U martwych w Dallas
- Автор: Харрис Шарлин
- Язык: польский
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «U martwych w Dallas». Краткое содержание книги:
Pewnego dnia Sookie znajduje na parkingu ciało zamordowanego kucharza z baru, w którym pracuje. Jakby tego było mało, zostaje śmiertelnie poraniona i otruta przez tajemnicza postać z mitów greckich. Na szczęście, pewne przyjacielsko usposobione wampiry wysysają jej zatrutą krew. Kiedy proszą ja o przysługę, Sookie wdzięczna za uratowanie życia nie odmawia. Wkrótce wykorzystuje swoje telepatyczne zdolności aby znaleźć wskazówkę co do zaginięcia pewnego wampira. Wkrótce, jednak Sookie zaczyna żałować swej decyzji…
– Mityczne stworzenia. Teraz słuchaj mnie – powiedziała Luna.
Szłyśmy przez parking, samochody zaczynały się już gromadzić. Co chwila uśmiechała się, machała i starała się wyglądać na szczęśliwą. Ale ja nie mogłam już dłużej nie utykać, a moja twarz była wykrzywiona jak u dziwki, jak by powiedziała Arlene.
Jejku, nagle zatęskniłam za domem… Ale odpędziłam to uczucie, żeby skupić się na Lunie, która najwyraźniej coś do mnie miała.
– Powiesz wampirom, że mamy to miejsce pod obserwacją…
– My czyli kto?
– My czyli zmiennokształtni z całego obszaru Dallas.
– To wy macie jakąś organizację? Hej, to jest świetne! Muszę powiedzieć… temu przyjacielowi.
Przewróciła oczami, najwyraźniej nie będąc pod wrażeniem mojego intelektu.
– Słuchaj mała, powiesz wampirom, że jak tylko Bractwo się o nas dowie, zaczną polować też na nas. A my nie chcemy mainstreamu. W podziemiu nam dobrze. Głupie, popieprzone wampiry. Więc mamy oko na Bractwo.
– Skoro macie ich pod tak czujną obserwacją, to czemu nie powiedzieliście wampirom, że Farrell jest przetrzymywany w piwnicy? I co z Godfreyem?
– Hej, Godfrey sam chciał się zabić, nie nasza sprawa. Sam polazł do Bractwa, przecież nie oni do niego. Prawie się posikali w gacie ze szczęścia, że go mają, jak już się otrząsnęli z szoku wywołanego siedzeniem w jednym pokoju i rozmawianiem z przeklętym.
– Co z Farrellem?
– Nie wiedziałam, kto tam jest – przyznała. – Wiedziałam, że kogoś schwytali, ale nie jestem w wystarczająco ścisłym kręgu wtajemniczonych, żeby znać szczegóły. Próbowałam się nawet podlizać temu dupkowi, Gabe’owi, ale to nie pomogło.
– Zapewne ucieszy cię informacja, że Gabe nie żyje.
– Hej! – Uśmiechnęła się szczerze po raz pierwszy. – To jest dobra wiadomość!
– A oto reszta informacji. Jak znam wampiry, przybędą tutaj dzisiaj po Farrella. Więc na twoim miejscu nie wracałabym tej nocy do Bractwa.
Przez około minutę przygryzała sobie dolną wargę. Byłyśmy już w odległym końcu parkingu.
– Właściwie – powiedziałam – byłoby idealnie, gdybyś mogła mnie podrzucić do hotelu.
– Cóż, nie jestem tutaj od czynienia twojego życia idealnym – warknęła, na powrót stając się tą trudną do zniesienia osobą. – Wracam do kościoła zanim to gówno się zacznie, muszę pozbierać papiery. Pomyśl o tym, dziewczyno. Co wampiry zrobią z Godfreyem? Wypuszczą go żywego? Jest seryjnym mordercą, dzieciobójcą, robił to tyle razy, że nawet nie umie policzyć, nie mógł przestać i dobrze o tym wiedział.
A więc to była dobra strona Bractwa… Udostępnianie wampirom miejsca, gdzie mogły publicznie popełnić samobójstwo?
– Może powinni wprowadzić jakieś opłaty za oglądanie tego?
– Wprowadziliby, gdyby mogli. – Luna była poważna. – Wampiry, które próbują mainstreamować, są lekko wkurzone na tych, przez których ich plan mógłby nawalić. Godfrey nie jest dobrym chłopcem do umieszczenia na plakacie.
– Nie mogę rozwiązać każdego problemu, Luna. Tak przy okazji, naprawdę nazywam się Sookie. Sookie Stackhouse. I uwierz, zrobiłam wszystko, co w mojej mocy. Wykonałam to, co mi zlecono, teraz powinnam wrócić i zdać raport. Godfrey przeżyje czy Godfrey umrze. Myślę, że umrze.
– Lepiej, żebyś miała rację – powiedziała złowrogo.
Nie mogłam zrozumieć, dlaczego to miała być moja wina, że Godfrey zmienił zdanie. Ja tylko zakwestionowałam wybrane przez niego miejsce. Ale może miała rację. Może ponosiłam częściową odpowiedzialność.
Za dużo było tego wszystkiego, jak dla mnie…
– Do zobaczenia – powiedziałam i zaczęłam kuśtykać przez parking w stronę drogi. Nie odeszłam daleko, gdy usłyszałam wrzawę dochodzącą z kościoła, a wszystkie zewnętrzne światła się zapaliły. Ta nagła jasność był oślepiająca.
– Tak właściwie, to może jednak nie będę wracać do Centrum Bractwa. To chyba nie końca dobry pomysł – powiedziała Luna, wychylając się przez okno subaru.
Wdrapałam się na siedzenie pasażera i pomknęłyśmy w stronę najbliższego wjazdu na czteropasmówkę. Odruchowo zapięłam pasy.
Ale choć ruszyłyśmy bardzo szybko, inni byli jeszcze szybsi. Różne rodzinne pojazdy poustawiały się tak, że blokowały wyjazd z parkingu.
– Cholera – powiedziała Luna.
Siedziałyśmy bezczynnie przez około minutę, podczas gdy Luna się namyślała.
– Nigdy mnie nie wypuszczą, nawet, jeśli jakoś ciebie ukryję. Nie mogę wrócić do kościoła. Zbyt łatwo mogą przeszukać parking.
Luna zaczęła jeszcze mocniej przygryzać sobie dolną wargę.
– Och, chrzanić to – powiedziała i wrzuciła bieg. Początkowo jechała spokojnie, starając się zwracać na siebie jak najmniejszą uwagę. – Ci ludzie nie rozpoznaliby religii nawet wtedy, gdyby ugryzła ich w tyłek.
Na wysokości kościoła Luna staranowała barierkę oddzielającą parking od trawnika. Teraz jechałyśmy po trawniku, okrążając wydzielony plac, i zorientowałam się, że uśmiecham się od ucha do ucha, chociaż to strasznie bolało.
– Ju-hu! – zawołałam, kiedy uderzyłyśmy w zraszacz.
Przejechałyśmy przez plac z przodu kościoła i, co było dla mnie szokiem, nikt nas nie ścigał. Pewnie zorganizują się w ciągu jakiejś minuty, fanatycy. Ci ludzie, którzy popierają Bractwo w najbardziej ekstremalny sposób, dziś wieczorem doznają prawdziwego przebudzenia.
Żeby się upewnić, Luna zerknęła w boczne lusterko i powiedziała:
– Odblokowali wejścia i ktoś za nami jedzie.
Wjechałyśmy na drogę biegnącą od strony przodu kościoła, inną główną czteropasmówką, choć pozostali kierowcy trąbili na nas, zbulwersowani naszym niespodziewanym włączeniem się do ruchu.
– Jasna cholera – powiedziała Luna. Zwolniła do sensownej prędkości, wciąż spoglądając w boczne lusterko. – Jest zbyt ciemno. Nie mogę stwierdzić, które światła są ich.
Zastanawiałam się, czy Barry zawiadomił Billa.
– Masz komórkę? – spytałam.
– Jest w mojej torebce, która została w biurze, w kościele. Razem z moim prawem jazdy. Właśnie tak się dowiedziałam że masz kłopoty. Weszłam do biura i wyczułam twój zapach. Wybiegłam na zewnątrz, żeby cię wytropić, ale cię nie znalazłam, więc wróciłam. Mamy pieprzone szczęście, że chociaż kluczyki miałam w kieszeni.
Niech Bóg błogosławi zmiennokształtnych. Żałowałam, że nie mamy komórki, ale nic nie mogłam na to poradzić. Nagle zaczęłam się zastanawiać, gdzie jest moja własna torebka. Prawdopodobnie została w biurze Bractwa Słońca. Ale przynajmniej wyjęłam z niej wszystkie dokumenty.
– Czy możemy zatrzymać się gdzieś, gdzie można skorzystać z telefonu albo na posterunku policji?
– Jeśli zawiadomisz policję, to co oni zrobią? – spytała Luna takim tonem, jakby chciała skłonić małe dziecko do włożenia w myślenie większego wysiłku.
– Pojadą do kościoła.
– I co się potem stanie?
– Och, spytają Steve’a, dlaczego przetrzymywał więźniów?
– Taa. I co on odpowie?
– Nie wiem.
– On odpowie: „Nigdy nie przetrzymywałem żadnych więźniów. Ona miała jakąś sprzeczkę z moim pracownikiem, Gabe’em, i teraz on leży martwy. Aresztujcie ją!”
– Och. Tak myślisz?
– Owszem, tak myślę.
– A co z Farrellem?
– Jeśli policja tylko się zbliży do wejścia, uwierz mi, mają już kogoś wyznaczonego do zejścia do piwnicy i wbicia mu kołka w serce. Zanim gliny tam dotrą, Farrella już nie będzie. Mogą zrobić to samo Godfreyowi, jeśli nie będzie chciał ich kryć. Pewnie bardzo się tym nie przejmie, sam chciał umrzeć, no ale to Godfrey.
– No dobrze, co w takim razie z Hugonem?
– Myślisz, że Hugo będzie chciał wyjaśniać, jak to się stało, że został zamknięty w piwnicy? Nie mam pojęcia, jakich bzdur naplecie, ale na pewno nie powie prawdy. Miesiącami prowadził podwójne życie i wszystko już mu się pomieszało.