Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #1
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788361187080
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe». Краткое содержание книги:
– Tędy. – Młody oficer poprowadził hrabiego głębiej w las. Odór krwi mieszał się tam z wilgotnym, słodkawym zapachem zgniecionych roślin, a na skołtunionych, pokrytych już rudziejącymi plamami paprociach leżało sześć ciał. Ścieżki wyryte w poszyciu wskazywały, że trupy ściągnięto tu z kilku miejsc. Kan-Lawerr zapatrzył się na jednego, z głową idealnie rozrąbaną na pół. Przypomniał mu się topór podoficera.
Bojowy rumak parsknął, czując krew, i pochylił łeb do przodu, jakby szykował się do walki. Poseł poklepał go uspokajająco po szyi.
– Kto to?
Starał się zadać to pytanie tak nonszalancko, jak tylko może je zadać ktoś po dziesięcioletniej służbie w korpusie dyplomatycznym Imperium. Zabrzmiało to niemal tak, jakby na jakimś przyjęciu pytał o imiona wchodzących właśnie gości.
Porucznik przykląkł przy trupie i rozchylił mu kubrak na piersi. Czerwony tatuaż, przedstawiający podwójny topór o żeleźcach stylizowanych tak, żeby przypominały bycze rogi, ozdabiał całą pierś zabitego.
– Myślałem, że Wynderczycy już się w to nie bawią. – Oficer zadarł głowę i spojrzał na siedzącego w siodle hrabiego. – Byłem przekonany, że bojowy kult Setrena został wytępiony wraz ze śmiercią Onnala Og’Kala. Tymczasem niespodzianka. Wyszliśmy z Arberden przed świtem, spodziewając się, że będziecie nadjeżdżać tą drogą – i nagle natykamy się w lesie na nich. Gdyby nie psy, przeszlibyśmy obok, niczego nieświadomi, ale stało się. Krótka walka i teraz mam dwóch ludzi lekko rannych i sześć trupów z tatuażami wojowników Byka. I kusze, w których bełty umazano czymś czarnym i śmierdzącym. Nie wiem, co to, ale psy uciekają jak oparzone i zaczynają toczyć pianę z pysków, kiedy tylko podsuwamy im je pod nos. Zakładam więc, że mieliśmy szczęście, że ich broń nie była jeszcze napięta.
Porucznik wstał i wytarł ręce o płaszcz.
– Dlatego zapytałem, kiedy ustalono termin poselstwa.
Hrabia wziął powolny, głęboki oddech. Starał się zachować kamienną twarz, lecz chyba mu się to nie do końca udało, bo na obliczu oficera pojawiło się coś w rodzaju zrozumienia.
– Nie spodziewaliście się czegoś takiego, prawda? Nie na ziemiach Imperium.
– Nie. Nie skrytobójców z zatrutymi strzałami.
– A czego?
Tym razem szkolenie go nie zawiodło.
– Nie wydaje mi się, żebym musiał zdradzać sekrety dyplomatyczne każdemu oficerowi eskorty, który ma mnie ochraniać. Spisaliście się dobrze i liczę na to, że nadal będziecie tak skuteczni. Jesteście gotowi, by do nas dołączyć?
Twarz porucznika nie wyrażała żadnych emocji.
– Oczywiście.
Zasalutował krótko i odszedł do swoich ludzi.
—— • ——
Arberden było największym, a właściwie jedynym miastem w Gewenah. Dolina ta, zwana również Rogiem, od prawie ćwierć wieku była dla Imperium coraz większym problemem. Miała przeszło czterdzieści mil długości, lecz zaledwie kilka szerokości. Wrzynała się klinem w terytorium Wynde’kann, przecinając kilka ważnych szlaków handlowych, w tym i ten główny, prowadzący prosto do stolicy królestwa. To niefortunne położenie wynikało z dawnej polityki Imperium, prowadzonej wedle zasady „dziel i rządź”. Jeszcze trzydzieści lat temu na południe od Gewenah rozciągały się niezależne księstwa Lawerd i Konelaz. W zamyśle meekhańskich dyplomatów dolina miała stanowić strefę oddzielającą te dwa wojownicze kraiki od położonego na północy Wynde’kann. I przy okazji pozwalała kontrolować handel między nimi. Taka polityka opłacała się bardziej niż zbrojny podbój.
W czasie najazdu koczowniczych plemion ze wschodu, gdy Meekhan chwiał się w posadach, w południowych księstwach władzę zdobył kult Setrena-Wojownika, krzewiony przez młodego kapłana Onnala Og’Kala. Przesycony mrocznymi aspektami, krwawy i bezlitosny kult głosił odrodzenie chwały Setrena, klęskę Imperium, czas krwi i topora. Czyli próbował cofnąć czas o jakieś trzysta lat, do chwili, gdy meekhańskie pułki rozniosły na strzępy Święty Zastęp Byka, a samego Setrena wcielono do panteonu Imperium.
Kult stawał się silny, tym silniejszy, im więcej klęsk ponosiła meekhańska armia w starciach z se-kohlandzkimi a’keerami. Zdobywał popularność nawet w Wynde’kann i innych północnych krainach, co nie dziwiło nikogo, bo religia oddająca hołd Setrenowi Bykowi właśnie z tych rejonów pochodziła. W Lawerd i Konelaz fanatycy spod znaku Rogatego Topora rozpoczęli swe rządy od rzezi wśród miejscowej starszyzny, co zapewniło im pełnię władzy, a gdy wydawało się, że Meekhan padnie, Onnal Og’Kal poprowadził swoich wojowników na wschód, łamiąc podpisany przed kilkoma laty pakt pokojowy. Wszedł w niestrzeżony kraj, bo większość wojsk wycofano do centralnych, najbardziej zagrożonych prowincji, zajął kilka zamków, złupił kilkadziesiąt miast i miasteczek, a rzezie, których dokonywali jego naznaczeni tatuażem rogatego topora wojownicy, przez wiele lat budziły grozę. Lecz Imperium pokonało Se-kohlandczyków w wielkiej bitwie o Meekhan, a potem na zachód pomaszerowały pułki z przygranicznych zamków. Te same, których rodziny były wbijane na pale, palone na stosach i łamane kołem. Jednocześnie ruszyła machina dyplomatyczna, która przekonała młodego władcę Wynde’kann, że kult zagraża mu bardziej niż Imperium, i skusiła obietnicą ziem Lawerd, które można było zająć.
Dwie armie weszły w tym samym czasie na terytorium ogarniętych religijnym szaleństwem księstw. I żadna nie okazywała litości. Każdą wioskę, w której znajdowano najmniejszy ślad kultu Setrena Wojownika, równano z ziemią; drzewa uginały się od wisielców. Na rozstajach dróg brakowało miejsc, gdzie można było stawiać krzyże i wbijać pale. Kruki i wrony wypełniały niebo nieustannym krakaniem, a ich stada przesłaniały słońce. To była najkrwawsza akcja odwetowa, jaką Imperium przeprowadziło od wieków. Za złamanie paktów, za zdradziecki cios w plecy, za mordowanie kobiet i dzieci.
W trzy miesiące oba księstwa zniknęły z mapy, miejscowa arystokracja właściwie już nie istniała, ludność została zdziesiątkowana, więc ich ziemie wchłonęło Wynde’kann. Meekhan nie był zainteresowany spustoszoną krainą. I wtedy okazało się, że dolina Gewenah tkwi niczym cierń wbity w środek obcego kraju. Wynderscy kupcy musieli płacić cło, żeby przejechać ledwo kilka mil, lub nadrabiali wiele dni drogi. Z kolei dla Imperium utrzymanie tej właśnie doliny i zapewnienie jej bezpieczeństwa okazało się zadaniem ponad siły. Ulubioną metodą działania różnych band stały się szybkie ataki na przełaj – wejście od północy, złupienie jakiejś wioski lub karawany i natychmiastowa ucieczka na południe. Albo rajd w przeciwnym kierunku. Utrzymanie szczelnej granicy o łącznej długości ponad osiemdziesięciu mil wymagałoby kilku lub nawet kilkunastu tysięcy ludzi. Więcej niż w trzech dużych prowincjach razem wziętych.
Na dodatek, jak ogólnie wyjaśnił hrabia, ostatnio większość okolicznych zbójców połączyła się w jedną, dużą bandę, dowodzoną przez Nawera Ta’Klaw, siostrzeńca samego Aeryssa Klawyssa. Młody bandyta otwarcie sympatyzował z nigdy do końca niewytrzebionym kultem Setrena Wojownika i równie otwarcie drwił z meekhańskiej armii. Jego banda rozrosła się tak, że mogłaby stawić czoło dwóm lub trzem pełnym kompaniom Górskiej Straży. Sytuacja była więc bardziej niż delikatna: wybierali się na rozmowy z władcą, którego najbliższego męskiego krewnego mieli obowiązek pojmać lub zabić, gdyby schwytali go na terytorium Imperium. Kenneth słyszał już o tym plotki, lecz dotychczas Górska Straż nie otrzymała żadnych sprecyzowanych rozkazów w związku z tą bandą.