U martwych w Dallas
- Автор: Харрис Шарлин
- Язык: польский
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «U martwych w Dallas». Краткое содержание книги:
Pewnego dnia Sookie znajduje na parkingu ciało zamordowanego kucharza z baru, w którym pracuje. Jakby tego było mało, zostaje śmiertelnie poraniona i otruta przez tajemnicza postać z mitów greckich. Na szczęście, pewne przyjacielsko usposobione wampiry wysysają jej zatrutą krew. Kiedy proszą ja o przysługę, Sookie wdzięczna za uratowanie życia nie odmawia. Wkrótce wykorzystuje swoje telepatyczne zdolności aby znaleźć wskazówkę co do zaginięcia pewnego wampira. Wkrótce, jednak Sookie zaczyna żałować swej decyzji…
– Godfrey! Co ty tutaj robisz? – Polly nie wydawała się przestraszona, ale w jej głosie nie było też zadowolenia. To brzmiało tak, jakby właśnie zobaczyła parobka, który rozgościł się w jej salonie.
– Przyszedłem sprawdzić, czy czy jest jeszcze coś, co muszę zrobić.
– Czy dla ciebie nie jest czasami okropnie wcześnie?
– Jestem bardzo stary – powiedział grzecznie. – Stare wampiry nie potrzebują tak dużo snu, jak młode.
Polly roześmiała się.
– Sarah – zawołała wesołym głosem. – Godfrey się obudził!
Gdy Sarah się odezwała, po natężeniu jej głosu mogłam się zorientować, że jest znacznie bliżej.
– Cóż, witaj Godfrey! – powiedziała identycznie radosnym głosem. – Jesteś podekscytowany? Założę się że jesteś!
Mówiła do tysiącletniego wampira jak do dziecka, które nie może się doczekać przyjęcia urodzinowego.
– Twoja szata jest gotowa – powiedziała Sarah. – Wszystko idzie jak po maśle!
– Co by było, gdybym zmienił zdanie? – spytał Godfrey.
Zapadła długa cisza. Starałam się oddychać cicho i powoli. Im ciemniej się robiło, tym większe były moje szanse na wydostanie się stąd. Gdybym tylko mogła zadzwonić…
Rzuciłam okiem na biurko. Był na nim telefon. Ale czy w innych biurach nie zaświecą się światełka, jeśli użyję tego aparatu? Poza tym w tej chwili zrobiłoby to za dużo hałasu.
– Zmieniłeś zdanie? Czy to możliwe? – spytała Polly. Sprawiała wrażenie naprawdę wkurzonej. – Przyszedłeś do nas, pamiętasz? Opowiedziałeś nam o swoim życiu w grzechu, o wstydzie, którym napełniają cię te morderstwa na dzieciach i… inne rzeczy. Czy coś z tego się zmieniło?
– Nie – powiedział Godfrey zamyślonym głosem. – Nic z tego się nie zmieniło. Ale nie widzę potrzeby włączania człowieka w moją ofiarę. Właściwie to wierzę, że także Farrell powinien dostać możliwość wolnego wyboru, to jest sprawa między nim a Bogiem. Nie powinniśmy go zmuszać do samopoświęcenia.
– Potrzebujemy tu Steve’a – powiedziała szeptem Polly do Sarah.
Później słyszałam już tylko Polly, więc podejrzewałam, że Sarah wycofała się do biura, żeby wezwać Steve’a.
Jedno ze światełek na telefonie rozbłysło. Ech, a więc jednak to robią. Będzie wiedziała, jeśli spróbuję użyć którejś linii. Może w ciągu minuty.
Polly w słodziutki sposób próbowała przekonywać Godfreya. Ten nie mówił wiele i nie miałam pojęcia, jakie myśli przebiegają mu przez głowę. Stałam, pozbawiona wszelkiej pomocy, wciśnięta w ścianę, z nadzieją, że nikt nie wejdzie do biura, że nikt nie zejdzie do piwnicy i nie podniesie alarmu, że Godfrey jeszcze nie zmienił swojej decyzji.
– Pomocy – wołałam w myślach. Gdybym tylko mogła, wołałabym o pomoc wszystkimi moimi zmysłami.
Niepewna myśl przemknęła mi przez głowę. Starałam się stać spokojnie, chociaż nogi ciągle mi się trzęsły, a kolano i twarz bolały jak diabli. Może jednak mogłam kogoś wezwać. Barry, portier z hotelu. Był telepatą, jak ja. On mógł mnie usłyszeć. Nigdy wcześniej nie podejmowałam takiej próby – cóż, w końcu nigdy wcześniej nie spotkałam innego telepaty, prawda? Desperacko spróbowałam zlokalizować miejsce, w którym znajdował się Barry, w odniesieniu do tego, w którym byłam ja. Zakładałam, że jest w pracy; była mniej więcej ta sama godzina, co wtedy, kiedy przybyliśmy ze Shreveport, a więc było to możliwe. Zwizualizowałam sobie mapę (na szczęście oglądałam ją razem z Hugonem, chociaż tylko udawał, że nie wie, gdzie jest Centrum Bractwa, teraz to było jasne), umieściłam na niej swoją lokalizację i stwierdziłam, że jesteśmy na południowy zachód od hotelu Silent Shore.
Byłam na nowym mentalnym terytorium. Zebrałam całą energię, która mi pozostała, i spróbowałam przekształcić ją w swoim umyśle w kulkę.
Przez chwilę czułam się totalnie idiotycznie, ale kiedy pomyślałam o uwolnieniu się z tego miejsca, od tych ludzi, stwierdziłam, że nic nie zyskam, jeśli przerwę tylko dlatego, że to trochę śmieszne. Pomyślałam o Barrym. Ciężko wytłumaczyć dokładnie, jak to zrobiłam, stworzyłam jakąś jego projekcję. Wiedząc, że jego imię mi pomoże, tak samo, jak znajomość miejsca, gdzie się znajduje, postanowiłam zacząć.
– Barry Barry Barry Barry…
– Czego chcesz?
Był kompletnie spanikowany. Nigdy wcześniej mu się to nie zdarzyło.
– Ja też nigdy wcześniej tego nie robiłam. – Miałam nadzieję, że to mu doda otuchy. – Potrzebuję pomocy. Mam poważne kłopoty.
– Kim jesteś?
Tak, to mogło pomóc. Idiotka.
– Jestem Sookie, ta blondynka, która przyjechała do hotelu zeszłej nocy z brązowowłosym wampirem. Pokój na trzecim piętrze.
– Ta z cyckami? Ojejku, przepraszam…
Cóż, ostatecznie przeprosił.
– Tak. Ta z cyckami. I chłopakiem.
– Więc co się stało?
Teraz to wszystko sprawia wrażenie, jakby było bardzo jasne i poukładane, ale to nie były słowa. To było tak, jakbyśmy wysyłali sobie telegramy z emocji i obrazki.
Próbowałam pomyśleć, jak wyjaśnić moje kłopotliwe położenie.
– Idź do mojego wampira, jak tylko się obudzi.
– A potem?
– Powiedz mu, że jestem w niebezpieczeństwie. Niebezpieczeństwieniebezpieczeństwie-niebezpieczeństwie.
– Okej, łapię. Gdzie?
– Kościół - dla mnie to był skrót od Centrum Bractwa. Nie myślałam o tym, jak to przekazać Barry’emu.
– On wie gdzie?
– On wie gdzie. Powiedz mu, żeby zszedł po schodach.
– Ty naprawdę jesteś taka, jak ja? Nigdy nie spotkałem nikogo innego…
– Naprawdę. Proszę, pomóż mi.
Poczułam skomplikowaną mieszankę emocji, które targały Barry’m. Był przerażony perspektywą rozmowy z wampirem, bał się, że pracodawcy odkryją jego „coś dziwnego w mózgu”, choć był też podniecony, że jest jeszcze ktoś taki, jak on. Ale przede wszystkim przerażony.
Znałam te wszystkie uczucia.
– W porządku. Rozumiem – powiedziałam mu. - Nie prosiłabym cię o to, gdyby nie to, że zaraz mnie zabiją.
Zalała go nowa fala strachu, strachu spowodowanego poczuciem odpowiedzialności. Nie powinnam była tego dodawać.
I nagle, w jakiś sposób, wzniósł pomiędzy nami słabą barierę i nie mogłam już być pewna, co zamierza zrobić.
Podczas gdy byłam skoncentrowana na Barrym, sprawy w holu uległy zmianie. Gdy zaczęłam ponownie nasłuchiwać, okazało się, że Steve już wrócił. On także starał się rozmawiać z Godfreyem w rozsądny i konstruktywny sposób.
– No cóż, Godfrey – mówił – jeżeli nie chciałeś tego robić, powinieneś był nam po prostu powiedzieć. Teraz jesteś do tego zobowiązany. Wszyscy jesteśmy. My zrobiliśmy, co do nas należało, ty także powinieneś dotrzymać słowa. Wielu ludzi będzie bardzo zawiedzionych, jeśli nie zaangażujesz się w ceremonię.
– Co z robicie z Farrellem? Z tym mężczyzną, Hugonem? Z tą blondynką?
– Farrell jest wampirem – powiedział Steve, ciągle słodko brzmiącym głosem. – Hugo i ta kobieta są maskotkami wampirów. A więc także powinni wyjść na słońce, przywiązani do wampirów. Sami dokonali takiego wyboru, a jego konsekwencją jest śmierć.