Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5
- Автор: Браун Эрик, Иган Грег
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo „Solaris”
- Переводчик: Jolanta Pers
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5». Краткое содержание книги:
Alma i Annie Mae byty drugim i piątym dzieckiem w dorobku tatusia Gudgera, a urodziły się w odstępie trzech lat. Wydawało się, że zapałały do siebie śmiertelną nienawiścią, gdy tylko Alma po raz pierwszy zajrzała do kołyski Annie Mae. Były córkami drugiej żony Gudgera (pierwszą wpędził do grobu swoim utyskiwaniem), który imał się już szóstego zajęcia. Wcześniej był drwalem, domorosłym kaznodzieją, najemnym oraczem (póki muły nie obsypały się guzkami i nie zdechły na nosaciznę), przewoźnikiem towarów (póki konie nie padły z przemęczenia, a sklep żelazny nie przejął wozu) i pomocnikiem w sztabie wyborczym pewnego polityka (póki polityk nie przegrał wyborów).
Kiedy urodziła się Annie Mae, właśnie dogorywał w roli dzierżawcy gruntu. Jako chłopiec, zdołał przeżyć kryzys roku 1898, lecz był zbyt biedny, żeby orientować się choć trochę w sprawach finansowych; wiedział, ile kosztuje w sklepie tytoń Beech-Nut, ale nic poza tym.
Alma i Annie Mae gryzły się ze sobą, przy czym oliwy do ognia dolewał fakt, że Alma, najstarsza córka, była ulubienicą rodziców. Życie Annie Mae było typowym piekłem niechcianego, zaniedbanego dziecka z biednej rodziny. Obiecała sobie, że zwieje z domu, i zrealizowała swój plan w wieku lat trzynastu.
Dziś rano dowiedziałem się wielu rzeczy. Jolyn Jimson była w tamtych czasach jedyną przyjaciółką Annie Mae, pochodziła z jeszcze biedniejszej rodziny. Tyle że czasem trafiała się jakaś robota i głód nie zaglądał im w oczy. W razie czego były ptaki dodo.
— Moja rodzina nie znosiła tych ptaków — powiedziała obyta już w świecie pani Radwin, dawniej Gudger, na słonecznej werandzie. — Ojciec w kółko powtarzał, że je powybija, ale jakoś nigdy się do tego nie zabrał. Myślę, że coś go powstrzymywało. A ile było z nimi zachodu! Trzeba je było zamykać na noc i stale rozglądać się za jajkami. Składały je daleko od zagrody i nie umiały potem trafić w to miejsce. Bywały lata, gdy nie wykluło się ani jedno pisklę. A jakie to były paskudy! Raz do roku tak szpetniały, jakby miały pozdychać. Gubiły wszystkie pióra; pomyślałby kto, że jakiegoś parcha złapały. Potem cały przód dzioba odpadał albo lepiej: przez tydzień, dwa wisiał naderwany. Wyglądały wtedy jak wielkie, oskubane gołębie. I traciły na wadze ze dwadzieścia funtów, zanim nie odrosły im pióra. Co chwila musieliśmy zabijać lisy, które podchodziły pod indyczarnię, bo tak nazywaliśmy ich grzędy. Znajdowało się też jaja wypite przez psy i koty. Były tak durne, że musieliśmy je na noc zaganiać na grzędy. Nie trafiłyby na nie, choćby stały trzy kroki dalej. — Popatrzyła na mnie uważnie. — Ojciec co prawda ich nie cierpiał, ale w jego oczach miały pewną wartość. Dopóki je trzymał, dopóty czuł się nie gorszy od dziadunia Gudgera. Nie mówiłam jeszcze, że dziadunio cieszył się w rodzinie znaczną sławą. Ojciec z pewnością wspominał go z szacunkiem. W jego nagłym upadku było coś magicznego: dochrapawszy się w miarę wysokiej pozycji w starym porządku świata, po emancypacji zachował godność i charakter. I mimo że stracił dobytek życia, zachował przy sobie szkaradne kuraki, które dał mu pułkownik. Były dla niego symbolem. Dlatego tatko, póki je hodował, uważał, że w niczym mu nie ustępuje. Godnie stawiał czoło przeciwnościom losu, choć klepaliśmy biedę.
Zapytałem co się z nimi stało. Nie wiedziała, ale wyjawiła, kto wie i gdzie mam szukać tej osoby.
Dlatego właśnie przymierzam się do następnego telefonu.
— Halo! Dr Courtney? Dr Courtney? Tu Paul. Dzwonię z Memphis w Tennessee. Długo by wyjaśniać. Oczywiście, że nie, jeszcze nie. Ale mam dowody. Co? Dobra, a krętarze, kości krucze i stępowo-śródstopne, okrywy dziobowe to byle co? Jak to skąd? Z kurnika. Gdzie miałyby być trzymane dronty? Przepraszam, od dwóch dni nie spałem. Potrzebuję wsparcia. Tak, tak, pieniędzy. Mnóstwo pieniędzy. Gotówki. Powinno starczyć trzysta dolarów. Western Union, Memphis, Tennessee. Nieważne, byle blisko lotniska. Lotniska. Chcę, żeby wydział zarezerwował mi bilet na Mauritius… Nie, nie! Nie szukam wiatru w polu, tylko ptaków dodo! Oswojonych dodo. Wiem, że nie ma już ich na Mauritiusie. Wiem! To łatwo wyjaśnić. Wiem, że to wyjdzie kilka patyków… jeśli… ale… Niech pan posłucha, doktorze Courtney. Chce pan mieć zdjęcie w „Scientific American” czy nie?
Siedzę w kawiarence na lotnisku w Port Louis, stolicy Mauritiusa. Minęły kolejne trzy dni — w sumie pięć od tamtego pechowego ranka, kiedy nawalił mi samochód. Niech Bóg wynagrodzi producentów mojego akumulatora! Trochę drzemałem w fotelu samolotu, wsiadałem i wysiadałem, różne fotele, różne samoloty, i tak przez dwadzieścia cztery godziny. Lotnisko Kennedy’ego — Paryż, Paryż — Kair, Kair — Madagaskar. U celu tej tułaczki poczułem się jak nowo narodzony.
Teraz czuję się jak nowo narodzony, lecz o niebo mądrzejszy i smutniejszy. Właśnie byłem w domu wstrętnej siostry Almy w ekskluzywnej dzielnicy Port Louis, gdzie mieszkali wszyscy francuscy i angielscy dygnitarze.
Courtney zobaczy swoje zdjęcie w „Scientific American”, ja też, a jakże. Ukażą się artykuły w gazetach, w ciągu najbliższych tygodni będę zapraszamy do programów telewizyjnych. Z pewnością Annie Mae Gudger i Alma Chandler Gudger Moliére zjadą się z obu krańców świata, żeby pokazać się w blasku fleszy.
Odsuwam od siebie kolejne filiżanki kawy. Samolot do Antananarywy odlatuje za godzinę. Zamierzam spać przez cały lot do Kairu, Paryża i Nowego Jorku, tam odebrać wór kości i dalej spać w drodze do Austin.
Przede mną na stoliku leży plik dokumentów, wycinki z gazet i fotografie. Przemierzyłem pół świata, żeby je zdobyć. Odwracam od nich spojrzenie, kieruję je za okno, na górujący po drugiej stronie miasta szczyt Pieter Both, który rzuca cień na Port Louis i słynny tor wyścigów konnych.
Może powinienem zrobić coś z fasonem? Zwrócę bilet, wdrapię się na górę i spojrzę z wyżyn na ludzkość i jej mizerne dokonania. Wezmę ze sobą dzban martini i usiądę w jasnym, podzwrotnikowym słońcu (panuje tu wczesna, sucha zima). I pijąc wolno martini, wzniosę toast za Mordero, boga wymierania. I za alkę olbrzymią. I za papugę karolińską. No to oby nam się, gołębiu wędrowny. Twoje zdrowie, preriokurze dwuczuby. Oraz wasze, jakżeby inaczej, droncie z Mauritiusa, biały droncie z Réunion, samotniku z Réunion, samotniku z Rodrigues. Wszystkiego najlepszego, rodzinko drontowatych, moje wspaniałe dodusie!
A może zrobię coś innego, nie mniej efektownego: wdrapię się na Pieter Both i zacznę sikać pod wiatr?
Ileż w tym symboliki! Historia dodo kończy się tam, gdzie się rozpoczęła, na tej właśnie wyspie. Życie jest imitacją kiczowatej sztuki. Marną powieścią, skserowaną z kserówki. Nie łudziłem się, że znajdę tu żywe dodo (gdzie jak gdzie, ale tutaj z pewnością by je zdemaskowano). Nadal trudno mi uwierzyć, że Alma Chandler Gudger Moliére mieszka na wyspie od dwudziestu pięciu lat i nic nie wie o tych ptakach — ba, nawet nie zajrzała do muzeum w Port Louis, gdzie trzymają szkielety i wypchaną replikę wielkości waszego braciszka.
Kiedy Annie Mae uciekła w świat, rodzinie Gudgerów wiodło się całkiem nieźle, mimo że reszta kraju przedstawiała obraz nędzy i rozpaczy. Był rok 1929. Gudger ponownie wdał się w politykę, popierając człowieka, który znał człowieka, który pracował dla Theodorea Bilbo, zwanego „Oburęcznym Mieczem Boga”, mającego rozliczne koneksje. Ten zaś przedstawił go Hueyowi Longowi, „Grubej Rybie”, który niedawno zwyciężył w wyborach na stanowisko gubernatora Luizjany. Gudger wygłaszał mowy po całym stanie Missisipi, tworząc podwaliny dla planu Longa „Dzielmy się bogactwem”, zanim jeszcze ów plan otrzymał nazwę. W rezultacie polityczna maszyna Longa w Luizjanie namierzyła utalentowanego podżegacza tłumów i zaproponowała mu, żeby przeprowadził się z rodziną do Kreolskiego Stanu (mieszkanie za darmo) i przyjął pracę dla „Grubej Ryby” z astronomiczną pensją 62,50 dolara na tydzień. Nowe perspektywy podziałały na niego jak persymony pod drzewem na wygłodzoną świnię. W mgnieniu oka klan Gudgerów wyruszył do krainy pelikanów, przeszczepów i uroczystości ostatkowych.