Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5
Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5 - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5

Электронная книга - «Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5». Краткое содержание книги:

Najnowszy almanach fantastyki Kroki w nieznane prezentuje szesnaście różnorodnych opowiadań autorów z Australii, Argentyny, Rosji, Stanów Zjednoczonych, Ukrainy i Wielkiej Brytanii. Wśród nich nowa krew, niedawne debiutantki (McCarron, Swirsky) oraz autorzy rozwijający skrzydła (Bacigalupi, Kosmatka, Ostapenko). Są też stare wygi, z niemałym dorobkiem, których tekstów nie było nam dane posmakować dotychczas (Brown, Kaługin) lub spotykaliśmy się z ich twórczością okazjonalnie (Kessel, szczególnie Waldrop). Oczywiście są także wielkie nazwiska (Egan, Kress, Silverberg, czy Willis), a oprócz tego pisarze wyjątkowi, za sprawą wyobraźni (Ballantyne), poetyckiego stylu (McDonald), czy prozy o niesamowitym klimacie (Nielsen)…
1 ... 28 29 30 31 32 33 34 35 36 ... 146
Перейти на страницу:

Jaak uważał, że chodzi o kojota, ponieważ uważano, że bardzo łatwo się adaptują, a czymkolwiek był nasz pies, musiał posiadać taką zdolność, skoro radził sobie na hałdach. Nie miał urządzeń wspomagających, jak my, i wciąż przebywał w środowisku pełnym kwasów. Nawet Lisa była pod wrażeniem.

* * *

Prowadziłem bombardowanie dywanowe Antarktycznych Recesjonistów, opadając nisko, zaganiając frajerów dalej i dalej na lodowej tafli. Gdyby mi się poszczęściło, zagoniłbym całą wioskę na brzeg lodowca i utopił wszystkich, zanim połapaliby się, co się dzieje. Zanurkowałem raz jeszcze, karnie, a potem odleciałem.

To było zabawne, ale w gruncie rzeczy służyło tylko zabijaniu czasu pomiędzy prawdziwymi walkami. Nowy IR miał być tak dobry, jak real, pełne zanurzenie i sprzężenie zwrotne, i przenośny system operacyjny. Ludzie tak się w nim gubili, że musieli być karmieni dożylnie, albo umierali będąc w środku.

Właśnie miałem zatopić prom pełen uchodźców, kiedy Jaak krzyknął.

— Chodźcie tutaj! Musicie to zobaczyć!

Zerwałem gogle i wybiegłem z pokoju monitoringu. Podskoczyła mi adrenalina. Kiedy tam dotarłem, Jaak stał z psem na środku pomieszczenia i uśmiechał się wariacko.

Lisa wpadła sekundę później.

— Co? Co takiego? — Oczami przebiegła po mapach terenu, gotowa na jatkę.

Jaak uśmiechnął się.

— Patrzcie na to. — Odwrócił się do psa i wyciągnął rękę. — Łapa.

Pies przysiadł na zadzie i uroczyście podał mu łapę. Jaak uśmiechnął się i potrząsnął łapą, a potem podał psu granulkę. Następnie odwrócił się do nas i ukłonił.

Lisa uniosła brwi.

— Zrób to jeszcze raz.

Jaak wzruszył ramionami i powtórzył przedstawienie.

— On myśli? — zapytała.

Jaak wzruszył ramionami.

— Nie mam pojęcia. Można go nauczyć robić różne rzeczy. W bibliotekach jest pełno tekstów na ten temat. Można je szkolić. Nie tak, jak centaury, ale można je nauczyć drobnych sztuczek, a niektóre rasy specjalnych rzeczy.

— Na przykład jakich?

— Niektóre były uczone atakować. Albo szukać materiałów wybuchowych.

Wyglądało na to, że Lisa jest pod wrażeniem.

— Jak atomówki i takie tam?

Jaak wzruszył ramionami.

— Chyba tak.

— Mogę spróbować? — spytałem.

— Pewnie. — Jaak skinął głową.

Podszedłem do psa i wyciągnąłem rękę.

— Łapa.

Wyciągnął łapę. Włosy mi się zjeżyły. To było jak rozmowa z kosmitami. To znaczy, spodziewasz się, że biotech czy robot robią to, czego chcesz. Centaury. Zabezpieczenia. HEVy też takie były. Mogły zrobić wszystko. Ale były tak zaprojektowane.

— Nakarm go — powiedział Jaak, podając mi granulkę. — Musisz go nakarmić, kiedy robi to we właściwy sposób.

Wyciągnąłem przed siebie granulkę. Długi, różowy jęzor przesunął się po mojej dłoni.

Jeszcze raz wyciągnąłem rękę.

— Łapa — powiedziałem. Podał mi swoją. Uścisnęliśmy sobie dłonie. Nie spuszczał ze mnie poważnego spojrzenia bursztynowych oczu.

— Ależ to dziwaczne — powiedziała Lisa. Zadrżałem przytakując i odsuwając się. Pies mnie obserwował.

Tej nocy leżałem w łóżku czytając. Zgasiłem światła i tylko okładka książki świeciła, zalewając sypialnię miękką, zieloną poświatą. Jakieś dzieła sztuki, kupione przez Lisę, polśniewały słabo na ścianach: brązowy feniks zrywający się do lotu, otoczony stylizowanymi płomieniami; japoński drzeworyt przedstawiający górę Fidżi i drugi, z wioską pokrytą grubą warstwą śniegu; zdjęcie naszej trójki na Syberii po kampanii peninsulskiej, uśmiechniętych i żywych pośród popiołów.

Do pokoju weszła Lisa. Jej ostrza migotały w stłumionym świetle mojej książki, zielone błyski okalające jej kończyny, kiedy się poruszała.

— Co czytasz? — rozebrała się i wślizgnęła do łóżka obok mnie.

Uniosłem książkę i przeczytałem na głos.

Rań mnie, nie zamierzam krwawić. Duś mnie, oddech zbędny mi. Zetnij, zastrzel, zadźgaj, zmiażdż mnie. Wchłonąłem naukę. Jestem Bogiem. Samotnym.

Zamknąłem książkę i jej blask zniknął. W ciemnościach Lisa wierciła się pod przykryciami.

Oczy przystosowały mi się do ciemności. Patrzyła na mnie.

— Trup, zgadza się?

— To przez psa — odparłem.

— Mroczna lektura — dotknęła mojego ramienia, miała ciepłą dłoń, ostrza lekko kłuły moją skórę.

— Kiedyś byliśmy tacy, jak ten pies — powiedziałem.

— Żałosne.

— Przerażające.

Milczeliśmy przez chwilę. Wreszcie spytałem:

— Zastanawiałaś się kiedyś, co by z nami było, gdybyśmy nie mieli nauki? Gdybyśmy nie mieli dużych mózgów i inżynierii genetycznej i stymulatorów komórek i…

— I wszystkiego, co sprawia, że życie jest dobre? — roześmiała się. — Nie — pogłaskała mnie po brzuchu. — Lubię te wszystkie małe robaki, które żyją w twoim brzuchu. — Zaczęła mnie łaskotać.

Wiją się robaczki w brzuszku Jedzą okruch po okruszku. Wyjadają to, co złe. Żebyś dobrze poczuł się.

Odepchnąłem ją ze śmiechem.

— To nie jest Yearly.

— Trzecia klasa. Podstawy biologiki. Pani Alvarez. Była naprawdę dobra w symbiontach.

Znów spróbowała mnie połaskotać, ale odepchnąłem jej ręce.

— Cóż, Yearly jedynie pisał o nieśmiertelności. Nie pojąłby jej.

Lisa dała sobie spokój z łaskotaniem i znów opadła obok mnie.

— Bla, bla, bla. Nie zgodziłby się na żadne modyfikacje genetyczne. Żadnych inhibitorów komórkowych. Umierał na raka i nie chciał brać leków, które by go uratowały. Nasz ostatni śmiertelny poeta. Zaraz się zapłaczę. I co z tego?

— Myślałaś kiedyś, dlaczego tego nie zrobił?

— Tak. Chciał być sławny. Samobójstwo przyciąga uwagę.

— Ja mówię poważnie. Uważał, że bycie człowiekiem oznacza posiadanie zwierząt. Całej sieci życia. Czytałem o nim. To dziwne rzeczy. Nie chciał bez nich żyć.

— Pani Alvarez go nienawidziła. O nim też miała wierszyki. A poza tym, co niby mieliśmy zrobić? Stworzyć symbionty i modyfikacje DNA dla każdego głupiego gatunku? Masz pojęcie, ile by to kosztowało? — przysunęła się do mnie. — Jeśli chcesz mieć wokół siebie zwierzęta, idź do zoo. Albo sam sobie coś zmontuj, skoro cię to uszczęśliwi. Coś z rękami, na litość boską, ale nie psa — zapatrzyła się w sufit. — Ja bym tego psa ugotowała i już.

Potrząsnąłem głową.

— Nie wiem. Ten pies różni się od biotecha. Patrzy na nas i coś w nim jest, i to nie jesteśmy my. Chcę powiedzieć, wiesz, weź byle jakiego biotecha i to zasadniczo jesteśmy my, wtłoczeni w inny kształt, ale nie ten pies… — zamilkłem, myśląc.

Lisa roześmiała się.

— Uścisnęliście sobie ręce, Chen. Nie przejmujesz się salutującymi centaurami — wspięła się na mnie. — Zapomnij o tym psie. Skup się na czymś innym. — Jej uśmiech i ostrza lśniły w półmroku.

* * *

Obudziłem się czując, że coś liże moją twarz. Na początku pomyślałem, że to Lisa, ale poszła do własnego łóżka. Otworzyłem oczy i ujrzałem psa.

1 ... 28 29 30 31 32 33 34 35 36 ... 146
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)