Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #1
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788361187080
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe». Краткое содержание книги:
– Oczywiście. Coś jeszcze?
– Módlcie się, jeśli macie jakichś ulubionych bogów. Choć Rogatego raczej bym odradzał.
Pozostawało im uśmiechać się szeroko i udawać, że świetnie się bawią. Kenneth trochę żałował, że nie zapoznał się dokładniej z miejscowymi legendami i historią. Jedno wiedział na pewno, Imperium nigdy nie próbowało podbijać tych ziem. Być może w tutejszych górach nie było niczego, co mogłoby pchnąć Meekhańczyków do marszu na północny zachód, możliwe też, że przywileje handlowe, którymi lokalna starszyzna hojnie obdarowała imperialnych kupców, okazały się atrakcyjniejsze niż zbrojny podbój i wyhamowały ekspansję. Nie wiedział tego do końca. Pięćset lat temu Meekhańczycy wymaszerowali z odległych o kilkaset mil gór na południu, walcząc wściekle z każdym wojowniczym kultem, który w tamtych czasach szalał pomiędzy Górami Krzemiennymi a szczytami Ansar Kirreh. Rozbili Świątynię Reagwyra, podbili ziemie zhołdowane przez kapłanów Laal Szarowłosej, a czcicieli jej siostry, Kan’ny, wybili niemal do nogi. Tu mieli ułatwione zadanie, bo kult Setrena Byka wcześniej zdrowo wykrwawił tę świątynię, w trwających kilkadziesiąt lat wojnach, po to tylko, by ulec potędze nowego Imperium.
Meekhańczycy okazali łaskę świątyni Setrena, każąc wszystkim jego kapłanom pokłonić się przed obliczem Wielkiej Matki i oferując włączenie Rogatego do oficjalnego panteonu Imperium. W kulcie Byka nastąpił rozłam. Część ziem jego wyznawców zostało już zagarnięte przez Imperium, a reszta rozpadła się na niezależne księstwa i królestwa, a hierarchowie doszli do wniosku, że uznanie oraz miejsce wśród oficjalnych imperialnych religii będzie jak najbardziej wskazane. Błyskawicznie odnaleziono prastare zwoje, potwierdzające, że Setren należał do Wielkiego Rodzeństwa oraz że w Wojnach Bogów walczył zawsze po właściwej stronie. I to wystarczyło.
Lecz nie wszystkim. W krajach niegdyś zdominowanych przez kult co jakiś czas odżywał jego bitewny wariant, zgodnie z którym Setren był całkowicie niezależnym bogiem, opiekunem ludów północy, który walczył z Niechcianymi tylko dlatego, że tak nakazywała mu duma i honor. I w imię tej dumy i honoru wojownicy ozdobieni tatuażami topora z żeleźcami wygiętymi na kształt byczych rogów nieśli śmierć i pożogę pomiędzy swoich rodaków – i na ziemie Imperium. Po ostatnim takim wybuchu Wynde’kann niemal podwoiło swoje terytorium.
Przed nimi coś zaczęło się dziać. Powoli, niemal nonszalancko, rodowe grupy przesuwały się w stronę drzwi wejściowych, gromadząc się w przeciwnym krańcu wielkiej sali. Kenneth ocenił, że znalazło się tam niemal dwadzieścia klanów. Kilka niezdecydowanych okupowało ciągle środek, rzucając uważne spojrzenia na prawo i lewo, szacując siły i strefy wpływów, a tylko cztery rody stanęły bliżej tronu – choć i wśród nich widział takich wojowników, zwłaszcza młodych, którzy demonstracyjnie odwracali się plecami do tahga i jego meekhańskich gości.
Szczerze żałował, że barwy klanowe niewiele mu mówią, szczegółowy rozkład sił na sali jak na razie był dla oficera Górskiej Straży tajemnicą. Gdyby tylko jeszcze od tego rozkładu nie zależało życie delegacji, żołnierzy i jego własne... Z drugiej strony, uśmiechnął się cierpko w duchu, gdyby wiedział, co oznacza to przemieszczanie się po sali, mógłby już sikać po nogach ze strachu. Czasem niewiedza bywa błogosławieństwem...
Drzwi otworzyły się bezszelestnie, na korytarzu za nimi pogaszono wszystkie światła, więc przez kilka chwil wszyscy wpatrywali się w ciemne wejście. Nagle ryknęły trąby i pojawiła się procesja.
Prowadził ją wysoki mężczyzna w masce byka na głowie. Wygięte do przodu, absurdalnie wielkie rogi w kolorze królewskiej purpury bodły powietrze. Tancerz, wysmarowany tłuszczem i nagi, jeśli nie liczyć przepaski na biodrach i zatkniętego za nią ogona, potrząsał głową w przód i na boki, rył stopą parkiet, wyginał grzbiet, sapał i dyszał. Kręcił okręgi, skakał to w lewo, to w prawo, atakował rogami cienie. Goście uskakiwali przed nim na boki, potykali się, wpadali na siebie, nikt nie miał zamiaru wchodzić bestii w drogę.
Za człowiekiem bykiem pojawiła się grupka zbrojnych. Sześciu. Jeden z przodu, pozostała piątka nieco z tyłu, w ochronnym szyku. Weszli cicho, korzystając z tego, że uwaga wszystkich skupiona była na tancerzu. Stanęli w wejściu. Kenneth spostrzegł ich pierwszy, kierowany chyba żołnierskim instynktem, który każe skupić uwagę na każdym uzbrojonym obcym, jaki znajdzie się w polu widzenia. Ten z przodu... Widać było podobieństwo do tahga, te same rysy twarzy, ta sama budowa, ten sam sposób trzymania głowy. Nawer Ta’Klaw wyglądał jak rodzony syn, a nie siostrzeniec władcy. Tylko brodę miał krótszą, ledwo na dwa palce, a długie włosy zaplótł w kilka warkoczyków, które spadały mu po bokach twarzy i na plecy. Ubrany był w skórzany pancerz, tłoczony w ozdobne wzory, spięty szerokim pasem ze stalowych płytek, przy którym wisiały dwa ciężkie topory. Na plecach miał długi, sięgający ziemi płaszcz w kolorze soczystej zieleni. Stał w wejściu, obserwując uważnie taniec i przenosząc wzrok z jednego klanu na drugi. Przez chwilę zatrzymał spojrzenie również na wuju.
Meekhańską delegację całkowicie zignorował.
Zbrojni za jego plecami stali w pełnym rynsztunku, jakby szli do bitwy. Pancerze z żelaznych płytek sięgały im za kolana, nosili także stalowe hełmy, podłużne, migdałowe tarcze, nagolenniki. W dłoniach trzymali nagie miecze. Porucznik musiał przyznać, że jak na miejscowe warunki, mieli cholernie dobre uzbrojenie. Takie jak ich było kosztowne i przynależało zazwyczaj do przybocznych władcy.
Kenneth oderwał wzrok od przybyłych, gdy wśród zgromadzonych zrobiło się zamieszanie. Tancerz byk wpadł w szał, zaczął naprawdę potrącać ludzi i atakować ich rogami. Cała misterna konstrukcja klanowa, podział na „nasz” i „obcy”, przestała istnieć, goście przemieszali się ze sobą, szukając ucieczki przed bestią. Mężczyźni i kobiety uskakiwali na boki, wpadali na siebie, przewracali się. Byk nie ustępował, pochylał głowę, przygważdżał powalonych rogami do ziemi, okładał pięściami. Sądząc z bolesnych okrzyków, nie było w tym nic z żartów i zabawy.
Szczęk mieczy uderzających o tarcze zwrócił jego uwagę. Byk porzucił jednego z poturbowanych mężczyzn i rozejrzał się, szukając źródła hałasu. Nawer stał przed swoimi towarzyszami, w obu rękach trzymał topory. Pochylił głowę. Patrzył. Tancerz wyprostował się, rogi zakołysały się na boki, bosa stopa szturchnęła posadzkę. Po raz pierwszy przebrany mężczyzna wydał z siebie ryk, głęboki, przeciągły, pełen smutku i cierpienia. I runął naprzód.
Siostrzeniec tahga wywinął się w pełnym obrocie, schodząc z linii ataku, zakręcił na pięcie i gdy człowiek-byk mijał go, walnął toporem wprost w maskę, tuż pod rogami.
To nie był markowany cios, głowa mężczyzny odskoczyła, a Kenneth miał wrażenie, że słyszy trzask pękających kręgów. Lecz to tylko maska rozpadła się na pół, rogi poleciały w przeciwne strony, a tancerz upadł na kolana i ukrył twarz w dłoniach. Jego ciałem wstrząsnął szloch. Nawer podszedł do niego i szerokim, ceremonialnym gestem narzucił płaszcz na nagie ramiona. Pomógł mężczyźnie wstać i przytulił go do piersi. Z ciemnej jamy korytarza dobiegł ryk trąb i jakiś głos oznajmił:
– Dokonało się! Lawonderh!
Przez chwilę panowała cisza – i nagle salę wypełniły okrzyki radości, kobiece piski, uderzanie mieczami o tarcze, bicie otwartymi dłońmi o pancerze. Młody bandyta stał przy wejściu i uśmiechał się jak kot, który właśnie porwał ze stołu kawał szynki i wie, że nie tylko nie spotka go kara, ale nawet może liczyć na więcej. Tancerz gdzieś znikł, lecz nikt nie zwracał już na niego uwagi. W centrum zainteresowania był teraz Nawer. Kilka osób – sądząc po świetnych pancerzach, przywódcy klanów – już podchodziło do niego, gratulowało i wdzięczyło się, inni kłaniali się sztywno, lecz kłaniali się pierwsi, zadowalając w zamian lekkim skłonieniem głowy, a przynajmniej dwa klany z tych okupujących środek sali zdążyły już wtopić się w tłum przy drzwiach. Kimkolwiek był siostrzeniec tahga, wiedział, jak przyciągać do siebie ludzi.