Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5
Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5 - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5

Электронная книга - «Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5». Краткое содержание книги:

Najnowszy almanach fantastyki Kroki w nieznane prezentuje szesnaście różnorodnych opowiadań autorów z Australii, Argentyny, Rosji, Stanów Zjednoczonych, Ukrainy i Wielkiej Brytanii. Wśród nich nowa krew, niedawne debiutantki (McCarron, Swirsky) oraz autorzy rozwijający skrzydła (Bacigalupi, Kosmatka, Ostapenko). Są też stare wygi, z niemałym dorobkiem, których tekstów nie było nam dane posmakować dotychczas (Brown, Kaługin) lub spotykaliśmy się z ich twórczością okazjonalnie (Kessel, szczególnie Waldrop). Oczywiście są także wielkie nazwiska (Egan, Kress, Silverberg, czy Willis), a oprócz tego pisarze wyjątkowi, za sprawą wyobraźni (Ballantyne), poetyckiego stylu (McDonald), czy prozy o niesamowitym klimacie (Nielsen)…
1 ... 31 32 33 34 35 36 37 38 39 ... 146
Перейти на страницу:

Dronty okazały się dość podłe w smaku, jeśli nie liczyć piersi. Holendrzy ochrzcili je przez to mianem wstrętnego ptaka. Kto jednak płynął statkiem z Goa do Lizbony, nie wybrzydzał i brał co popadnie. Przy okazji odkryto, że długie gotowanie nie poprawia smaku.

Biorąc to pod uwagę, dronty miały szansę przetrwać, gdyby Holendrzy, a później Francuzi, nie zaczęli osiedlać się na Maskarenach. Na wyspach powstawały plantacje, szukali tam również azylu uchodźcy religijni. Kwitła uprawa trzciny cukrowej i innych egzotycznych roślin.

Wraz z osadnikami przybyły koty, psy, świnie, cejlońskie rezusy oraz przebiegły Rattus norwegicus, czyli szczur wędrowny. Na otwartej przestrzeni niedobitki drontów, których nie wyłapali żeglarze, były teraz ścigane przez psy — albowiem dronty, chociaż nad wyraz tępe, potrafiły biegać, jeśli miały na to ochotę. A gdy siedziały w gniazdach, rzucały się na nie koty. Jajka padały złodziejskim łupem małp, szczurów i świń. Ze świniami zresztą dronty musiały rywalizować o nisko rosnące smakołyki.

Ostatniego dodo z wyspy Mauritius widziano w roku 1681, niespełna sto lat odkąd go odkryto. Ostatni biały dront przeszedł do historii około roku 1720. Dronty samotne z wysp Rodrigues i Réunion, ostatni przedstawiciele swojego gatunku i rodziny, być może żyły jeszcze w latach dziewięćdziesiątych XVIII wieku. Nikt tego nie wie na pewno.

Kiedy naukowcy nagle oprzytomnieli, okazało się, że dodusiów nie ma już na świecie.

* * *

Były to ubogie strony, jeszcze nim pojawili się w nich pierwsi członkowie rodu Snope’ów. Główną drogę, łączącą dwa sąsiednie hrabstwa, utwardzono dopiero pod koniec lat pięćdziesiątych. Co wcale nie oznaczało, że mijała cywilizowane okolice. Przejechałem wiele mil, oglądając niekończące się skarpy, usypane z ziemi czerwonej jak kark Roberta Kennedy’ego. Z rzadka moim oczom ukazywał się kościół. Początkowo sądziłem, że zobaczę choćby billboard z reklamą kremu do golenia, potem już wiedziałem, że spece od marketingu nigdy tu nie dotarli.

O mały włos przegapiłbym skręt na żwirową dróżkę, o której mówił facet na stacji benzynowej. Odchodziła od szosy nie wiadomo dokąd, zagubiona wśród bezkresnych pól. Gdy skręcałem, spod kół wyprysnął nad maskę kamień wielkości piłki golfowej, co mój samochód, wypożyczony w Grenadzie, przypłacił pęknięciem przedniej szyby.

Mimo wczesnej pory roku dzień był parny i gorący. Bywało, że widok przesłaniały mi kłęby kurzu, gdy wjeżdżałem na żwirową łysinę. Po ujechaniu mniej więcej mili zauważyłem, że żwiru już nie ma. W miejscu drogi biegła ścieżka poorana koleinami, nieco szersza od auta, obrzeżona siatką z obwisłym, potrójnym drutem kolczastym. Gdzieniegdzie brakowało słupków. Tam drut leżał na ziemi, a czasami na długich odcinkach zarastała go darń.

Okolica wydawała się wymarła; spostrzegłem tylko drozda, który ucztował pod kolczastym krzakiem, do którego przymocowano drut z braku słupka. Po jednej stronie rozciągało się trawiaste pole, kompletnie zdziczałe; tak będzie wszędzie, gdy wojna nuklearna zmiecie ludzkość z powierzchni planety. Po drugiej stronie prędko wyrastał las: sosny, dęby, błotnie i dzikie śliwy. O tej porze roku nie miały owoców.

Zacząłem zadawać sobie pytanie: Co mnie właściwie tu przygnało? Co będzie, jeśli okaże się, że pani Jimson jest tylko starą, szajbniętą bajkopisarką? E, nie… Najzwyczajniej w świecie mogła się pomylić, ale nawet pomyłkę warto zweryfikować. Wiedziałem jednak, że mnie nie nabrała. Wydawała się niezdolna do kłamstwa — taka stara poczciwa paniusia, sól tej ziemi, krew z krwi Południa. Zapewne nigdy nie splamiła swoich rąk oszustwem.

Nie powątpiewałem więc dłużej ani w nią, ani w swój osąd. I oto proszę: wlokąc się roztrzęsionym autem wertepami Missisipi, mając za sobą nieprzespaną noc, funkcjonowałem gdzieś na rozmytej granicy snu i jawy. Musiałem wierzyć jej na słowo.

Tyłem auta czasem zarzucało, kiedy ziemia robiła się miękka, piaszczysta. Raz nawet tylne koło zabuksowało w miejscu, lecz wygramoliłem się zygzakiem. A czekała mnie jeszcze droga powrotna. Czy nikt już tędy nie jeździł?

Las z lewej i prawej strony chciał wedrzeć się na ścieżkę niczym pierwotna puszcza, ogrodzenie dawno już znikło. Licznik wskazywał, że przejechałem sześć mil, a przecież upłynęło ledwie dwadzieścia minut, odkąd zboczyłem z szosy. We wstecznym lusterku dostrzegłem brudny pot, zgromadzony w zmarszczkach szyi. Wnętrze samochodu pokryło się cienką warstwą pyłu, który wpadał przez okna tumanami.

Las podchodził coraz bliżej, aż zwarł się nade mną. Rozłożyste gałęzie chlastały po szybach i dachu, zupełnie jakbym wleciał do długiego, ciemnego, liściastego tunelu. Wszędzie półmrok i zieleń. Walczyłem z atawistycznym odruchem, każącym mi włączyć długie światła. Na drodze musiał się ścielić wielowiekowy kożuch zbutwiałej roślinności. Nie spuszczając nogi z gazu, parłem naprzód.

Jakaś kłoda zaszurała o podwozie ze zgrzytem i dudnieniem. Dostrzegłem w dali światło. Z obawy o miskę olejową przyśpieszyłem, wyrwałem się… i omal nie przydzwoniłem w czyjś dom.

Dróżka kończyła się pod oknami budynku oddalonego o piętnaście kroków od ostatnich drzew. Kątem oka zauważyłem, że ktoś macha ręką. Wcisnąłem hamulec.

Na werandzie zebrała się rodzinka żywcem wzięta z fotografii Walkera Evansa z lat wielkiego kryzysu… lub z obłąkanych umysłów producentów programu „Hee Haw”. Dom był stary. Na ścianach wisiały olbrzymie płaty złuszczonej farby.

— Szczęście, kurna, żeś pan się zatrzymał! — odezwał się czyjś głos. Uniosłem wzrok. Największy wielkolud, jakiego widziałem w życiu, nachylił się nad oknem po stronie pasażera. — Gdybyśmy zawczasu usłyszeli auto, kazałbym chłopakowi biec na koniec podjazdu z ostrzeżeniem.

Podjazd, też coś!

W kącikach ust miał brązowe plamy. Myślałem, że to z żucia tytoniu, aż dostrzegłem na jego piersiach w kieszonce ogrodniczków pałeczkę do aromatyzowanej tabaki. Łapacz w baseballu nie miał takich rękawic jak on łapska. Można by pomyśleć, że nie trzymały nigdy niczego mniejszego niż trzonek siekiery.

— Jak leci? — zapytał tytułem powitania.

— Nieźle — odpowiedziałem i wysiadłem z auta. — Nazywam się Lindberl. — Wyciągnąłem rękę, którą uścisnął. I zaraz przyszły skojarzenia: potrzask na niedźwiedzie, szczęki rekina, zamykające się drzwi windy. Wróciłem myślami do miejsca, w którym mieszkali. — To posiadłość Gudgera?

Popatrzył na mnie pustym spojrzeniem szarych oczu. Nosił czapkę z daszkiem z diesela, a pod ogrodniczkami flanelową koszulę w kratę. Gumowców nie powstydziłby się chyba Karloffz Frankensteina.

— Skąd. Nazywam się Jim Bob Krait. To moja żona Jenny, a tam Luke, Skeeno i Shirl. — Wskazał na werandę. Wszyscy ukłonili się grzecznie. — Dzierżawca? Gudger? Nie słyszałem o żadnych Gudgerach. Trochę nowy tu jestem. — Pewnie miał na myśli, że jeszcze dwadzieścia lat temu go tu nie było. — Jennifer! — zawołał. — Obili ci się o uszy jacyś Gudgerowie? — I zwrócił się do mnie: — Żona mieszka tu od urodzenia.

Zeszła na środkowy stopień schodków werandy.

— Zdaje się, że mieszkali tu tacy. Na ich ziemi osiedlili się Spradlinowie. Ale oni się stąd wynieśli w czasach wojny w Korei. Ja żadnego Gudgera na oczy nie widziałam. Wtedy jeszcze mieszkałam bliżej Water Valley.

— Coś pan za jeden? Z ubezpieczeń? — zapytał Krait.

1 ... 31 32 33 34 35 36 37 38 39 ... 146
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)