Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5
- Автор: Браун Эрик, Иган Грег
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo „Solaris”
- Переводчик: Jolanta Pers
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5». Краткое содержание книги:
— Ee… nie… — Wyobrażałem sobie, jak ludzie na werandzie nachylają się w moją stronę z wytężonym słuchem. — Uczę w college’u.
— Oxford? — dopytywał się Krait.
— Nie… Uniwersytet Teksański.
— No, to cholerny szmat drogi stąd. I szukasz pan Gudgerów?
— Chociażby ich domu. Ziemi, na której mieszkali. Ze słów pańskiej małżonki wnioskuję, że wyjechali w czasach wielkiego kryzysu.
— Ha, to musieli być przy forsie — stwierdził olbrzym. — W czasach kryzysu ludzie klepali biedę. Kogóż byłoby stać na wyjazd? Luke! — krzyknął.
Najstarszy chłopak zszedł z werandy wolnym krokiem. Zabiedzona twarz, koszula w sam raz do twista. Stanął z rękami w kieszeniach.
— Luke, pokaż panu Lindberghowi…
— Lindberlowi.
— Dobra, panu Lindberlowi, drogę do zagrody, gdzie dawniej mieszkali Spradlinowie. Zaprowadź go na stary most z bali, inaczej pobłądzi.
— Most z bali się zawalił, tato.
— Kiedy?
— W październiku, tato.
— Do diaska, znowu coś trzeba naprawiać! Tak czy siak, do strumienia. — Odwrócił się do mnie. — Chce pan, to pójdzie i dalej, bacząc, żeby wąż pana gdzie nie ukąsił.
— Dziękuję, jakoś sobie poradzę.
— Można wiedzieć, czemu pan tam idzie?
Nie patrzył mi w oczy. Zauważyłem, że to bezpośrednie pytanie bardzo go krępuje. Tego typu rzeczy same powinny wychodzić w rozmowie.
— Jestem… znawcą ptaków. Badam ptaki. Ktoś widział rzadki gatunek… Podobno w dawnym domu Gudgerów… właściwie w okolicy… Szukam rzadkiego okazu ptaka. Trudno to wytłumaczyć.
Byłem spocony. Z gorąca.
— Dajmy na to, kłodułkę? Widziałem ją ze dwadzieścia pięć lat temu niedaleko Bruce.
— Nie o niego chodzi. — Kłodułką regionalnie nazywano dzięcioła wielkodziobego, jednego z najrzadszych ptaków na świecie. Innym razem szczęka by mi opadła, bo uważano, że w Missisipi wymarły na początku wieku… jak również dlatego, że Krait zdawał sobie sprawę z ich rzadkości.
Poszedłem zamknąć samochód i, żeby nie zrazić ich do siebie, zapytałem grzecznie:
— Nie przeszkadza wam auto?
— Skąd, niech sobie stoi — odparł Jim Bob Krait. — Przed zmierzchem wyjdziemy rozejrzeć się za panem, dobra?
Przez chwilę nie wiedziałem, czy to wyraz troski, czy może kryje się w tym jakieś ostrzeżenie.
— Na wypadek gdybym nadepnął na węża? Postaram się być ostrożny.
— Powodzenia w szukaniu tych rzadkich okazów. — Dołączył do rodziny na werandzie.
— To chodźmy — rzekł Luke.
Za domem Kraitów był kurnik oraz chlewik, w którym świnie, nażarte poranną karmą, leżały niczym wyspy w błotnistej zatoce lub rzeźbione prosiaki w stylu zen. Następnie minęliśmy połamane, rdzewiejące maszyny rolnicze, mimo że jak okiem sięgnąć, nie widać było żadnych pól uprawnych. Nie mam pojęcia, z czego się utrzymywali ci ludzie. Podobno pełno jest takich miejsc na Południu.
Idąc, nazwijmy to, ścieżką, na przemian zagłębialiśmy się w las i wychodziliśmy na łąki. Próbowałem zapamiętać zakręty, żeby nie zabłądzić w drodze powrotnej. Przez dwadzieścia minut tej wyprawy Luke nie wyrzekł ani słowa, jeśli nie liczyć jednego przekleństwa, gdy wszedł tenisówkami w parzące chwasty. W końcu stanęliśmy nad rzeczką, opływającą lesisty pagórek. Nadgniła kłoda utworzyła niewielką tamę; powyżej woda miała prawie trzy stopy głębokości, niżej połowę tego.
— Widzi pan ścieżkę? — zapytał Luke.
— Tak.
— Trzeba obejść wzgórze, przejść przez łąki, a potem po kamieniach rzekę i wdrapać się na górę. Dalej skręcić ścieżką w lewo. Resztki domu zachowały się mniej więcej w trzech czwartych wysokości następnego wzgórza. Jeśli dojdzie pan do wielkiego, skalistego urwiska, to znaczy, że zaszedł pan za daleko. W porządku?
Pokiwałem głową.
Odwrócił się i zostawił mnie samego.
Niegdyś stały tu dwie chaty kryte wspólnym dachem, co zgadzało się z opisem pani Jimson. Potem niektóre ściany zapadły się w sposób, jak to się gdzieniegdzie mówi, diagonalny (czy może antydiagonalny?). Kiedyś słyszałem w radiu pieśń zatytułowaną „W krainie, gdzie nie przewracają się chaty”. Właśnie w tych stronach powinny powstawać takie pieśni.
Wszystko zarosły zielska. Dostrzegłem ślady po dawnym ogrodzeniu i płaską stertę drewna, pozostałość po stodole. Za domem napotkałem kolejne resztki obejścia, między innymi fragment zardzewiałej pompy w podwórzu. Wyrównany grunt upamiętniał dawny warzywnik. Leżał tam, gnijąc, jeden jedyny zdziczały pomidor, podziobany przez ptactwo. Poszedłem dalej. Walało się tam drewno z trzech mniejszych zabudowań, przeważnie przegniłe i zzieleniałe od mchu i glonów. Największe zabudowanie pewnie służyło za drewutnię i wędzarnię, pozostałe dwa — małe i duże — były kurnikami. Tam właśnie zacząłem myszkować i kopać.
Ale gdzie, gdzie, gdzie szukać? Szkoda, że częściej nie odwiedzałem stanowisk archeologicznych. Może wiedziałbym więcej? Oglądałem kupy odpadów, gnojowiska, kompostowniki. Czemu nie urodziłem się na farmie? Prowadziłby mnie instynkt.
Łaziłem tam i z powrotem, miotałem się jak seter próbujący wywęszyć przepiórki. Wciąż niezadowolony, wciąż nienasycony…
Zmierzch. W zasadzie mrok. Dobrnąłem jakoś na podwórze Kraitów. Plecaczek, który zabrałem ze sobą na wyprawę, pękał w szwach. Byłem zgrzany, zmordowany i utytłany pięćdziesięcioletnim kurzym łajnem. Kraitowie siedzieli na werandzie. Jim Bob zszedł ociężale niczym zaprzyjaźniona ze mną góra.
Zapytałem o to i owo, dałem im skserowane zdjęcie dronta, zostawiłem też adresy i numery telefonów, w razie gdyby chcieli się ze mną skontaktować.
Po chwili znów siedziałem w swoim wypożyczonym samochodzie. Wyruszyłem do Water Valley, korzystając ze wskazówek udzielonych mi przez Jennifer Krait. Na miejscu udałem się wprost do domu naczelniczki poczty. Akurat szykowała się do spania. Zadałem jej kilka pytań. Chwyciła za słuchawkę telefonu. Naprzykrzałem się ludziom do pierwszej w nocy, po czym wróciłem do przytulnego auteczka.
Gdy po mojej prawej ręce wschodził księżyc, gnałem już do Memphis. Droga międzystanowa nr 55 rozpościerała się przede mną niby szklana wstęga. Słuchałem programu rozrywkowego stacji radiowej WLS z Chicago. Czasem sobie podśpiewywałem, czasem wyłem na całe gardło. Obok na przednim siedzeniu dotrzymywał mi towarzystwa plecak wypełniony kośćmi drontów, a także dziobami, łapami i skorupami jaj. Czy ktoś wie, że pewne muzeum oddało kiedyś kompletny szkielet płetwala błękitnego w zamian za dodo?
Gazu… Gazu…
Taniec dodo.
Już dawno temu — jeszcze przed całą tą zwariowaną kołomyją — zaczęła mnie nękać pewna wizja. Kiedy zamykam oczy, maksymalnie skupiony, potrafię ją przywołać, lecz najczęściej przychodzi, do tego wyraźniejsza, podczas słuchania muzyki poważnej, zwłaszcza Kanonu D-dur Pachelbela.
W Hadze zapada zmierzch, smugi ostrego światła przypominają obrazy Fransa Halsa lub Rembrandta. Holenderska rodzina królewska posila się i spokojnie rozmawia z gośćmi w wielkiej sali jadalnej. W rogach komnaty stoją gwardziści z halabardami. Rodzina siedzi wokół stołu: jest król, królowa, garść księżniczek, książę, jeszcze dwoje dzieci, do tego ze dwóch zaproszonych arystokratów. Pojawiają się słudzy z talerzami i kielichami, lecz na razie trzymają się na uboczu.
Pod ścianą na podwyższeniu orkiestra przygrywa do obiadu na klawesynie, altówce, wiolonczeli, trojgu skrzypiec, są też drewniane instrumenty dęte. Na skraju podwyższenia siedzi jeden z nadwornych karłów, który wolno czochra nogą śpiącego przy nim psa.