Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Исторические детективы » KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów
KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów

Электронная книга - «KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów». Краткое содержание книги:

Podczas przygotowań do koronacji cara Mikołaja II porwany zostaje syn Wielkiego Ksiecia Georgija Aleksandrowicza. Porywacz jako okupu żąda `Orłowa`. Ten bezcenny brylant zdobiący berło jest narodową świętością. Fandorin wie, że zbrodniarz nie zwykł zostawiać swych ofiar przy życiu. Musi więc wygrać wyścig z czasem.
1 ... 32 33 34 35 36 37 38 39 40 ... 104
Перейти на страницу:

- Rozumnie, czyż nie? - zapytał z zadowoleniem Symeon Aleksandrowicz, bardzo dumny ze swojego policmajstra.

- P-pan pułkownik pozwoli - nagle zabrał głos Fandorin. - Jest pan pewny, że mademoiselle Declique, która nigdy wcześniej nie była w Moskwie, nie zabłądzi na tej waszej wytyczonej trasie?

Łasowski nadął się

- Osobiście zamknę się z nią w pokoju i wyuczę ją na pamięć wszystkich skrzyżowań i zakrętów. Zostanie nam na to cała godzina.

Fandorin chyba był usatysfakcjonowany odpowiedzią, bo o nic więcej nie pytał.

- Trzeba posłać po szafiry - rzekł z westchnieniem najjaśniejszy pan. - I niech wspomoże nas Bóg.

O wpół do piątej, kiedy mademoiselle blada, z przygryzioną wargą, szła na podjazd, gdzie oczekiwało ją dwóch oficerów żandarmerii po cywilnemu, w korytarzu podszedł do niej Fandorin. Byłem obok i słyszałem każde słowo.

- Od was, pani, oczekuje się tylko jednego - powiedział bardzo poważnie. - Nie wolno narażać życia chłopczyka. Niech pani będzie spostrzegawcza, to pani jedyna broń. Nie wiem, co w-wymyślił Lind tym razem, ale niech pani kieruje się własnym rozumem, nikogo nie słucha i nikomu nie dowierza. Dla policji ważne jest nie tyle życie waszego wychowanka, ile uniknięcie rozgłosu. I jeszcze... - Popatrzył jej prosto w oczy i powiedział to, co niedawno ja sam próbowałem, ale czego nie potrafiłem wyrazić. - Niech pani nie wini siebie za to fatalne zdarzenie. Gdyby chłopczyk nie pozostał sam, pani obecność i tak by niczego nie zmieniła. Najwyżej mogłaby paść kolejna ofiara, ponieważ doktor Lind nie zostawia świadków.

Mademoiselle szybko zatrzepotała rzęsami i wydało mi się, że spadła z nich łezka.

- Merci, monsieur, merci. J’avais besoin de l’entendre*. [Dziękuję, panie, dziękuję. Tak potrzebowałam tych słów (fr.).]

Położyła Fandorinowi rękę na nadgarstku - zupełnie tak jak wcześniej mnie - i jeszcze ścisnęła! A on, zupełnie nieskrępowanie, dotknął jej łokcia, kiwnął głową i szybko poszedł do siebie z taką miną, jakby dokądś się bardzo spieszył. Od wszystkich tych uścisków już zupełnie upadłem na duchu.

(Wybiegając naprzód - później się wyjaśni dlaczego - opowiem, czym zakończyła się operacja moskiewskiej policji. Plan pułkownika Łasowskiego był niegłupi i z pewnością doprowadziłby do sukcesu, gdyby Lind wypełnił warunki, które sam zaproponował. Ale właśnie tego podstępny doktor, niestety, nie uczynił. Guwernantka zatem jechała kolaską na Arbat. W rękach miała aksamitną torebkę z bezcennym skarbem, a towarzyszyli jej dwaj żandarmi: jeden naprzeciw, drugi na koźle. Zaraz za mostem Krymskim, kiedy pojazd skręcił w jakąś ulicę - jeśli się nie mylę, nazywała się Ostożenka - mademoiselle nagle się wyprostowała, odwróciła za jadącą po przeciwnej stronie karocą i przenikliwie krzyknęła:

- Mika! Mika!

Oficerowie też się odwrócili i między kołyszącymi się zasłonami tylnego okna zdążyli zobaczyć niebieską marynarską czapeczkę.

Zawracać karetki - tak jak wczoraj - nie było czasu, ale na szczęście, z naprzeciwka jechał fiakier.

Żandarmi polecili mademoiselle zostać w kolasce, a sami wyrzucili z dorożki „wańkę” i puścili się w pogoń za karetą, która uwoziła Michała Gieorgijewicza.

Dopędzić jej nie mogli, ponieważ konik zaprzężony do fiakra nie miał takiej siły, aby się ścigać z czwórką świetnych koni, a tymczasem do mademoiselle Declique, w rozterce miotającej się na siedzeniu, zbliżył się jakiś nieznajomy, wąsaty i z brodą, grzecznie uniósł furażkę urzędnika Ministerstwa Górnictwa i rzekł w nieskazitelnej francuszczyźnie:

- Warunki wypełniono - widziała pani księcia. A teraz proszę o ratę.

Co mogła zrobić mademoiselle? Tym bardziej że niedaleko przechadzało się jeszcze dwóch mężczyzn - wedle jej słów - znacznie mniej galantnych z wyglądu niż ten uprzejmy nieznajomy.

Oddała torebkę i zgodnie z zaleceniami Fandorina postarała się jak najlepiej zapamiętać wszystkich trzech.

Cóż, zapamiętała i następnie opisała szczegółowo. Tylko jaka z tego korzyść? Najwyraźniej brak ludzi nie spędzał snu z powiek doktora Linda).

* * *

O klęsce zaplanowanej przez oberpolicmajstra operacji dowiedziałem się później, tego wieczoru bowiem nie było mnie w Ermitażu. Kiedy mademoiselle, nie uniknąwszy przechytrej arbackiej pułapki, wróciła do pałacu, ja już opuściłem teren parku Nieskucznego.

Po odprowadzeniu guwernantki - zmuszonej do uczestnictwa w ryzykownym przedsięwzięciu tylko dlatego, że zachowałem się jak głupiec i nie poradziłem sobie z zadaniem - jakoś nie mogłem znieść bezczynności. Chodziłem tam i z powrotem po swoim pokoju i myślałem o tym, jakim potworem jest Fandorin. Tego gutaperkowego elegancika nie można dopuszczać do dziewcząt i porządnych kobiet. Jak on bezwstydnie zawrócił w głowie jej wysokości! Jak zręcznie zdobył przychylność mademoiselle Declique! I, najważniejsze, po co? Po co temu wyglansowanemu, obytemu z wyższymi sferami uwodzicielowi skromna guwernantka - ani piękność, ani wielka dama? Po co z nią rozmawiał takim aksamitnym głosem i jeszcze czule ściskał za łokieć? O, ten osobnik nic bez celu nie czyni!

Wtedy moje myśli zwróciły się w zupełnie nieoczekiwanym kierunku. Wspomniałem, jak Symeon Aleksandrowicz, znający Fandorina w jego uprzednim życiu, nazwał go najpodlejszego rodzaju awanturnikiem, od którego można oczekiwać wszystkiego. Takiego samego zdania byłem teraz i ja.

W moim mózgu jedno po drugim rodziły się podejrzenia i żeby rozważyć sprawę, spróbowałem je uporządkować - według stopnia ważności, metodą tegoż Fandorina.

Historia odnalezienia gazeciarza, jeśli lepiej się przyjrzeć, wyglądała na dość wątpliwą. No, załóżmy, że Fandorin rzeczywiście wykazał się nietuzinkową spostrzegawczością i odnalazł malutkiego łajdaka. Ale po co go wypuścił? A jeżeli on coś ukrył albo w ogóle nakłamał i potem pobiegł zameldować Lindowi? To raz.

1 ... 32 33 34 35 36 37 38 39 40 ... 104
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)