KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów
- Автор: Акунин Борис Чхартишвили
- Серия: Przygody Erasta Fandorina #8
- Язык: польский
- Жанр: Исторические детективы
Электронная книга - «KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów». Краткое содержание книги:
- Rozumnie, czyż nie? - zapytał z zadowoleniem Symeon Aleksandrowicz, bardzo dumny ze swojego policmajstra.
- P-pan pułkownik pozwoli - nagle zabrał głos Fandorin. - Jest pan pewny, że mademoiselle Declique, która nigdy wcześniej nie była w Moskwie, nie zabłądzi na tej waszej wytyczonej trasie?
Łasowski nadął się
- Osobiście zamknę się z nią w pokoju i wyuczę ją na pamięć wszystkich skrzyżowań i zakrętów. Zostanie nam na to cała godzina.
Fandorin chyba był usatysfakcjonowany odpowiedzią, bo o nic więcej nie pytał.
- Trzeba posłać po szafiry - rzekł z westchnieniem najjaśniejszy pan. - I niech wspomoże nas Bóg.
O wpół do piątej, kiedy mademoiselle blada, z przygryzioną wargą, szła na podjazd, gdzie oczekiwało ją dwóch oficerów żandarmerii po cywilnemu, w korytarzu podszedł do niej Fandorin. Byłem obok i słyszałem każde słowo.
- Od was, pani, oczekuje się tylko jednego - powiedział bardzo poważnie. - Nie wolno narażać życia chłopczyka. Niech pani będzie spostrzegawcza, to pani jedyna broń. Nie wiem, co w-wymyślił Lind tym razem, ale niech pani kieruje się własnym rozumem, nikogo nie słucha i nikomu nie dowierza. Dla policji ważne jest nie tyle życie waszego wychowanka, ile uniknięcie rozgłosu. I jeszcze... - Popatrzył jej prosto w oczy i powiedział to, co niedawno ja sam próbowałem, ale czego nie potrafiłem wyrazić. - Niech pani nie wini siebie za to fatalne zdarzenie. Gdyby chłopczyk nie pozostał sam, pani obecność i tak by niczego nie zmieniła. Najwyżej mogłaby paść kolejna ofiara, ponieważ doktor Lind nie zostawia świadków.
Mademoiselle szybko zatrzepotała rzęsami i wydało mi się, że spadła z nich łezka.
- Merci, monsieur, merci. J’avais besoin de l’entendre*. [Dziękuję, panie, dziękuję. Tak potrzebowałam tych słów (fr.).]
Położyła Fandorinowi rękę na nadgarstku - zupełnie tak jak wcześniej mnie - i jeszcze ścisnęła! A on, zupełnie nieskrępowanie, dotknął jej łokcia, kiwnął głową i szybko poszedł do siebie z taką miną, jakby dokądś się bardzo spieszył. Od wszystkich tych uścisków już zupełnie upadłem na duchu.
(Wybiegając naprzód - później się wyjaśni dlaczego - opowiem, czym zakończyła się operacja moskiewskiej policji. Plan pułkownika Łasowskiego był niegłupi i z pewnością doprowadziłby do sukcesu, gdyby Lind wypełnił warunki, które sam zaproponował. Ale właśnie tego podstępny doktor, niestety, nie uczynił. Guwernantka zatem jechała kolaską na Arbat. W rękach miała aksamitną torebkę z bezcennym skarbem, a towarzyszyli jej dwaj żandarmi: jeden naprzeciw, drugi na koźle. Zaraz za mostem Krymskim, kiedy pojazd skręcił w jakąś ulicę - jeśli się nie mylę, nazywała się Ostożenka - mademoiselle nagle się wyprostowała, odwróciła za jadącą po przeciwnej stronie karocą i przenikliwie krzyknęła:
- Mika! Mika!
Oficerowie też się odwrócili i między kołyszącymi się zasłonami tylnego okna zdążyli zobaczyć niebieską marynarską czapeczkę.
Zawracać karetki - tak jak wczoraj - nie było czasu, ale na szczęście, z naprzeciwka jechał fiakier.
Żandarmi polecili mademoiselle zostać w kolasce, a sami wyrzucili z dorożki „wańkę” i puścili się w pogoń za karetą, która uwoziła Michała Gieorgijewicza.
Dopędzić jej nie mogli, ponieważ konik zaprzężony do fiakra nie miał takiej siły, aby się ścigać z czwórką świetnych koni, a tymczasem do mademoiselle Declique, w rozterce miotającej się na siedzeniu, zbliżył się jakiś nieznajomy, wąsaty i z brodą, grzecznie uniósł furażkę urzędnika Ministerstwa Górnictwa i rzekł w nieskazitelnej francuszczyźnie:
- Warunki wypełniono - widziała pani księcia. A teraz proszę o ratę.
Co mogła zrobić mademoiselle? Tym bardziej że niedaleko przechadzało się jeszcze dwóch mężczyzn - wedle jej słów - znacznie mniej galantnych z wyglądu niż ten uprzejmy nieznajomy.
Oddała torebkę i zgodnie z zaleceniami Fandorina postarała się jak najlepiej zapamiętać wszystkich trzech.
Cóż, zapamiętała i następnie opisała szczegółowo. Tylko jaka z tego korzyść? Najwyraźniej brak ludzi nie spędzał snu z powiek doktora Linda).
* * *
O klęsce zaplanowanej przez oberpolicmajstra operacji dowiedziałem się później, tego wieczoru bowiem nie było mnie w Ermitażu. Kiedy mademoiselle, nie uniknąwszy przechytrej arbackiej pułapki, wróciła do pałacu, ja już opuściłem teren parku Nieskucznego.
Po odprowadzeniu guwernantki - zmuszonej do uczestnictwa w ryzykownym przedsięwzięciu tylko dlatego, że zachowałem się jak głupiec i nie poradziłem sobie z zadaniem - jakoś nie mogłem znieść bezczynności. Chodziłem tam i z powrotem po swoim pokoju i myślałem o tym, jakim potworem jest Fandorin. Tego gutaperkowego elegancika nie można dopuszczać do dziewcząt i porządnych kobiet. Jak on bezwstydnie zawrócił w głowie jej wysokości! Jak zręcznie zdobył przychylność mademoiselle Declique! I, najważniejsze, po co? Po co temu wyglansowanemu, obytemu z wyższymi sferami uwodzicielowi skromna guwernantka - ani piękność, ani wielka dama? Po co z nią rozmawiał takim aksamitnym głosem i jeszcze czule ściskał za łokieć? O, ten osobnik nic bez celu nie czyni!
Wtedy moje myśli zwróciły się w zupełnie nieoczekiwanym kierunku. Wspomniałem, jak Symeon Aleksandrowicz, znający Fandorina w jego uprzednim życiu, nazwał go najpodlejszego rodzaju awanturnikiem, od którego można oczekiwać wszystkiego. Takiego samego zdania byłem teraz i ja.
W moim mózgu jedno po drugim rodziły się podejrzenia i żeby rozważyć sprawę, spróbowałem je uporządkować - według stopnia ważności, metodą tegoż Fandorina.
Historia odnalezienia gazeciarza, jeśli lepiej się przyjrzeć, wyglądała na dość wątpliwą. No, załóżmy, że Fandorin rzeczywiście wykazał się nietuzinkową spostrzegawczością i odnalazł malutkiego łajdaka. Ale po co go wypuścił? A jeżeli on coś ukrył albo w ogóle nakłamał i potem pobiegł zameldować Lindowi? To raz.