U martwych w Dallas
- Автор: Харрис Шарлин
- Язык: польский
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «U martwych w Dallas». Краткое содержание книги:
Pewnego dnia Sookie znajduje na parkingu ciało zamordowanego kucharza z baru, w którym pracuje. Jakby tego było mało, zostaje śmiertelnie poraniona i otruta przez tajemnicza postać z mitów greckich. Na szczęście, pewne przyjacielsko usposobione wampiry wysysają jej zatrutą krew. Kiedy proszą ja o przysługę, Sookie wdzięczna za uratowanie życia nie odmawia. Wkrótce wykorzystuje swoje telepatyczne zdolności aby znaleźć wskazówkę co do zaginięcia pewnego wampira. Wkrótce, jednak Sookie zaczyna żałować swej decyzji…
– A więc nie możemy zawiadomić policji. Czyli do kogo możemy się zwrócić?
– Zabiorę cię do twoich ludzi. Nie ma potrzeby, żebyś poznawała moich. Oni nie chcą być poznawani, rozumiesz?
– Jasne.
– Musisz mieć w sobie coś niezwykłego, nie? Żeby nas rozpoznawać.
– Tak.
– Więc czym jesteś? Nie wampirem, to jasne. Nie jedną z nas.
– Jestem telepatką.
– Telepatka? Nie chrzań! Cóż, łaaaaaaa, łaaaaaa [25] – powiedziała Luna, naśladując dźwięk zwyczajowo wydawany przez duchy.
– Nie bardziej łaaaaaa, łaaaaa niż ty – powiedziałam, czując się lekko urażona.
– Wybacz – powiedziała nie całkiem szczerze. – W porządku, plan jest taki…
Ale nie usłyszałam, jaki jest plan, bo w tym momencie zostałyśmy uderzone od tyłu.
Następna rzecz, jaką pamiętam, to to, że wisiałam do góry nogami na pasie bezpieczeństwa. Jakieś ręce sięgały, żeby mnie wyciągnąć. Rozpoznałam je po paznokciach – to była Sarah. Ugryzłam ją. Z wrzaskiem cofnęła dłonie.
– Z całą pewnością nic jej nie jest. – Usłyszałam, jak Sarah słodkim głosem rozmawia z kimś spoza Bractwa i zdałam sobie sprawę, że muszę coś zrobić
– Nie słuchaj jej! To jej samochód nas uderzył! – zawołałam. – Nie pozwól jej mnie dotknąć!
Spojrzałam na Lunę, której włosy teraz dotykały sufitu. Była przytomna, ale się nie odzywała. Wierciła się, wyglądało na to, że próbuje odpiąć swój pas.
Zza okna dochodziły odgłosy rozmowy, w większości brzmiało to jak kłótnia.
– Powtarzam ci, jestem jej siostrą, a ona jest po prostu pijana – mówiła do kogoś Polly.
– Nie jestem! Żądam wykonania testu alkomatem – powiedziałam tak pełnym godności głosem, na jaki tylko mogłam się zdobyć, zdając sobie sprawę, że brzmi to zaskakująco głupio, gdy się wisi do góry nogami. – Wezwijcie policję, proszę, i karetkę pogotowia.
Przez bełkot Sarah przebił się twardy, męski głos:
– Proszę pań, wygląda na to, że ona nie potrzebuje pań towarzystwa. I wygląda na to, że ma ku temu jakiś powód.
Twarz mężczyzny pojawiła się w oknie. Uklęknął i schylił się, żeby móc przez nie zajrzeć.
– Zadzwonię na 911 [26] – powiedział.
Był dość przysadzisty i rozczochrany, w mojej opinii po prostu piękny.
– Proszę tu zostać, dopóki nie przyjadą.
Byłam gotowa go o to błagać.
– Zostanę – obiecał i jego twarz znikła.
Teraz pojawiło się więcej głosów. Sarah i Polly zaczęły jazgotać. Uderzyły w nasz samochód. Kilkunastu ludzi to widziało. Ich podawanie się za siostry czy cokolwiek innego nie wzbudziło zachwytu tłumu. Poza tym zauważyłam, że jest z nimi dwóch mężczyzn z Bractwa, którzy nie byli zbyt sympatyczni.
– W takim razie po prostu sobie pójdziemy – powiedziała Polly z furią w głosie.
– Nie, nie pójdziecie – zaoponował mój cudowny wojownik. – Powinnyście załatwić z nimi sprawy ubezpieczenia.
– On ma rację – powiedział jakiś dużo młodszy, kobiecy głos. – Po prostu nie chcecie płacić za naprawę ich samochodu.
– I czy one nie są ranne? Czy nie powinnyście też ponieść kosztów ich leczenia?
Lunie udało się wypiąć z pasów, obróciła się i upadła na dach, który teraz był podłogą samochodu. Ze zręcznością, której mogłam jej tylko pozazdrościć, wysunęła głowę przez otwarte okno i zaczęła się wyczołgiwać, zapierając się stopami o co się tylko dało. Stopniowo wyślizgiwała się na zewnątrz. Jednym z takich punktów podparcia było moje ramię, ale nawet nie pisnęłam. Jedna z nas musiała się wydostać na wolność. Rozległy się okrzyki, gdy tylko się pojawiła, i usłyszałam, jak mówi:
– No dobrze, więc która z was prowadziła?
Natychmiast poparły ja różne głosy, jedne mówiły to, inne co innego, ale wszystkie twierdziły, że Sarah i Polly, a także ich przydupasy, byli sprawcami, a Luna – ofiarą. Dookoła było tak wielu ludzi, że kiedy pojawił się jeszcze jeden samochód ludzi z Bractwa, nie było już żadnego sposobu, żeby mogli nas jakoś stamtąd wywlec. Niech Bóg błogosławi amerykańskich gapiów. Wygląda na to, że wpadłam w ckliwy nastrój.
Sanitariusz, który wyciągał mnie z samochodu, był najmilszym gościem, jakiego kiedykolwiek spotkałam. Miał na imię Salazar, tak miał napisane na identyfikatorze, i powiedziałam „Salazar” na głos tylko po to, żeby się upewnić, że mogę to powiedzieć. Starałam się, żeby to zabrzmiało poprawnie.
– Tak, to ja – powiedział, podnosząc mi powiekę, żeby spojrzeć na moje oko. – Nieźle się pani załatwiła.
Zaczęłam mu tłumaczyć, że miałam już część tych zranień jeszcze przed wypadkiem, ale usłyszałam, jak Luna mówi:
– Mój kalendarz leżał na desce rozdzielczej, przeleciał przez cały samochód i uderzył ją w twarz.
– Dużo bezpieczniej jest nie kłaść nic na desce rozdzielczej, proszę pani – powiedział jakiś nowy głos, mówił najwyraźniej przez zatkany nos.
– Dobrze, panie władzo.
„Panie władzo”? Chciałam odwrócić głowę, ale Salazar mnie powstrzymał.
– Proszę po prostu leżeć spokojnie, dopóki nie skończę oglądać pani obrażeń – powiedział stanowczo.
– Dobrze. Jest tutaj policja? – dodałam po chwili.
– Tak, proszę pani. Tutaj, czy to boli?
Przeszliśmy przez całą listę pytań, z których na większość byłam w stanie odpowiedzieć.
– Myślę, że wszystko będzie z panią w porządku, ale musimy zabrać panią i pani przyjaciółkę do szpitala, tylko po to, aby się upewnić. – Salazar i jego partnerka, potężna anglosaska byli przekonani o tej konieczności.
– Och – powiedziałam rozzłoszczona – nie potrzebujemy wizyty w szpitalu, prawda, Luna?
– Jasne, że potrzebujemy – powiedziała, tak zaskoczona, jak tylko mogła być. – Muszą nam zrobić prześwietlenie, kochanie. Mam na myśli to, że twój policzek naprawdę kiepsko wygląda.
– Och. – Byłam lekko oszołomiona tym, jak potoczyły się sprawy. – Cóż, skoro tak uważasz.
– Tak, tak uważam.
Luna weszła do ambulansu, a ja zostałam załadowana na noszach, i wystartowaliśmy na sygnale. Ostatnie, co widziałam, zanim Salazar zamknął drzwi, to Polly i Sarah rozmawiające z bardzo wysokim policjantem.
Obydwie wyglądały na wyjątkowo zdenerwowane. To dobrze.
Szpital był taki, jak wszystkie szpitale. Luna kompletnie się do mnie przykleiła. Kiedy byłyśmy w tej samej kabinie i weszła pielęgniarka, żeby uzyskać od nas kilka dodatkowych informacji, Luna powiedziała:
– Proszę powiedzieć doktorowi Josephusowi, że Luna Garza i jej siostra na niego czekają.
Pielęgniarka, młoda Afroamerykanka, rzuciła Lunie pełne wątpliwości spojrzenie, ale powiedziała „dobrze” i szybko wyszła.
– Dlaczego to zrobiłaś? – spytałam.
– Żeby ta pielęgniarka przestała przeglądać nasze karty? Specjalnie prosiłam o ten szpital. Mamy kogoś w każdym szpitalu, ale naszego człowieka stąd znam najlepiej.
– Naszego?
– Naszego. O podwójnej naturze.
– Och.
Zmiennokształtnego. Nie mogłam się doczekać, kiedy opowiem o tym Samowi.
– Jestem doktor Josephus – powiedział łagodny głos. Podniosłam głowę i ujrzałam szczupłego, srebrnowłosego mężczyznę, wchodzącego oddzielonej parawanem części gabinetu, w której się znajdowałyśmy. Jego włosy były przerzedzone, a na spiczastym nosie miał okulary w drucianych oprawkach, podkreślające niebieskość jego oczu.
[25] W oryginale: wooooo, wooooo – kretyńskość formy w tłumaczeniu nie wynika z głupoty tłumaczki, ale z braku wyrazu dźwiękonaśladowczego określającego, jak robi duch w języku polskim.
[26] Czyli amerykański numer powiadamiający służby ratunkowe.