Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Исторические детективы » KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów
KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów

Электронная книга - «KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów». Краткое содержание книги:

Podczas przygotowań do koronacji cara Mikołaja II porwany zostaje syn Wielkiego Ksiecia Georgija Aleksandrowicza. Porywacz jako okupu żąda `Orłowa`. Ten bezcenny brylant zdobiący berło jest narodową świętością. Fandorin wie, że zbrodniarz nie zwykł zostawiać swych ofiar przy życiu. Musi więc wygrać wyścig z czasem.
1 ... 29 30 31 32 33 34 35 36 37 ... 104
Перейти на страницу:

Proste. Boże, jakie to proste - to pierwsze, co mi przyszło do głowy. Rzeczywiście, wystarczyło tylko lepiej się przyjrzeć posłańcowi bandytów.

- I co on wam opowiedział? - spytałem niecierpliwie.

- Nic ciekawego - odrzekł Fandorin, tłumiąc ziewnięcie. - Najzwyklejszy Sieńka. Zarabia sprzedażą gazet na kawałek chleba, a także jeszcze na wódkę dla swojej pijącej mamki. W żaden sposób nie jest związany ze światem przestępczym. Wczoraj wynajął go jakiś „wujek”, podsunął t-trzyrublówkę. Wyjaśnił, co trzeba zrobić. P-pogroził, że brzuch rozpruje, jeśli Sieńka coś poplącze. Chłopak mówi, że „wujek” to poważny gość, taki, co naprawdę może to zrobić.

- A co on jeszcze o tym „wujku” powiedział? - spytałem z zamierającym sercem. - Jak on wyglądał? Jak był ubrany?

- Zwyczajnie - westchnął ponuro Fandorin. - Widzicie, Ziukin, nasz młody znajomy ma bardzo ubożuchny zapas słów. Na wszystkie pytania pada odpowiedź: „zwyczajnie” lub „a kto to wie”. Jedyna określona cecha n-najemcy to - „mordziasty”. Boję się, że to niewiele nam pomoże... Dobrze, pójdę trochę odpocząć. Kiedy przyjdzie list od Linda, obudźcie.

I ten nieprzyjemny osobnik poszedł sobie.

A ja ciągle starałem się być blisko telefonu, który stał w przedpokoju. Chodziłem tam i z powrotem, usiłując zachować wygląd człowieka głęboko zamyślonego, ale służba już zaczynała podejrzliwie spoglądać w moją stronę. Stanąłem tedy u okna i udawałem, że obserwuję, jak lord Banville i mister Carr, obaj w białych spodniach i kraciastych kepi, grają w krykieta.

Prawdę mówiąc, nie grali, tylko z bardzo kwaśnymi minami przechadzali się po boisku, przy czym milord mówił coś bez przerwy, najwyraźniej coraz bardziej się złoszcząc. W końcu zatrzymał się, odwrócił do towarzysza i dostał napadu wściekłości - machał rękoma, rozkrzyczał się tak, że nawet ja, przez szyby, słyszałem. Nigdy wcześniej nie widziałem, żeby angielscy lordowie zachowywali się w ten sposób. Mister Carr słuchał ze znudzoną miną, wąchając swój farbowany goździk. Freyby stał trochę na uboczu, na panów nie patrzył wcale, tylko palił fajeczkę. Pod pachą trzymał dwa drewniane młotki o długich rączkach.

Nagle lord Banville wykrzyknął coś wyjątkowo dobitnie i wymierzył mister Carrowi głośny policzek. Zamarłem, bojąc się, że Brytyjczycy zaraz, tu, na polanie, zaczną się po barbarzyńsku boksować, ale mister Carr tylko rzucił kwiatek milordowi pod nogi i odszedł.

Jego ekscelencja postał nie dłużej niż kilka sekund, a następnie rzucił się w pościg za serdecznym przyjacielem. Dogonił go, chwycił za rękę, lecz mister Carr uwolnił ją szarpnięciem. Wtedy milord padł na kolana i w takiej niewygodnej pozie posuwał się za spoliczkowanym. Freyby ziewając, ruszył ich śladem ze swoimi młoteczkami.

Nie zrozumiałem, co między nimi zaszło, i szczerze mówiąc, nie interesowały mnie angielskie namiętności. W dodatku akurat przyszła mi do głowy świetna myśl, jak uwolnić się od warty przy telefonie. Posłałem po starszego z agentów i poprosiłem, by podyżurował w przedpokoju, a w razie telefonu od porywaczy natychmiast posłał kogoś po mnie do cieplarni.

Wydaje mi się, że opisując Ermitaż, zapomniałem wspomnieć o najpiękniejszym pomieszczeniu w tym starym pałacu - oszklonym zimowym ogrodzie, z wysokimi oknami wychodzącymi na rzekę Moskwę.

Wybrałem właśnie to odosobnione i odpowiednie do szczerych rozmów miejsce, żeby zrobić to, co już czwarty dzień mnie męczyło. Należało tylko pokonać przeklętą nieśmiałość i powiedzieć w końcu biednej mademoiselle Declique, że nie ma żadnego powodu, aby cokolwiek sobie wyrzucała. No, skąd mogła wiedzieć, że za krzewami ukryta jest druga kareta? Przecież nawet sam Fandorin, najchytrzejszy z chytrych, wiedzący wszystko o doktorze Lindzie, nawet on się nie domyślił!

Poleciłem Lippsowi nakryć w oranżerii stolik na dwie osoby i posłałem do mademoiselle spytać, czy nie zechce napić się ze mną herbaty. W Petersburgu często siadywaliśmy tak we dwoje przy filiżance lub dwóch dobrego ulungu.

Kącik wybrałem śliczny, osłonięty pięknymi krzewami magnolii. Kiedy czekałem na guwernantkę, bardzo się denerwowałem, przygotowując jednoznaczne, ale równocześnie taktowne słowa.

Jednak kiedy mademoiselle przyszła - smutna, w surowej ciemnoszarej sukience, z szalem na ramionach - nie zdecydowałem się od razu poruszyć drażliwego tematu.

- Śmieszne - powiedziałem, odkaszlnąwszy. - I tu park, i tam.

Miałem na myśli, że my siedzimy w zimowym ogrodzie, a za szkłem też jest ogród, tylko naturalny.

- Tak - odpowiedziała, opuszczając głowę i mieszając łyżeczką herbatę.

- Niepotrzebnie... - wyrwało mi się, ale ona podniosła głowę, patrząc na mnie błyszczącymi oczyma, i zakończyłem nie tak, jak zamierzałem - ...tak ciepło się pani ubrała. Dzisiaj zupełnie letni dzień, nawet upalny.

Jej wzrok zgasł.

- Mnie nie jest gohąco - odrzekła cicho mademoiselle i oboje zamilkliśmy.

Właśnie z powodu ciszy, która teraz zapadła, doszło do tego wydarzenia.

W oranżerii rozległy się kroki i dał się słyszeć głos Kseni Gieorgijewny:

- Tak, tak, Eraście Piotrowiczu, tutaj jest w sam raz. Nikt nie przeszkodzi.

Chciałem odsunąć krzesło i wstać, ale mademoiselle Declique nagle ścisnęła mój nadgarstek palcami i skamieniałem zaskoczony, ponieważ przez cały okres naszej znajomości po raz pierwszy obeszła się ze mną w taki sposób. Kiedy przyszedłem do siebie, było już za późno, aby dać znak - rozmowa między jej wysokością i Fandorinem zaszła zbyt daleko.

- Co chcecie mi oznajmić? - spytał cicho i, jak mi się zdało, gniewnie.

- Tylko jedno... - wyszeptała w odpowiedzi Ksenia Gieorgijewna, ale nic więcej nie dodała; rozległ się jedynie szelest tkanin i leciutkie skrzypienie.

Zaniepokojony, rozgarnąłem dorodne liście i zamarłem: jej wysokość, stojąc na czubkach palców (to zaskrzypiały jej buciki), obejmowała Fandorina obiema rękami za szyję i przyciskała usta do jego ust. Ręka detektywa-doradcy zawisła bezradnie u boku; palce ścisnęły się, potem rozprostowały i nagle, jakby podjęły decyzję, uniosły się i delikatnie zaczęły gładzić tył głowy Kseni Gieorgijewny, przesuwając się po rozpuszczonych pasmach jasnych włosów.

1 ... 29 30 31 32 33 34 35 36 37 ... 104
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)