Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5
- Автор: Браун Эрик, Иган Грег
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo „Solaris”
- Переводчик: Jolanta Pers
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5». Краткое содержание книги:
Cowell nic nie widział. I nagle go zobaczył: słaby punkcik światła, ledwo się poruszający. Gdy patrzył, punkcik zaczął się poruszać szybciej i nagle rozbłysnął, wchodząc w atmosferę. Wstrzymał oddech.
— O mój Boże, zmienia kurs! — krzyknął ktoś z lewej strony, gdzie zbiorowym, choć nieco chaotycznym wysiłkiem ustawiono naprędce nieoficjalne urządzenia do namierzania.
— To niemożliwe! — wrzasnął ktoś inny, choć brak było jakiegokolwiek powodu, poza tym, że obiekt dotąd podążał stałym kursem. Ale co z tego? Cowell poczuł, że ogarnia go dziwne uczucie, a przez głowę przepłynęły mu jeszcze dziwniejsze słowa: „Oczywiście. Nie pozwolą, żebym to przegapił”.
— Jedna dziesiąta stopnia na północny wschód… nie, czekajcie…
Dziwne uczucie u Cowella nasiliło się. Jakąś częścią umysłu pojął, że zrodziło się ono z wysiłku i napięcia, ale nie miało to znaczenia. Poczucie czegoś nieuniknionego rosło i nie był zaskoczony, kiedy Ann krzyknęła:
— Ląduje tutaj! Uciekajmy!
Cowell nie ruszył się, gdy pozostali się rozpierzchli. Patrzył spokojnie, trzymając w połowie pełny styropianowy kubek z przesłodzoną kawą, z twarzą zwróconą w stronę nieba.
Obiekt zwolnił, połyskując srebrzyście w świetle gwiazd. Zwalniał nadal, aż poruszał się z prędkością może trzech mil na godzinę, nie więcej, pod kątem jakichś czterdziestu pięciu stopni. Lądowanie przebiegło gładko i spokojnie.
Nie zawisł nad ziemią, nie było widać ognia z dysz, grunt nie uległ zwęgleniu. Słychać było tylko delikatne „łup”, gdy obiekt dotknął ziemi, a łuski kukurydzy zagrzechotały, jakby dotknięte niewidzialnym wiatrem.
Ruszenie w stronę statku wydało się zupełnie naturalną czynnością. Cowell był pierwszym, który miał do niego dotrzeć.
Obiekt wykonano z jakiegoś gładkiego, lekko połyskującego srebrzyście metalu; Cowell spokojnie odnotował w myślach, że przejście przed atmosferę nie powodowało osmalenia. Był nieregularnego, owalnego kształtu, choć umysł Cowella nie był w stanie dokładnie określić, na czym ta nieregularność polegała. Nie wydawał żadnych odgłosów ani nie poruszał się. Po prostu nic nie robił.
Wyciągnął rękę, by go dotknąć, i ręka zatrzymała się w odległości prawie stopy od obiektu.
— Jim! — wrzasnęła Ann, a ktoś jeszcze — pewnie Kleinschmidt — zawołał: — Herr doktor Cowell! — Cowell przesunął dłoń wzdłuż tego czegoś, czego dotknął. Statek otaczała niewidzialna ściana, czy może jakiś rodzaj nieustępliwego pola.
— Cześć, statek — rzekł cicho, a potem nie był nawet pewien, czy w ogóle powiedział to głośno.
— Nie dotykaj! Czekaj! — wołała Ann, a jej dłoń odciągnęła jego rękę.
To nie miało znaczenia. Zwrócił się do niej, naprawdę jej nie widząc, i wypowiedział coś, co brzmiało jak powitanie dla statku. I też nie był pewien, czy to powiedział.
— Wiesz, wychowałem się w religijnej rodzinie. Czekam na mesjasza.
A potem rzuciła się na nich cała reszta, z pulsującymi w górze helikopterami i żołnierzami krzyczącymi: „cofnąć się, cofnąć, proszę się cofnąć!”. Cowella wepchnięto w tłum i nie miał już wyboru, mógł tylko czekać, aż goście się pojawią.
— Jesteście tego absolutnie pewni? — zwrócił się do grupy wojskowych naukowców prezydent. Zebrał ich wszystkich, wraz z szefami sztabów, rządem, wicegubernatorem Kanady i garstką doradców, w Gabinecie Owalnym Białego Domu. Ta sama grupa spotykała się codziennie, od tygodnia, od dnia, gdy obiekt wylądował. W Waszyngtonie było cieplej niż w Minnesocie. Na zewnątrz, na starannie przystrzyżonym trawniku kwitły dalie i chryzantemy.
— Statek nie wyemitował żadnego sygnału od chwili, gdy teleskop Hubblea go namierzył?
Naukowcy mieli niepewne miny. Takie pytania zadawali tylko laicy. Przed rozpoczęciem kariery politycznej prezydent zajmował się finansami.
— Panie prezydencie, nie możemy powiedzieć z całą pewnością, że znamy wszystkie rodzaje sygnałów, które mogłyby istnieć albo istnieją. Albo że dysponujemy pełnym, z ustaloną pozycją, monitorowaniem obiektu przez cały czas lotu. Jak zapewne pan…
— Dobrze, dobrze. Zatem od chwili, kiedy wylądował i kiedy wypróbowaliście na nim swój sprzęt. Nie emituje żadnych sygnałów radiowych, na żadnych długościach fal?
— Nie, panie prezydencie. Tego jesteśmy pewni.
— Żadnych sygnałów świetlnych, nawet w podczerwieni czy ultrafiolecie?
— Nie, panie prezydencie.
— Żadnego promieniowania gamma, żadnej radioaktywności?
— Nie, panie prezydencie.
— Żadnych efektów kwantowych? — spytał prezydent, czym wszystkich zaskoczył. Nie znano go dotąd jako osobnika oczytanego.
— Ma pan na myśli takie rzeczy, jak wykorzystanie splątania kwantowego do transportu informacji? — spytał ostrożnie szef Narodowego Laboratorium Livermore. — Pewnie, ta sfera fizyki nie jest nam jeszcze na tyle dobrze znana, byśmy mogli przewidywać z całą pewnością, co może kiedyś zostać odkryte, albo co już mogła odkryć rasa istot bardziej zaawansowanych od nas technicznie.
— Więc z tego, co wiemy, to sygnały kwantowe mogą wychodzić z tego statku cały czas.
Dyrektor Laboratorium Livermore rozłożył ręce w geście bezsilności.
— Panie prezydencie, możemy monitorować wyłącznie sygnały, które już znamy.
Prezydent zwrócił się do swojego głównego doradcy wojskowego, generała Daytona.
— Ta tarcza osłaniająca statek — też nie wiecie, co to jest, prawda? Co to za pole, dlaczego nie przepuszcza niczego poza światłem?
— Wszystko z wyjątkiem promieniowania elektromagnetycznego w paśmie światła widzialnego jest po prostu odbijane — wyjaśnił Dayton.
— Nie możemy więc użyć sonaru ani promieni Roentgena, żeby zobaczyć, co jest w środku?
Tym razem Dayton nie odpowiedział. Prezydent to wszystko już wiedział. Cały świat o tym wiedział. Najlepsze umysły naukowe i wojskowe z kilku krajów od tygodnia pracowały nad obiektem.
— Co więc zalecacie? — spytał prezydent.
— Panie prezydencie, zalecamy jedynie nieustanne monitorowanie statku, w stanie pełnej gotowości na wypadek, gdyby w jego zachowaniu coś się zmieniło.
— Innymi słowy, „poczekamy zobaczymy” — rzekł prezydent z niesmakiem, a kilka osób w gabinecie z satysfakcją uświadomiło sobie, że został mu jeszcze rok i trzy miesiące do końca kadencji. Na reelekcję nie miał szans. Gospodarka odnotowała poważny spadek.
Chyba że uratuje go jakiś cud.
— Cóż, w takim razie wracajcie do swoich laboratoriów — rzekł prezydent. Dyrektor Laboratorium Livermore, choć wiedział, że popełnia błąd, dał się ponieść impulsowi.
— Nauka nie zawsze okazuje się zbawicielem, panie prezydencie.
— W takim razie po co nam ona w ogóle? — odparł prezydent ze zdumiewającą prostotą, od której dyrektorowi zaparło dech. — Nie spuszczajcie statku z oka. I następnym razem przynieście jakieś dane naukowe, bo przydałaby się jakaś odmiana.
NAUKOWCY ZE STANFORD TWIERDZĄ, ŻE OBCE POLE MOŻE BYĆ FORMĄ KONDENSATU BOSEGO-EINSTEINA
LAUREAT NAGRODY NOBLA WYKPIŁ
OPINIĘ NAUKOWCÓW ZE STANFORD
SĄD STANU MINNESOTA ODRZUCA POZEW W SPRAWIE DOMNIEMANEGO SKAŻENIA WODY W POBLIŻU OBCEGO OBIEKTU
NAUKOWIEC Z FRANCJI TWIERDZI, ŻE PRZEZ KOSMICZNĄ TARCZĘ MOGĄ PRZENIKAĆ NIEWYKRYTE PROMIENIE KOSMICZNE
KOSZULKI Z RYSUNKIEM
PRZEDSTAWIAJĄCYM KOSMICZNY OBIEKT ZOSTAŁY UZNANE ZA OBSCENICZNE PRZEZ RADĘ TURYSTYCZNĄ I USUNIĘTE ZE STOISK