Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #1
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788361187080
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe». Краткое содержание книги:
Kenneth policzył jeszcze do dziesięciu i wrócił do uliczki. Dwóch napastników już leżało, obaj nieprzytomni, trzeciemu dziesiętnik klęczał na plecach, usiłując go utopić w płytkiej kałuży. Dobrze mu szło. Porucznik oparł się o ścianę.
– Jak się przestanie ruszać – rzucił – daj mu jeszcze dziesięć uderzeń serca i zostaw. Nie chcę tu trupów.
Velergorf zaklął paskudnie i puścił swoją ofiarę.
– Ech, szkoda fatygi. Nawet bić się porządnie nie potrafili. – Podszedł do przerażonego chłopaka i podał mu dłoń. – Chodź, mały, odprowadzimy cię do domu.
Wyrwał topór ze skrzyni i otaczając chłopaka ramieniem, wyprowadził go na zewnątrz. Mimo że go uratowali, wyglądał, jakby zaraz miał się rozpłakać.
– Je... jesteście żołnierzami? – zapytał wreszcie, całkiem wyraźnie.
– Tak też nas nazywają, ale nie wierz w te kłamstwa. – Podoficer był w świetnym nastroju. – Jesteśmy Górską Strażą.
Chłopiec zatrząsł się od stóp do głowy.
– Zzzimno mi.
Velergorf zdjął płaszcz i narzucił mu go na ramiona.
– Masz.
Uratowany popatrzył na niego z cielęcym zachwytem w oczach. Groza uliczki gdzieś się ulotniła.
– Mogę go zatrzymać? Naprawdę? I będę żołnierzem? Prawdziwym?
Kenneth przyjrzał się minie Velergorfa i uniósł brwi. Podarowanie czegoś Dziecku Losu, a potem zabranie tego byłoby okrucieństwem.
– Masz zapasowy? – zapytał.
– Tak, panie poruczniku, ten to mój stary. Mogę mu go zostawić?
– To twój płaszcz. Zdejmij tylko odznakę. I odprowadź chłopca do karczmy, niech się nim zajmą. Zaraz ruszamy.
– Tak jest.
—— • ——
Uczta wydana na cześć poselstwa zapowiadała się imponująco. Kenneth stał przy oknie i patrzył na zjeżdżających gości. Barwne proporce powiewały nad każdą grupą konnych, przekraczającą wrota zamku, a kolorowe ubiory pozwalały zapewne od razu rozpoznać, kto jedzie, z jakiego klanu pochodzi i czy jest wrogiem śmiertelnym, czy tylko takim, którego zabicie można odłożyć nieco w czasie. Straż przy bramie odbierała wszystkim broń i przeszukiwała dokładnie każdy wóz. Tylko eskorcie meekhańskiej delegacji pozwolono zachować uzbrojenie. Ale dyplomacja kierowała się własnymi prawami.
Dla przybyszy z Meekhanu przeznaczono całe skrzydło, do którego prowadziły cztery wejścia. Przynajmniej tyle udało im się znaleźć i obsadzić strażnikami. Hrabia z małżonką został ulokowany w komnatach centralnych. Można się do nich było dostać niemal z każdej strony, od dołu, z parteru, od góry z drugiego piętra i z sąsiednich pomieszczeń. Po burzliwej naradzie Kenneth i dowodzący oddziałem jazdy kapitan Bennelt-avd-Ponb wymusili na małżeństwie decyzję o przeniesieniu się do pomieszczeń w głębi skrzydła. Dwie z czterech ścian były tam ścianami narożnymi, z oknami wychodzącymi wprost na kilkusetłokciową przepaść, a pokoje sąsiednie przeznaczono dla eskorty. Było tam zimniej, a za ścianami hulał wicher, lecz żołnierze mieli teraz zdecydowanie mniej wejść do pilnowania.
I tak, z każdą minutą Kenneth czuł się gorzej.
Hrabia wezwał go, jak tylko się rozpakowali, i oświadczył, że porucznik wraz z kapitanem i wszystkimi podoficerami weźmie udział w uczcie. Bez możliwości odwołania się od tej decyzji. Sprawy się komplikowały, stary Klawyss najwyraźniej z jakiegoś powodu zaprosił do zamku naczelników większości okolicznych klanów, więc delegacja Imperium nie mogła się składać z jednego posła z małżonką. To, co miało być poufnymi rozmowami, zaczynało przypominać pokaz siły. Tylko że oni mieli tu niespełna sześćdziesięciu żołnierzy, a świadomość, że Imperium z pewnością w przyszłości pomściłoby rzeź swojego poselstwa, jakoś nie podnosiła na duchu. Naczelnicy miejscowych klanów od stuleci wyrabiali sobie opinię ludzi, którzy rzadko sięgają myślą dalej niż kilka dni w przód. Aż dziwne, że Wynde’kann było zaznaczane na mapach jako zjednoczone królestwo. A hrabia tylko pogorszył mu nastrój.
– Będą chcieli was sprowokować – powiedział, gdy spotkali się przed ucztą. – Nie spodziewajcie się niczego subtelnego, raczej jakieś potrącanie, puchar wina niby przypadkiem wylany na ubranie, jakaś głupia przechwałka czy wyzywające spojrzenie. Macie to ignorować, wy i wasi ludzie. Wielu przywódców klanowych zechce sprawdzić, jak mocno stary Klawyss siedzi na tronie. Wielu zapragnie zerwać ewentualne rozmowy, bo lepiej jest mieć wolną rękę w przygranicznych najazdach i rabunkach. Będą gotowi poświęcić jakiegoś młodego, gorącokrwistego krewniaka, byleby móc wyjść z tej sali i obwieścić, że posłowie Imperium nawet w trakcie rozmów są gotowi przelewać krew prawdziwych Wynderczyków. Najchętniej kazałbym wam pójść nieuzbrojonym, ale to byłoby oznaką strachu. W czasie uczty tylko krewni króla i najszacowniejsi goście mogą nosić broń, więc jej odłożenie oznaczałoby, że nie uważamy się za godnych tego zaszczytu. Z drugiej strony, wyciągnięcie miecza w towarzystwie tahga, bez jego pozwolenia, jest karane śmiercią. Więc jeśli zobaczę, że któregoś z was dłoń świerzbi do rękojeści...
Nie musiał kończyć, wymowne spojrzenie czasami zupełnie wystarcza.
– Więc choćby mówili paskudne rzeczy o waszych matkach, babkach, siostrach czy ulubionych koniach, macie się uśmiechać i udawać, że jesteście przygłusi. Jak wyleją na was kielich wina, podziękujecie i poprosicie o jeszcze jeden, twierdząc, że to dobre dla skóry, a jak będą na was wpadać i potrącać, mówcie, że w Imperium też mamy taką zabawę. I oczywiście ubierzcie się odpowiednio.
I w tym tkwił problem.
Przyszli tutaj jako eskorta poselstwa, a nie jako wysłannicy cesarza. Zapasowe rzeczy, które zabrał każdy z nich, miały być suche i ciepłe, a nie modne i eleganckie. Do cholery, to była zbrojna wyprawa. W końcu stanęło na wypucowanych do połysku kolczugach, świeżo natłuszczonych skórzanych pancerzach i butach oraz zapasowych spodniach. Hełmów nie zabierali, aż tak niebezpiecznie raczej się nie zapowiadało. Velergorf przystrzygł wąsy, Andan rozczesał brodę, a Bergh zaplótł włosy w kilka schludnych warkoczyków. Kenneth dokonał krótkiego przeglądu i skinął głową, zadowolony. Nie powinni przynieść Imperium wstydu.
Gdy stanęli przed poselską parą, żona hrabiego, Isawa-kan-Lawerr, przerażona załamała ręce.
– Nie możecie tak pójść.
– Obawiam się, pani hrabino, że możemy pójść tak lub nago.
– Ale... ale wyglądacie, jakbyście wybierali się na wojnę.
Hrabia chrząknął.
– Niczego innego nie mają, poza tym na uczcie większość mężczyzn będzie nosić pancerze, a niektórzy także hełmy. Taki jest miejscowy zwyczaj. Choć to dobrze, że nie zabrał pan tarczy, poruczniku.
– Jeśli krzesło ma oparcie, siadanie jest dość niewygodne, panie hrabio. Poza tym ostrym umbem mógłbym zrobić krzywdę któremuś z gości. Niechcący, oczywiście.
Hrabina wodziła wzrokiem od męża do strażnika.
– Żeby chociaż jeden się uśmiechnął – mruknęła po chwili. – Żeby choć się skrzywił. Naprawdę nie uczył się pan na dyplomatę, poruczniku?
– Niestety nie, brak wrodzonych zdolności mi w tym przeszkodził.
Pobrzękując kolczugą, wszedł Bennelt-avd-Ponb.
– I pan, kapitanie, też? Może w takim razie i dla mnie znajdzie się jakiś pancerz? Choćby mała przeszywanica, hę? Wszyscy będą się na nas gapić.