Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5
- Автор: Браун Эрик, Иган Грег
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo „Solaris”
- Переводчик: Jolanta Pers
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5». Краткое содержание книги:
Kiedy roztacza się i potężnieje muzyka Pachelbela, do komnaty niezdarnie wchodzi dodo, przystaje i przechyla głowę z oczami lśniącymi jak rozgrzana smoła. Nieznacznie się kołysze, niepewnie unosi łapę, potem na zmianę drugą, i tak zaczyna się huśtać w rytmie wiolonczeli.
Do głosu dochodzą skrzypce. Dodo rozpoczyna taniec; wielka niezgraba nagle rusza się z wdziękiem. Na salę wchodzi drugi i trzeci dodo, wszystkie razem tworzą coś na kształt koła.
Kontrapunktuje klawesyn i oto czwarty dodo, biały z Réunionu, wynurza się spod stołu i dołącza do kręgu. Ten jest z nich najzwinniejszy, wykonuje bowiem pełne obroty, podczas gdy pozostałe jedynie kołyszą się i pochylają na obrzeżach kręgu.
Muzyka staje się głośniejsza. Jeden ze skrzypków dostrzega ptaki i kiwa głową na króla, lecz siedzący przy stole i tak już wszystko widzą. Zamilkli, oczarowani. Nawet słudzy stoją nieruchomo; trzymają w rękach misy, garnki i imbryki, ale najwyraźniej o nich zapomnieli.
A tymczasem ptaki tańczą, kołyszą paskudnymi głowami do góry i na boki. Biały dodo pochyla się, robi mały kroczek i na jednej nodze wykonuje piruet, potem znów tańczy w kole. Król Holandii bez słowa ujmuje dłoń królowej i razem obchodzą stół jak dzieci olśnione spektaklem. Przyłączają się, tańcząc walca (cóż za anachronizm!) między ptakami dodo, podczas gdy rodzina, goście, słudzy i żołnierze kiwają głowami w takt muzyki.
W tym momencie wizja się rozmywa, pozostaje tylko blask ognia w kominku i dodo.
Dronty przybywały statkami do portów cywilizowanego świata. Pierwsze dwa osobniki, o których zachowała się wzmianka, przywiózł kapitan van Neck w roku 1599. Jeden został sprezentowany królowi Holandii, drugi zaś powędrował przez Kolonię do zwierzyńca cesarza Rudolfa II.
Cesarska ptaszarnia znajdowała się w Schloss Neugebáude niedaleko Wiednia. To właśnie tam po raz pierwszy, w latach 1602–1610, uwiecznili na obrazach to brzydkie ptaszysko Georg Hoefnagel i jego syn Jacob. Malowali nie tylko dodo, ale przeszło dziewięćdziesiąt innych gatunków ptaków, które dostarczały rozrywki cesarzowi.
Inny holenderski artysta, niejaki Roelandt Savery, jak ktoś to określił, „zrobił karierę na dodo”. Wiele razy malował je i rysował z niezaprzeczalną fascynacją… jeśli nie obsesją. Zrazu w jego pracach znać konsekwencję, później pojawiają się niedokładności. Co oznacza, że początkowo malował z natury, potem już tylko z pamięci, kiedy jego model udał się w miejsce, gdzie wkrótce miał dołączyć doń cały gatunek. Na jednym z rysunków dwóch przedstawicieli rodziny drontowatych walczy o jakiś przysmak, znaleziony na ziemi. Jego dziełom nie brakuje uroku.
Inny holenderski artysta (wyrastali jak grzyby po deszczu), Peter Withoos, także umieszczał na swoich obrazach ptaki dodo, niekiedy w niebanalnych, intrygujących sceneriach: przechadzały się podczas lekcji muzyki swojego właściciela albo przebywały z Adamem i Ewą w rajskich ogrodach. Najwierniejsza podobizna, bez dwóch zdań, pochodzi hen z drugiego końca świata, gdzie europejscy żeglarze wszczynali religijny i polityczny zamęt. Istnieje indyjska miniatura przedstawiająca dodo, obecnie przechowywana w rosyjskim muzeum. Przypuszczalnie dronty podróżowały z Portugalczykami i Holendrami, żeglującymi do Goa i wybrzeży Półwyspu Indyjskiego. Albo też kilka stuleci wcześniej zostały sprowadzone przez Arabów, którzy przemierzali wzdłuż i wszerz Ocean Indyjski na swoich statkach z trójkątnymi żaglami i którzy mogli odkryć Maskareny w czasach, gdy Europejczycy nie zmobilizowali się jeszcze na pierwszą krucjatę.
Pewnego razu, niedługo po tym jak zacząłem się fascynować ptakami (przestałem już pruć do nich z wiatrówki, ale nie zacząłem jeszcze starać się o stypendium naukowe), usiadłem nad papierami i sprawdziłem, dokąd zawędrowały dronty.
Dwa przywiezione przez van Necka w roku 1599: jeden trafił do Holandii, drugi do Austrii. W roku 1600 kolejna sztuka wylądowała w parku hrabiego Solmsa. Zapiski wspominają o „jednym ptaku we Włoszech, jednym w Niemczech, kilku w Anglii, ośmiu lub dziewięciu w Holandii”. Willem Bontekoe van Hoorn dowiedział się o „jednym przywiezionym do Europy w roku 1640, drugim w 1685”, przy czym ten ostatni, jak twierdził, został sportretowany przez holenderskich malarzy. Powiadano też o dwóch, które „trzymano dla rozrywki w indyjskim Surratt House”; możliwe, że jeden z nich został uwieczniony na miniaturze. Zakładając optymistycznie, że „kilka” oznacza co najmniej trzy, dostajemy w sumie dwadzieścia ptaków dodo. Gdzież więc podziała się reszta, skoro ładowano na łodzie całe fury ptactwa?
Co nam wiadomo o dodusiach? To tylko, o czym z rzadka wspominają dzienniki pokładowe oraz podróżnicy i osadnicy w swoich relacjach. Anglicy byli nimi zafascynowani. Sir Hamon L’Estrange, żyjący współcześnie z Pepysem, oglądał na wystawie „dodara z wyspy Mauritius (…) co latać nie umie, taki jest ogromny”. Jeden po śmierci został wypchany i umieszczony w Museum Tradescantianum w londyńskiej dzielnicy Lambeth, później zaś trafił do oksfordzkiego Ashmolean Museum. W roku 1750 sfatygowany eksponat rzucono w ogień; ostała się tylko noga i głowa. Na świecie nie było już drontów, ale jeszcze nikt nie zdawał sobie z tego sprawy.
Francis Willughby miał okazję wnikliwie obejrzeć wypchane stworzenie przed jego spopieleniem. Wcześniej w Holandii sędziwy Carolus Clusius badał ptaka żyjącego w parku hrabiego Solma. Starzec zbierał wszystko, co wiązało się z rodziną Raphidae; w swoim Exoticorum libri decem, wydanym w roku 1605, osiem lat po odkryciu drontów, opisał też nogę dodo, którą Pieter Pauw trzymał w swoich zbiorach przyrodniczych.
François Leguat, hugenot mieszkający przez kilka lat na wyspie Réunion, opublikował historię swoich podróży, w której wspominał o ptakach dodo. Jego dzieło ukazało się drukiem w roku 1690 (wówczas dronty były już doszczętnie wybite na wyspie Mauritius) i zawierało informację, że „niektóre samce ważą czterdzieści pięć funtów. Jedno jajo, o wiele większe od jaja gęsiego, samica wysiaduje przez siedem tygodni od złożenia”.
W roku 1761 Maskareny odwiedził astronom Alexandre Pingré. Oglądał ostatnie samotniki z wyspy Rodrigues i zebrał wszystkie możliwe informacje na temat wymarłych przedstawicieli gatunku z wysp Mauritius i Réunion.
Potem już były tylko wspomnienia osadników i debata naukowa, próbująca ustalić miejsce rodziny drontowatych w wielkiej hierarchii systemu klasyfikacyjnego. Jedni dopatrywali się pokrewieństwa z gołębiami, drudzy — chruścielami. Ale nawet te drobne przepychanki niebawem ustały. Dodo odszedł w niepamięć.
Kiedy w roku 1865 Lewis Carroll napisał Alicję w Krainie Czarów, większość ludzi myślała, że dodo jest produktem jego wyobraźni.
Stacja obsługi w Memphis, z której dzwoniłem, miała więcej pracy niż noga kuternogi w zawodach kopania w dupę. Między jednym a drugim świdrującym głosem dzwonka uświadomiłem sobie wreszcie, że mam połączenie.
Facet, który ze mną rozmawiał, nazywał się Selvedge. Nie mogłem z nim dojść do ładu. Najpierw wziął mnie za agenta obrotu nieruchomościami, potem za prawnika. W końcu zaczął podejrzewać, że ma do czynienia z oszustem. Z drugiej strony, nie ułatwiałem mu sprawy. Od dwóch dni nie spałem, pewnie więc gadałem jak potrzaskany. Na szczęście, odnotowałem również pewien postęp. Dowiedziałem się, że Annie Mae Gudger (w dzieciństwie koleżanka Jolyn Jimson) już od dawna jest szacowną panią Annie Mae Radwin. Ten cały Selvedge musiał u niej robić za sekretarkę, być jej przymilnym pomagierem albo coś w tym guście.