Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5
- Автор: Браун Эрик, Иган Грег
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo „Solaris”
- Переводчик: Jolanta Pers
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5». Краткое содержание книги:
To było zabawne, to zwierzę, które mnie lizało, jakby chciało porozmawiać, albo się przywitać, czy coś. Znów mnie polizał i pomyślałem, że przeszedł długą drogę od stworzenia, które próbowało oderwać Jaakowi rękę. Położył łapy na brzegu łóżka i potem, jednym ciężkim ruchem, wskoczył do niego i zwinął się przy mnie.
Spał tam całą noc. To było dziwne, że leżało przy mnie stworzenie, które nie było Lisą, ale był ciepły i było w tym coś przyjaznego. Zapadając ponownie w sen cały czas się uśmiechałem.
Polecieliśmy na Hawaje, na wakacje z pływaniem, i zabraliśmy psa ze sobą. Dobrze było wyrwać się z północnego zimna do łagodnego Pacyfiku. Dobrze było stanąć na plaży i patrzeć na bezkresny horyzont. Dobrze było iść wzdłuż plaży, podczas gdy czarne fale uderzały o piasek.
Lisa była dobrą pływaczką. Przecinała metaliczną taflę oceanu jak dawny węgorz, a kiedy się wynurzała, jej nagie ciało lśniło setkami opalizujących naftowych klejnotów.
Kiedy słońce zbliżyło się do zachodu Jaak podpalił ocean strzałem ze swojej 101. Siedzieliśmy i patrzyliśmy jak wielka, czerwona kula Słońca tonie we wstęgach dymu, a jego światło z każdą minutą wpada w głębszy odcień szkarłatu. Płonące fale wypełzały na plażę. Jaak wyciągnął harmonijkę i grał, podczas gdy Lisa i ja kochaliśmy się na piasku.
Mieliśmy zamiar zostawić ją na weekend w postaci samego korpusu, żeby się przekonała, co zrobiła mi podczas poprzednich wakacji. To była nowa sprawa w LA, eksperyment na wrażliwości.
Była piękna, leżąc tam na plaży, śliska i podniecona tymi wszystkimi naszymi zabawami w wodzie. Zlizywałem z jej skóry oleiste opale, odcinając jej kończyny, zostawiając ją bardziej bezradną niż dziecko. Jaak grał na harmonijce i patrzył na zachodzące słońce i obserwował, jak docieram do jądra Lisy. Po seksie leżeliśmy na piasku. Słońce schowało się pod wodą. Jego promienie lśniły czerwonawo przez dymiące fale. Niebo, ciężkie od pyłów i dymu, robiło się coraz ciemniejsze.
Lisa westchnęła z zadowoleniem.
— Powinniśmy częściej przyjeżdżać tu na wakacje.
Wyciągnąłem z piasku kawałek drutu kolczastego. Owinąłem sobie nim ramię, kolce wbiły się w skórę. Pokazałem go Lisie.
— Kiedy byłem dzieckiem, ciągłe to robiłem — uśmiechnąłem się. — Wydawało mi się, że jestem niesamowity.
Lisa uśmiechnęła się.
— Bo jesteś.
— Dzięki nauce. — Spojrzałem na psa. Leżał na piasku kawałek dalej. W nowym środowisku wydawał się przybity i niepewny, wyrwany z bezpieczeństwa kwasowych sadzawek i gór odpadów, które były jego domem. Jaak usiadł koło psa i zagrał. Zwierzę zastrzygło uszami. Dobrze grał. Żałobne dźwięki harmonijki niosły się nad plażą.
Lisa odwróciła głowę, próbując zobaczyć psa.
— Obróć mnie.
Spełniłem jej prośbę. Jej kończyny już odrastały. Małe kikuty, które rozrastają się w większe organy. Do rana będzie cała i potwornie głodna. Wpatrywała się w psa. — Jest tak blisko, a ja nigdy go nie dotknę — powiedziała.
— Hm?
— Jest wrażliwy na wszystko. Nie może pływać w oceanie. Nie może niczego jeść. Musimy wozić ze sobą jedzenie dla niego. Musimy oczyszczać mu wodę. Ślepa uliczka ewolucji. Bez nauki bylibyśmy równie wrażliwi jak on. — Spojrzała na mnie. — Tak wrażliwi, jak ja teraz. — Skrzywiła się. — Nigdy nie byłam równie blisko śmierci. Przynajmniej poza walką.
— Dzikie, co?
— Na chwilę. Bardziej mi się podobało, kiedy ja zrobiłam to tobie. Już umieram z głodu.
Nakarmiłem ją garścią oleistego piasku i popatrzyłem na psa, stojącego niepewnie na plaży, obwąchującego podejrzliwie jakiś pordzewiały kawał żelastwa, który tkwił w ziemi jak gigantyczny wspomagacz pamięci. Złapał kawałek czerwonego plastiku wygładzonego przez ocean i żuł go przez moment, zanim go upuścił. Zaczął oblizywać sobie pysk. Zastanawiałem się, czy znowu się zatruł.
— To na pewno skłoni cię do myślenia — wymamrotałem. Podałem Lisie kolejną garść piasku. — Gdyby ktoś przyszedł z przeszłości, żeby spotkać nas tu i teraz, to jak sądzisz, co by o nas pomyślał? Czy w ogóle nazwałby nas ludźmi?
Lisa spojrzała na mnie poważnie.
— Nie. Nazwałby nas bogami.
Jaak podniósł się i podszedł do linii przyboju, stając po kolana w czarnej, dymiącej wodzie. Pies, wiedziony jakimś nieznanym instynktem, poszedł za nim, ostrożnie wybierając drogę po piasku i kamieniach.
Ostatniego dnia na plaży pies zaplątał się w kłąb drutu. Szalał, próbując oswobodzić powyrywane futro, połamane nogi, na wpół uduszony niemal odgryzł sobie łapę próbując się uwolnić. Zanim go znaleźliśmy wszędzie była krew, sierść i poszarpane mięso.
Lisa popatrzyła na psa.
— Chryste, Jaak, miałeś go pilnować.
— Poszedłem popływać. Nie da się mieć go na oku bez przerwy.
— Będzie się goił całą wieczność — rozzłościła się.
— Powinniśmy wezwać myśliwiec — powiedziałem. — Będzie łatwiej zająć się tym w domu. — Lisa i ja uklęknęliśmy i zaczęliśmy ciąć drut, żeby oswobodzić psa. Zapiszczał i zaczął słabo machać ogonem, kiedy zabraliśmy się do pracy.
Jaak nic nie mówił.
Lisa klepnęła go w nogę.
— Dalej, Jaak, chodź tutaj. Wykrwawi się, jeśli się nie pospieszysz. Wiesz, jaki jest kruchy.
— Sądzę, że powinniśmy go zjeść — odezwał się Jaak.
— Serio? — Lisa spojrzała w górę, zaskoczona.
Wzruszył ramionami.
— Pewnie.
Spojrzałem znad drutów, które zdejmowałem z psiej klatki piersiowej.
— Wydawało mi się, że chciałeś mieć zwierzątko. Jak w zoo.
Jaak potrząsnął głową.
— Te granulki żywieniowe są drogie. Połowę moich zarobków wydaję na jedzenie i filtrowanie wody, a teraz jeszcze ten syf — machnął ręką w stronę psa. — Cały czas trzeba sukinsyna pilnować. Nie jest tego warty.
— Ale to twój przyjaciel. Uścisnęliście sobie ręce.
Jaak zaśmiał się.
— Ty jesteś moim przyjacielem — popatrzył na psa, a twarz pomarszczyła mu się w namyśle. — To, to jest… zwierzę.
Chociaż toczyliśmy bezowocne dyskusje, jak by to było zjeść psa, zaskoczeniem było usłyszeć, że jest zdecydowany go zabić.
— Może powinieneś się z tym przespać — zasugerowałem. — Możemy zabrać go do bunkra, wyleczyć, a potem możesz zdecydować, kiedy nie będziesz taki wkurzony.
— Nie — wyciągnął harmonijkę i zagrał kilka nut w szybkiej, jazzowej skali. Odjął instrument od ust. — Jeżeli chcecie się dokładać do jego jedzenia, to może mógłbym go zatrzymać, ale jeśli nie… — wzruszył ramionami.
— Nie wydaje mi się, że powinno się go gotować.
— Nie? — Lisa spojrzała na mnie. — To możemy go upiec, choćby tutaj, na plaży.
Spojrzałem w dół na psa, masę ciężko oddychającego, ufnego zwierzęcia.
— Nadal uważam, że nie powinniśmy tego robić.
Jaak popatrzył na mnie z powagą.
— Chcesz płacić za jego jedzenie?
Westchnąłem.
— Odkładam na nową Immersive Response.
— Tak, cóż, ja też mam rzeczy, które chcę kupić, wiesz. — Napiął mięśnie, pokazując swoje tatuaże. — Jaki z niego za pożytek, do kurwy nędzy?
— Sprawia, że się uśmiechasz.
— Immersive Response też sprawia, że się uśmiechasz. I nie musisz po niej sprzątać. Dalej, Chen. Przyznaj to. Ty też nie chcesz się nim zajmować. To wrzód na dupie.