Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe
Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe

Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe». Краткое содержание книги:

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe
1 ... 31 32 33 34 35 36 37 38 39 ... 123
Перейти на страницу:

Burmistrz Arberden przywitał ich na dziedzińcu przed ratuszem, cały w ukłonach, a jego westchnienia ulgi słychać było w promieniu mili. Imperium rzadko wysyłało posłów na północ, więc było to ważne wydarzenie w historii Gewenah. Gdyby coś się stało delegacji, jako najwyższy urzędnik w dolinie odpowiadałby za to osobiście. Pojawienie się wozów z eskortą zdjęło mu z ramion dobrych kilkanaście lat.

– Wasza dostojność! Wasza miłość! Panie hrabio! To zaszczyt! To szczęście! To...

– Wystarczy. – Hrabia zeskoczył z konia i podał wodze stajennemu. – Zatrzymamy się na chwilę i ruszamy do Law-Deren. Zgodnie z planem powinniśmy tam przybyć dziś wieczorem, więc nie możemy czekać. Zmienimy tylko konie przy wozach. Czy droga po drugiej stronie granicy jest przejezdna? Jakieś osuwiska, lawiny?

– Nie, wasza dostojność. – Burmistrz podrapał się po postępującej łysinie. – Osuwisk nie ma, a lawiny wszystkie zeszły jak trzeba. Nie to, co tu. Stary Wół na Żałobnym Przejściu chyba się uparł, że doniesie śnieg do następnej zimy. Paru kupców już tamtędy przejechało, ale każdy mówił potem, że nigdy tak się nie modlił do Lodowej Pani. Z torbami pójdziemy, jak śniegi z niego nie zejdą.

– My na szczęście idziemy w drugą stronę – mruknął hrabia, przeciągając się lekko. – Poruczniku, mamy pół godziny przerwy, pańscy ludzie mogą odpocząć i uzupełnić zapasy. Wyruszamy w południe.

– Zrozumiałem – wojskowe „tak jest” nie chciało Kennethowi przejść przez gardło. – Dziesiętnicy!

Velergorf, Andan i Bergh podeszli do porucznika.

– Bergh, sprawdź, czy wszystkie psy mają obroże. Widoczne z daleka. Nie chcę, żeby po drugiej stronie granicy ktoś ustrzelił mi zwierzaka, a potem tłumaczył się, że myślał, że to wilk.

– Niech tylko spróbuje.

– Po to wydałem rozkaz, żeby nie mógł spróbować. Andan, wszyscy, powtarzam wszyscy, mają nosić płaszcze. Idziemy tam jako Górska Straż i lepiej, żeby to było widać z daleka. Varhenn, my zajrzymy do gospody. Nie uśmiechaj się tak, sprawdzimy, co miejscowi mówią o tym Nawerze. I w ogóle, co tu tak śmierdzi.

Wszyscy dziesiętnicy uśmiechnęli się ponuro.

– Pan też to czuje, poruczniku?

– Tak, Bergh. Dyplomata z tytułem hrabiego, jeżdżący konno jak zawodowy kawalerzysta, zamachowcy z tatuażem Setrena Wojownika, pośpiech, z jakim zmierzamy na północ. To nie są zwykłe rozmowy. Rozejrzymy się.

Gospoda okazała się czysta i przestronna, pachniało dymem i piwem, drewniane podłogi poskrzypywały cicho, gdy zmierzali w stronę szynkwasu. Sala świeciła pustkami, co nawet zważywszy wczesną porę, było raczej dziwne.

Właściciel wyłonił się zza kotary prowadzącej w głąb lokalu i uśmiechnął szeroko.

– Witam, panie poruczniku. Dziesiętniku. – Skłonił im się lekko. – Nareszcie nasze prośby zostały wysłuchane. Piwa?

– Nie, służba. Stęskniliście się za Strażą?

– A jakże by nie? Od roku ślemy prośby, żeby nam przysłano kilka kompanii albo choć jedną, na początek. Tylko wy sobie z nim poradzicie.

– Ten cały Nawer zalazł wam za skórę, co?

– Bardziej niż zębaty grot wbity w bebechy. Ludzie się boją, kupcy zaczynają nas omijać, a są i tacy, co woleli spakować dobytek i wyjechać.

– Aż tak źle? – Kenneth oparł się o blat i spokojnie zlustrował salę. Rzeczywiście, była zbyt czysta i schludna, jakby od dłuższego czasu interes podupadał.

– Jak ktoś znajdzie wbite w drzwi coś takiego – mały przedmiot brzęknął o szynkwas – to wkrótce chałupa zapłonie mu nad głową. W całej dolinie już prawie wszystkie samotne gospodarstwa zostały opuszczone. A co ludniejsze wioski otoczyły się częstokołem i cały czas się pilnują. Tu też na murach bez przerwy płoną pochodnie, a miejscy pachołkowie trzymają straż od zmierzchu do świtu.

Porucznik spojrzał na kontuar. Mały toporek wielkości dłoni, z podwójnym ostrzem i żeleźcem absurdalnie wygiętym w górę. Zabaweczka. Widział coś podobnego dziś rano, wytatuowane na ciałach niedoszłych zamachowców.

– Ta’Klaw tak bardzo się rozzuchwalił?

Karczmarz ponuro skinął głową.

– Mówi, że za rok dolina będzie należała do Wynde’kann. A jak nie, to nie zostanie tu kamień na kamieniu. Ludzie się boją i czekają, co będzie... – Uśmiechnął się ponuro. – My wiemy, że jak wybuchnie wojna, Imperium na pewno nie poświęci całej armii, żeby nas bronić. W tych posłach, co teraz przyjechali, nasza ostatnia nadzieja.

Porucznik skinął głową.

– Wyglądają na rozsądnych. Zwłaszcza hrabia. Będziemy ich pilnować.

Karczmarzowi zrzedła mina.

– Więc nie zostaniecie?

– Z czterema dziesiątkami? Nie. Ale po powrocie dam znać dowódcy pułku, co tu się dzieje. Idziemy, Varhenn.

Na zewnątrz przywitało ich słońce, które wreszcie przebiło się przez chmury. Velergorf obrócił ku niemu twarz, zamknął oczy.

– Będziemy mieli dobrą pogodę, panie poruczniku – mruknął z zadowoleniem.

– Nareszcie. Wiosna chyba w końcu sobie o nas przypomniała.

Odgłos uderzenia i stłumiony okrzyk dobiegły ich z bocznej alejki. Wymienili spojrzenia.

Uliczka była ślepym zaułkiem, tworzonym przez karczmę, ścianę sąsiedniego budynku i stertę zwalonych na kupę skrzyń w głębi. Śmiertelna pułapka dla kogoś, kogo zagoniłoby się w to miejsce. Zwłaszcza jeśli ten ktoś miał jakieś trzynaście, czternaście lat, a trzej napastnicy byli co najmniej o głowę wyżsi i ciężsi, na oko każdy jakieś czterdzieści funtów. Nosili wełniane, barwione na czerwono spodnie i koszule z bufiastymi rękawami. Nietutejsi.

Stali tyłem do wylotu zaułka. Dwóch przyciskało chłopaka do wysokiej ściany, a trzeci właśnie brał zamach.

Velergorf pierwszy spostrzegł, kogo maltretują. Sapnął głośno, ale żaden z bijących nawet się nie obejrzał.

– Nie jesteście stąd, co, chłopcy? – rzucił, wyjmując zza pasa topór.

– Won mi stąd – nie odwracając się, warknął ten, który zamierzał zadać cios. – Bo jak skończę z tym głupkiem, zabierzemy się do ciebie, dziadku.

Ciężki topór zakreślił krótki łuk i mijając o cal głowę jednego z pomagierów, huknął o najbliższą skrzynię. Uderzył z taką siłą, że roztrzaskał ją na kawałki i utkwił w następnej. Trzej napastnicy odskoczyli od chłopaka i obrócili się ku wyjściu, wytrzeszczając oczy. Velergorf ze skupioną miną obwiązywał dłonie kawałkami rzemienia. Zacisnął je w pięści, aż rzemień zatrzeszczał, a wytatuowana twarz rozjaśniła mu się w szczerym uśmiechu.

– Dziesiętnik Varhenn Velergorf, Szósta Kompania Szóstego Pułku Górskiej Straży – mruknął swobodnie. – A to mój porucznik, który raczej nie weźmie udziału w zabawie, bo raz, szarża mu nie pozwala, a dwa, wie, że podoficerom też należy się jakaś przyjemność od życia. No, chłopcy, nadal jest trzech na jednego. Do roboty.

Pochylił głowę i bez wahania runął naprzód.

Kenneth cofnął się nieco, ignorując rumor, który wybuchł w zaułku, omiótł wzrokiem okoliczne budynki, ocenił położenie słońca na nieboskłonie. Do południa został jakiś kwadrans. Niewielkie chmurki dawały nadzieję, że dobra pogoda utrzyma się dłużej.

Prześladowany chłopak był... dotknięty przez Eyfrę – Panią Losu. Tak wśród Wessyrczyków mówiono o ludziach urodzonych z upośledzeniem. Płaska twarz, cofnięty podbródek, lekko skośne oczy. W Imperium chronił ich przesąd, że z Panią Losu lepiej nie zadzierać, a poza tym ponoć przynosili szczęście ludziom, którzy byli dla nich dobrzy. Ci, którzy napadli na dzieciaka, z pewnością nie byli stąd. Pewnie pomocnicy jakiegoś wynderskiego kupca, którzy postanowili się zabawić. Oficer uśmiechnął się. Chyba rzeczywiście było coś w przekonaniu, że krzywda wyrządzona Dzieciom Losu szybko jest mszczona. W końcu ledwo zaczęli go bić, spotkali Varhenna Velergorfa z Górskiej Straży. A on bardzo poważnie podchodził do takich spraw.

1 ... 31 32 33 34 35 36 37 38 39 ... 123
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)