Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5
- Автор: Браун Эрик, Иган Грег
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo „Solaris”
- Переводчик: Jolanta Pers
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5». Краткое содержание книги:
Prowadziliśmy rozmowę podobną do tej pomiędzy wrzaskliwą arą a starym, zgrzybiałym mamutem. Aż nagle usłyszałem kliknięcie na linii.
— Młody człowieku — odezwał się głos starszej kobiety z południowym akcentem, co prawda wygładzonym, lecz wciąż pobrzmiewającym górską nutą.
— Tak? Halo! Halo!
— Powiadasz, młody człowieku, że rozmawiałeś z jakąś Jolyn? Jolyn Smith może?
— Halo! Tak! Rozmawiam z panią Radwin? Z panią Annie Mae Radwin z domu Gudger? Ona teraz mieszka w Austin, w Teksasie. Kiedyś mieszkała w okolicach Water Valley w Missisipi. Ja też pochodzę z Austin…
— Młody człowieku — przerwała — czy przypadkiem nie podpuściła cię moja wstrętna siostra Alma?
— Kto? Nie, proszę pani. Spotkałem kobietę o imieniu Jolyn…
— Chciałabym z panem porozmawiać, młody człowieku. — I dodała obcesowo: — Pokieruj go, Selvedge.
Kliknięcie.
W łazience na stacji obsługi podczyściłem zęby i spróbowałem się ogolić starą, zapchaną jednorazówką Gilette, którą zawsze nosiłem w plecaku, co zaowocowało odsłonięciem twarzy wokół ust. Przebrałem się w czyste dżinsy i jedyną zapasową koszulę, którą zabrałem na wyprawę, poprawiłem fryzurę i przyjrzałem się sobie w lustrze.
Nadal wyglądałem, jakby mnie psu z gardła wyrwano.
Dom przypominał posiadłość Presleya, znajdującą się akurat gdzieś w tej okolicy. Od nędznej zagrody na wzgórzach w Missisipi do czegoś takiego w czterdzieści lat. Do majątku dochodzi się różną drogą. Zastanawiałem się, co pomogło Annie Mae Gudger. Szczęście? Rabunek? Opatrzność boska? Ciężka praca? Zawłaszczenie?
Selvedge wprowadził mnie na oszkloną werandę. Czułem się jak Philip Marlowe, idący na spotkanie z bogatym klientem. W domu stały meble wykonane na przestrzeni pierwszego półwiecza, dość nijakie z wyglądu — takie, co to nigdy nie wydają się piękne, nigdy wysłużone, ale zawsze praktyczne.
Chyba spodziewałem się zobaczyć herod-babę z zielonym daszkiem i ochraniaczami na rękawy, pochyloną nad zawalonym papierami sekretarzykiem — kobietę, od której pozytywnej bądź negatywnej decyzji zależy życie lub śmierć tysięcy ludzi. Tymczasem poznałem sympatyczną panią w zielonym spodnium. Miała ponad sześćdziesiąt lat i włosy w kolorze pszenicznej słomy. Nie wyglądały na farbowane. Jej niebieskie oczy przywodziły mi na pamięć moją nauczycielkę z pierwszej klasy. Była chuda, wręcz zasuszona, jakby słowo „gruby” nie funkcjonowało w jej słowniku.
— Dzień dobry, panie Lindberl. — Uścisnęła mi dłoń. — Napije się pan kawy? Dobrze panu zrobi.
— Chętnie, dziękuję.
— Proszę usiąść. — Wskazała białe wiklinowe krzesło przy szklanym stoliku. Czekała już na nim tacka z dzbankiem kawy, filiżankami, herbatą w torebkach, rogalikami, serwetkami i talerzykami.
Kiedy wychyliłem duszkiem pół filiżanki kawy, powiedziała:
— Zapewne sprowadza pana do mnie jakaś ważna przyczyna?
— Przepraszam za swoje maniery. Może nie wyglądam na nauczyciela, ale uczę biologii na Uniwersytecie Teksańskim. Jestem ornitologiem. Robię właśnie doktorat. Dwa dni temu spotkałem panią Jolyn Jimson…
— Co u niej słychać? Nie widziałam jej, Boże, chyba z pięćdziesiąt lat. Jak ten czas leci.
— Raczej ma się dobrze. Rozmawiałem z nią góra pół godziny. To było…
— I przyszedł pan do mnie w jakim celu?
— No… porozmawiać o drobiu, który hodowała pani rodzina, gdy mieszkaliście niedaleko Water Valley.
Popatrzyła na mnie uważnie i nagle się uśmiechnęła.
— A, pan ma na myśli te szkaradne kuraki?
Też się uśmiechnąłem, ba, o mało nie parsknąłem śmiechem. Zrozumiałem, przez co musiał przejść Edyp…
Jest 4:30 po południu. Siedzę w Motelu 6 w centrum Memphis. Muszę wykonać jeden telefon, przespać się i złapać samolot.
Annie Mae Radwin przez cztery godziny odpowiadała na moje pytania, wciągając mnie w swoją rodzinną historię. Selvedge’owi zabroniła w tym czasie odbierać telefon.
Kłopot polegał na tym, że Annie Mae wyniosła się z domu w roku 1928, rok przed wielkim awansem jej ojca. Wyjechała do Yazoo City, a potem stopniowo, krok po kroku, przenosiła się coraz bardziej na północ, do Memphis, ku swemu przeznaczeniu, gdzie została wdową po zamożnym pośredniku handlowym.
Zaraz, zaraz, trochę się zagalopowałem. Dziadunio Gudger był nadzorcą u pułkownika Crisby’ego na jego głównej plantacji pod McComb w Missisipi. Wiązała się z tym bardzo długa historia, oto jaka:
Pułkownik Crisby był potomkiem rodu żeglarzy, handlujących zarówno libańskimi cedrami (prawie wszystkie wycięto na maszty dla okrętów Jego Królewskiej Mości i nie tylko), jak i egipską bawełną. Ponadto herbatą, przyprawami korzennymi — na dobrą sprawę, wszystkim, co wpadło im w ręce i nadawało się do sprzedaży. Kiedy w roku 1802 dziadek pułkownika Crisby’ego osiągnął pełnoletność, wziął rozbrat z Oceanem Atlantyckim w Charleston w Karolinie Południowej, zwrócił oczy na zachód i wyruszył w lasy Zatrzymał się dopiero w plemieniu Czikasawów, gdzie otworzył placówkę handlową i pokazał Indianom niewolników. I dobrze mu się wiodło.
Tam też urodził mu się syn, późniejszy ojciec pułkownika Crisby’ego, który wyjeżdżał do Karoliny Południowej po rodzinne mienie: niewolników, wozy, konie, bydło, perliczki, pawie tudzież dronty, uważane za wyjątkowe szkaradzieństwa. Jeden z wujów żeglarzy zakupił je u francuskiego kupca w roku 1721. Prawdopodobnie były to białe dronty z Réunionu, chyba że pochodziły z jakiejś starej hodowli. Dronty z Mauritiusa już wtedy były wymarłe.
Cały ten kram zataszczono na zachód, do placówki handlowej w plemieniu Indian. Tamtejsze szczepy należały do Konfederacji Tańczących Królików.
Ojcu pułkownika Crisby’ego też się świetnie powodziło, podobnie jak perliczkom i drontom. Aż pojawił się Andrew Jackson i pognał Tańczące Króliki szlakiem łez do nieba w Oklahomie. W końcu ojciec pułkownika Crisby’ego doczekał się syna, przekazał innym zarządzanie placówką, a sam przeniósł swoje plantacje jeszcze bardziej na zachód, w okolice McComb.
Interesy kwitły, mimo że zmarł ojciec pułkownika Crisby’ego. A dronty, choć czasami dawały im się we znaki mściwe łasice i psy polujące na jajka, też się rozmnażały.
W tym momencie na arenę dziejową wkroczył dziadunio Gudger, istne wcielenie okrutnika Simona Legree; troszczył się o plantację, kiedy pułkownik Crisby, po zgromadzeniu pod swoją komendą dziesięciu kompanii wojska, pomaszerował walczyć o niepodległość Południa.
Pułkownik Crisby wrócił na plantację wcześniej niż inni, ostrzelany mniej więcej taką samą porcją pocisków Miniégo, która poszatkowała jego dowódcę generała Beauregarda Hanlona na skalistym cyplu podczas oblężenia Vicksburga.
Pułkownik wprawdzie nie zginął, lecz przez miesiąc śmierć krążyła wokół niego niczym nieśmiały inkasent. Marniał w oczach, szwankował na umyśle i na tydzień przed śmiercią uwolnił wszystkich niewolników (wojna trwała jeszcze dwa lata). Skoro odeszli niewolnicy, nie potrzebował nadzorcy. Dalej historia toczyła się w faulknerowskim stylu, żywcem wyjęta z powieści Kiedy umieram. Gudgerowie udali się w okolice nie istniejącego ówcześnie Water Valley. Podróżując wśród zdemoralizowanych, obszarpanych i wysiedlonych Południowców, pędzili przed sobą stadko drontów, które pułkownik Crisby podarował swojemu zarządcy w nagrodę za wierną służbę. Następnie opowieść mówiła o bestialskim zamordowaniu dziadunia Gudgera przez milicję Biura do spraw Wyzwoleńców w czasach działalności pierwszego Ku Klux Klanu, a także o przygodach i udrękach tatusia Gudgera w latach 1880–1910, czyli między czwartym i trzydziestym czwartym rokiem jego życia.