Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5
- Автор: Браун Эрик, Иган Грег
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo „Solaris”
- Переводчик: Jolanta Pers
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5». Краткое содержание книги:
Popatrzyliśmy na siebie, a potem w dół, na psa.
Lisa upiekła psa na rożnie, nad płonącym plastikiem i naftą z oceanu. Smakował dobrze, ale w sumie trudno było zrozumieć, o co ten szum. Jadłem pieczonego centaura, który smakował lepiej.
Później poszliśmy na spacer wzdłuż wody. Opalizujące fale ryczały i rozbijały się na piasku, cofając się pozostawiały śliskie klejnoty. Dalekie Słońce płonęło czerwienią.
Bez psa naprawdę mogliśmy się rozkoszować plażą. Nie musieliśmy się martwić, czy nie wdepnie w kwas, nie zaplącze w drut kolczasty zagrzebany w piasku, czy nie zje czegoś, po czym będzie wymiotował przez pół nocy.
Nadal jednak pamiętam, jak pies lizał mnie po twarzy i pakował mi się do łóżka, i pamiętam jego ciepły oddech obok siebie, i czasami za tym tęsknię.
Przełożyła Martyna Plisenko
Howard Waldrop
SZKARADNE KURAKI
Nawalił mi samochód, a o jedenastej miałem zajęcia w szkole. Pojechałem więc miejskim autobusem, co mi się rzadko zdarza.
Zeszłego lata włóczyłem się ze sprzętem fotograficznym i magnetofonem po rezerwacie Big Thicket, gdzie nagrałem głosy dwóch dzięciołów wielkodziobych — jednych z ostatnich na kuli ziemskiej — i zrobiłem im zdjęcia. W każdej sali projekcyjnej towarzystwa przyrodniczego wyświetlą wam film z tej wyprawy.
W tym roku marzyły mi się równie spektakularne łowy… byle się nie przemęczać. A gdyby się zająć populacją petrela bermudzkiego lub nowozelandzkiego takahe? Miesiąc w ciepłym słonku — byle nie za gorącym — i poczuję się jak młody bóg. Przy okazji wzbogacę dorobek nauki.
Kiedy autobus kluczył ulicami eleganckich dzielnic Austin, kartkowałem sobie greenwayowski przewodnik po wymarłych i ginących ptakach świata. Na przystankach wysiadały pół-Meksykanki, Murzynki i Wietnamki do posługi w kuchniach i ogrodach bogaczy.
— Dawno nie widziałam tych szkaradnych kuraków — odezwał się ktoś niedaleko.
Z siedzenia w sąsiednim rzędzie wychylała się do mnie siwiuteńka staruszka. Popatrzyłem najpierw na nią, potem się obejrzałem. Czyżby jakaś bezdomna? Może gada do siebie? Spojrzałem jej w oczy. No tak, nie było wątpliwości: mówiła do mnie. I czekała, aż się wreszcie odezwę.
— Kiedy byłam mała, w okolicy mieszkali ludzie, którzy je hodowali. — Wyciągnęła palec.
Zerknąłem na wskazaną stronę w książce.
Powinienem był wtedy powiedzieć: Wykluczone, proszę pani. To rysunek wymarłego ptaka z wyspy Mauritius. Chyba żaden z ptaków, które wyginęły, nie zyskał sobie takiej sławy. Zapewne widziała pani tylko jakieś rzadkie azjatyckie indyki, może pawie albo bażanty. Przykro mi, ale pani się myli.
Tak właśnie trzeba było powiedzieć.
— Oho, tu wysiadam. — Wstała z fotela.
Nazywam się Paul Lindberl. Mam dwadzieścia sześć lat i robię studia doktoranckie z ornitologii na Uniwersytecie Teksaskim, gdzie jako asystent prowadzę również zajęcia. Moje nazwisko zdobyło już sobie pewien rozgłos w branży. Choć nie jestem świętoszkiem i czasami trzymają się mnie głupstwa, uważam, że mam poukładane w głowie. Byłbym idiotą, gdybym za nią poszedł.
Wysiadła z autobusu.
Poszedłem za nią…
Gdy wchodziłem do sekretariatu wydziału, fruwały za mną pogubione papiery.
— Martha! Martha! — krzyczałem.
Grzebała w szafce z materiałami biurowymi.
— Na miłość boską, Paul! Co się dzieje?
— Gdzie Courtney?
— Na konferencji w Houston, wiesz przecież. Nie zdążyłeś na zajęcia. O co chodzi?
— O mały zastrzyk gotówki. Nie daj się prosić.
— Tydzień temu dostałeś wypłatę. Jeśli nie możesz…
— To sprawy zawodowe! Tu idzie o sławę, przygodę, szansę jedną na milion! I o długą podróż morską, choć nie obędzie się bez… biletu na samolot. Do Jackson, Missisipi lub Memphis. Powiedzmy, że do Jackson, będzie bliżej. Przyniosę rachunki! Będę sławny! Courtney będzie sławny! Nawet o tobie świat usłyszy. Nasz uniwerek zbije kokosy! Odpalę ci za to niezłą kaskę. Daj jakąś kartkę, muszę skrobnąć do Courtneya. Kiedy najbliższy odlot? Pogadasz z Marie i Chuckiem, żeby wzięli moje zajęcia we wtorek i środę? Jeśli nic się nie wydarzy, powinienem wrócić w czwartek. Courtney wraca jutro, co? Zadzwonię do niego z… Skądkolwiek. Znajdzie się dla mnie trochę kawy?
Nawijałem tak jeszcze dość długo. Martha patrzyła na mnie jak na wariata. Tym niemniej wypełniła niezbędny formularz.
— Co mam powiedzieć Kemejianowi, kiedy podsunę mu to do podpisu?
— Martho, dziecinko, słodyczy ty moja! Powiedz mu, że wydrukują jego zdjęcie w „Scientific American”.
— Tego akurat nie czyta.
— To w „Nature”!
— Zobaczę, co da się zrobić.
Babunia, za którą wysiadłem z autobusu, nazywała się Jolyn Smith Jimson. Opowiedziana przez nią historia była naprawdę kosmiczna, a takie często są prawdziwe. Mówiła o sprawach znanych tylko ekspertom bądź naocznym świadkom. Wyciągnąłem od niej nazwiska, adresy, opis okolicy i garść pożytecznych informacji. Oraz rok: 1927.
I miejsce: północne Missisipi.
Oddałem jej swój egzemplarz książki Greenwaya. Obiecałem, że zadzwonię zaraz po powrocie do miasta. Zostawiłem ją na rogu ulicy, niedaleko domu, w którym sprzątała dwa razy w tygodniu. Jolyn Jimson miała ponad sześćdziesiąt lat.
Wyobraźcie sobie dodo jako małą fokę grenlandzką z piórami. Wiem, że to niedokładne porównanie, ale lepsze niż żadne. W roku 1507 Portugalczycy w drodze do Indii odkryli na Oceanie Indyjskim (wówczas jeszcze nienazwany) Archipelag Maskarenów: trzy większe wyspy na wschód od Madagaskaru, oddalone od siebie o kilkaset mil. Jednak dopiero w roku 1598, kiedy natrafił na nie stary holenderski kapitan Cornelius van Neck, nadano im nazwę — zmieniającą się wielokrotnie na przestrzeni wieków, kiedy na skutek wojen przechodziły we władanie a to Francuzów, a to Anglików, a to znów Holendrów. Na chwilę obecną to Rodrigues, Réunion i Mauritius.
Największą osobliwością tych wysp były duże nielatające ptaki: tępe, brzydkie i niesmaczne. Podwładni van Necka nazywali je dod-aarsen, durnymi osłami, lub dodars, głupimi ptakami, lub po prostu samotnikami.
Można było wyróżnić trzy gatunki. Dront dodo z Mauritiusa: szarobura pokraka z zakrzywionym dziobem, ważąca co najmniej dwadzieścia kilogramów. Biały, smuklejszy dront reunioński. Jaśniejszy dront samotny z wysp Rodrigues i Réunion, który wyglądał jak spasiona, przygłupia gęś. Wszystkie dronty miały grube nogi i potężne korpusy, dwa razy większe niż korpus indyka, nagie pyski oraz długie, haczykowate dzioby, przypominające kształtem noże do cięcia linoleum. Były nielotami. Zdolność latania utraciły dawno temu, kiedy skrzydła skurczyły się do rozmiarów ludzkiej dłoni i pozostały w nich trzy lub cztery pióra. Ich ogony były zakręcone i puszyste, jakby dziecko dodało im tę ozdobę. I nie miały absolutnie żadnych naturalnych wrogów, gnieździły się więc na otwartym terenie. Prawdopodobnie wysiadywały jaja tam, gdzie akurat zdarzyło im się je złożyć.
Oczywiście, wróg się w końcu pojawił pod postacią van Necka i jego pobratymców. Francuscy, holenderscy i portugalscy marynarze, którzy przypływali na wyspy celem uzupełnienia zapasów, zauważyli, że dronty nie tylko głupio wyglądają, ale naprawdę są głupie. Podchodzili do nich i z najbliższej odległości walili pałką po głowie. Mało tego, dronty można było zaganiać jak owce. Dzienniki pokładowe pełne są takich oto wpisów: „Dziesięć osób zeszło na ląd. Zagonili na łódź pół setki wielkich ptaków podobnych do indyka. Przewiezione na statek, mogą do woli ganiać po pokładzie. Z trzech przyrządzi się jadło dla 150-osobowej załogi”.