Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5
Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5 - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5

Электронная книга - «Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5». Краткое содержание книги:

Najnowszy almanach fantastyki Kroki w nieznane prezentuje szesnaście różnorodnych opowiadań autorów z Australii, Argentyny, Rosji, Stanów Zjednoczonych, Ukrainy i Wielkiej Brytanii. Wśród nich nowa krew, niedawne debiutantki (McCarron, Swirsky) oraz autorzy rozwijający skrzydła (Bacigalupi, Kosmatka, Ostapenko). Są też stare wygi, z niemałym dorobkiem, których tekstów nie było nam dane posmakować dotychczas (Brown, Kaługin) lub spotykaliśmy się z ich twórczością okazjonalnie (Kessel, szczególnie Waldrop). Oczywiście są także wielkie nazwiska (Egan, Kress, Silverberg, czy Willis), a oprócz tego pisarze wyjątkowi, za sprawą wyobraźni (Ballantyne), poetyckiego stylu (McDonald), czy prozy o niesamowitym klimacie (Nielsen)…
1 ... 37 38 39 40 41 42 43 44 45 ... 146
Перейти на страницу:

Kto wcześniej widział zdjęcia tatka Gudgera i jego żony, może ich łatwo rozpoznać. Alma pokazała, gdzie stoi.

Powodem, dla którego zatrzymałem sobie tę właśnie fotografię, jest to, co znajduje się na najbliższym planie. Stoły sklecono z kozłów, wyłożonych — zamiast blatów — drzwiami i dechami. Stoją od lewego do prawego brzegu fotografii. I uginają się od jadła, niewiarygodnych gór mięsiwa.

— Gotowanie zaczęło się trzy dni wcześniej, u nas i u sąsiadów — wyjaśniła Alma. — Każdy coś przyniósł.

Można odnieść wrażenie, że ugotowano i wystawiono do ostygnięcia całą zawartość Safewaya. Szynki, ćwiartki wołu, cała wanna kurczaków, stosy przepiórek, króliki, beka fasoli, bataty, irlandzkie ziemniaki, pole kukurydzy, bakłażany, groch, liście rzepy, masło w pięciofuntowych osełkach, chleb kukurydziany i bułeczki, galonowe bańki z melasą, gary z sosem. A także pięć olbrzymich ptaków, dwa razy większych od indyka, upieczonych w całości: nogi powiązane jak na Święto Dziękczynienia, udka potężne niczym bicepsy Schwarzeneggera. Leżały na grzbiecie w misach wielkości stolików koktajlowych.

Widać było, że w tłumie nie brak głodomorów.

— Jedliśmy całymi dniami — podsumowała Alma.

* * *

Wymyśliłem już tytuł artykułu do „Scientific American”. Będzie brzmiał: „A jednak dodo wymarł”.

Przełożył Dariusz Kopociński

Nancy Kress

ZBAWICIEL

I

2007

Przybycie obiektu nie było żadnym zaskoczeniem; poprzedzało je, towarzyszyło mu i podążało za nim zainteresowanie całego świata. Pojazd — jeśli rzeczywiście obiekt nim był — został wykryty przez teleskop Hubblea w pewną październikową sobotę, kiedy jeszcze znajdował się za orbitą Marsa. Kilka godzin później Houston, Langley i Arecibo znały jego trajektorię — po kolejnych kilku godzinach dane te miały wszystkie ważniejsze obserwatoria na świecie. Historia przedostała się do prasy wystarczająco wcześnie, by napisały o niej niedzielne gazety. Armia Stanów Zjednoczonych ewakuowała i otoczyła kordonem obszar o powierzchni dwudziestu mil kwadratowych wokół przewidywanego miejsca lądowania w Minnesocie — część z niego znajdowała się już w Ontario, za kanadyjską granicą.

— Ale to i tak szok — rzekła doktor Ann Pettie swemu koledze, Jimowi Cowellowi. — No wiesz, wypatrujesz i nasłuchujesz przez dziesiątki lat, skanujesz niebo, czytasz wszystkie argumenty za i przeciwko istnieniu inteligentnego życia poza Ziemią, rozpaczasz nad paradoksem Fermiego…

— Nigdy nie rozpaczałem nad paradoksem Fermiego — odparł Cowell, owijając szczelniej płaszczem swoje chude ciało. O trzeciej nad ranem na polu kukurydzy w Minnesocie było zimno, a nie spał od dwudziestu czterech godzin. Może i dłużej. Pole kukurydzy było najbliżej położonym miejscem, w którym jemu i Ann pozwolono przebywać. Ale i tak nie było położone szczególnie blisko, choć pociągnął za wszystkie możliwe sznurki, by znaleźć się w oficjalnym Komitecie Lądowania. Właśnie tak go nazywali: Komitet Lądowania. Ani powitalny, ani obronny, ani alarmowy. Najlepiej żaden, „dopóki się nie dowiemy, o co w tym chodzi”. Słowa te wypowiedział sam prezydent, który również nie wszedł w skład Komitetu Lądowania, choć w jego przypadku najprawdopodobniej dobrowolnie.

— Nigdy nie rozpaczałeś nad paradoksem Fermiego? — odparła Ann. — Zawsze myślałeś, że obcy jednak się objawią, tylko dotąd jeszcze im się nie chciało?

— Tak — przytaknął Cowell, unikając jej wzroku. Jak to wyjaśnić? Nie było to przekonanie, raczej pragnienie, czy może raczej nie tyle pragnienie, co trwająca całe życie tęsknota. Nie była to specjalnie dojrzała reakcja i nie przyznałby się do tego, tylko teraz był zmarznięty, wyczerpany, rozradowany i wystraszony, i miał najwyżej nadzieję, stłoczony razem z resztą „gościnnie przebywających naukowców”, dwie mile od miejsca lądowania, na rzut oka na obiekt znikający za linią drzew.

— Jim, to brzmi tak… tak…

— Człowiek musi w coś wierzyć — rzekł burkliwie, cytując popularny ostatnio kiepski film, prostując się dumnie na znak, że to ma być żart. Nie spotkał się ze zrozumieniem. Ann gapiła się na niego w ostrym świetle reflektorów, aż ktoś podszedł do nich.

— Bitte? Ein Kafee, Ann?

— Hans! — zawołała Ann, po czym ona i doktor Hans Kleinschmidt zaczęli paplać radośnie po niemiecku. Cowell nie znał niemieckiego. Prawie nie znał Kleinschmidta, spotkał go tylko raz na jednej z tych konferencji naukowych, od których nie sposób się wykręcić, a które polegają na tym, że pojawia się jeden istotny referat, dziesięć nieciekawych, wygłaszanych przy pustej sali, a potem następują trzy noce chlania, w założeniu mające pomóc w pokonaniu bariery językowej.

Jakim językiem będą mówić obcy? Czy już nauczyli się angielskiego z naszych transmisji radiowych i telewizyjnych, jak postulowali eksperci od trzydziestu sześciu godzin, a pisarze od siedemdziesięciu lat? Cóż, nie da się ukryć, że wybrali na miejsce lądowania amerykańsko-kanadyjską granicę, więc może istotnie tak się stało.

Jak dotąd oczywiście nie powiedzieli ani słowa. Z owalnego obiektu, pędzącego w stronę Ziemi, nie dotarł żaden sygnał.

— Kawa — oznajmiła Ann, wciskając Cowellowi kubek. Kleinschmidt najwyraźniej przyniósł całą tacę papierowych kubków ze stanowiska pomocy medycznej, które znajdowało się na skraju pola. Cowell zdjął pokrywkę ze swojego i pił, przepełniony wdzięcznością, nie przejmując się tym, że była letnia, a on wolałby bez cukru. Zawsze to jakaś kofeina.

— Jeszcze dwadzieścia minut — powiedział ktoś za nim.

Tłum, złożony z naukowców i drugorzędnych polityków, był bardzo zdyscyplinowany. Nikt nie próbował przejść na drugą stronę liny, którą żołnierze rozciągnęli między wbijanymi naprędce palikami kilka godzin wcześniej. Cowell przypuszczał, że mniej grzeczne okazy, czyli prasa, najbardziej napaleni wielbiciele ufoków i niezależni biznesmeni, którzy szczycili się wydaniem konkretnych kwot na kampanię prezydencką, zostali spędzeni gdzie indziej i pilnowani byli przez znacznie większą liczbę żołnierzy niż w przypadku tego pola kukurydzy. Kilku pewnie przydzielono dyskretnie — a przynajmniej Cowell miał nadzieję, że tak się to odbyło — do Komitetu Lądowania, i czekali na powitanie obcych gdzieś w ukrytym bunkrze. Bardzo ukrytym. Nikt nie wiedział, jakim napędem mogą dysponować czy dysponują obcy Wiedzieli tylko, że może on zmieść z powierzchni ziemi Minnesotę i Ontario.

Cowell nie przypuszczał, by miało do tego dojść.

Hans Kleinschmidt gdzieś się oddalił. Cowell zwrócił się nagle do Ann:

— Nigdy nie patrzyłaś nocą w niebo i nie pragnęłaś, żeby oni gdzieś tam byli? Kiedy byłaś dzieckiem, albo już studentką astronomii?

Przestąpiła niepewnie z nogi na nogę.

— Tak, jasne. Kiedyś. Ale nigdy o tym nie myślałam. Po prostu. Od tego czasu. — Wzruszyła ramionami, ale coś w jej tonie zmusiło Cowella, by odwrócił się i spojrzał jej w twarz.

— Tak, robiłaś tak.

Nie odpowiedziała wprost.

— Jim… na pokładzie może nikogo nie być.

— I pewnie tak będzie — rzekł, wiedząc, że głos i tak go zdradzi. Nie było to przekonanie; raczej pragnienie, a pewnie wręcz i potrzeba. A przecież miał trzydzieści cztery lata, do cholery!

— Patrzcie! — wrzasnął ktoś i wszystkie głowy zwróciły się w jednym kierunku, gorączkowo wpatrując się w upstrzone klejnotami niebo.

1 ... 37 38 39 40 41 42 43 44 45 ... 146
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)