemniło.
– Tak, proszę – powiedziałam grzecznie.
– Jedzenie, które mówi – powiedział pasażer. Jego głos jeszcze bardziej przypominał warczenie.
Jasne, że mi się to ani trochę nie podobało, ale nie miałam pojęcia, co odpowiedzieć. Właściwie, to o zmiennokształtnych musiałam się nauczyć jeszcze równie dużo, co o wampirach.
– Zachowujcie się – powiedziała Luna. – Ona jest moim gościem.
– Luna przyniosła żarcie dla szczeniaczków – powiedział pasażer. Naprawdę, zaczynałam nie lubić tego gościa.
– Jak dla mnie, pachnie bardziej jak hamburger – usłyszałam kobietę za kierownicą. – Ma zadrapanie albo dwa, co nie, Luna?
– Dajecie jej świetny przykład tego, jak jesteście ucywilizowani – warknęła Luna. – Ogarnijcie się trochę. Miała ciężką noc. A do tego ma złamaną kość.
I ta noc nie dobiegła jeszcze połowy. Przesunęłam torebkę z lodem, którą przyciskałam do twarzy. Nie da się znieść takiego chłodu w pobliżu zatok.
– Czemu Josephus musiał przysłać te popieprzone wilkołaki – wymruczała mi Luna do ucha. Ale wiedziałam, że oni i tak słyszą. Sam słyszał wszystko, a nie był nawet w porównywalnym stopniu tak potężny, jak prawdziwy wilkołak. Przynajmniej tak mi się wydawało. Cóż, żeby być szczerą, muszę powiedzieć, że aż do tej chwili nie miałam pojęcia o istnieniu prawdziwych wilkołaków.
– Przypuszczam – powiedziałam taktownie i dość głośno, aby być usłyszaną – że według niego oni będą mogli nas najskuteczniej obronić, jeśli znów zostaniemy zaatakowane.
Mogłam wyczuć, jak te stwory z przodu nadstawiają uszu. Dosłownie
– Wszystko z nami w porządku – powiedziała Luna, oburzona. Wierciła się i kręciła na siedzeniu obok mnie, jakby wypiła szesnaście kubków kawy.
– Luna. Miałyśmy wypadek, twój wóz jest skasowany. Byłyśmy na pogotowiu. Co masz na myśli, mówiąc „w porządku”?
Sama musiałam odpowiedzieć na swoje pytanie.
– Hej, Luna, przepraszam. Przecież ty mnie z tego wyciągnęłaś, gdy oni chcieli mnie zabić. To nie twoja wina, że w nas uderzyli.
– Wy dwie trochę narozrabiałyście tej nocy, co? – spytał pasażer, jakoś kulturalniej. Najwyraźniej już sobie odpuścił. Nie wiedziałam, czy wszystkie wilkołaki są takie nieprzyjemne, czy to po prostu jego indywidualny charakter.
– Tak, wszystko przez to pierdolone Bractwo – powiedziała Luna z czymś więcej niż cieniem dumy w głosie. – Zamknęli tę laskę w celi. W podziemiach.
– Nie pieprzysz? – spytała kobieta za kierownicą. Miała taki sam hiperpuls – dobra, nazwijmy to aurą, z braku lepszego słowa – jak Luna.
– Nie pieprzy – powiedziałam stanowczo. – Pracuję dla zmiennokształtnego, tam, gdzie mieszkam – dodałam, żeby podtrzymać konwersację.
– Serio? Co to za praca?
– W barze. On jest właścicielem baru.
– Więc jesteś teraz daleko od domu?
– Zbyt daleko – powiedziałam.
– Naprawdę ten mały nietoperz uratował ci życie?