Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5
- Автор: Браун Эрик, Иган Грег
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo „Solaris”
- Переводчик: Jolanta Pers
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Kroki w nieznane. Almanach fantastyki. Tom 5». Краткое содержание книги:
Jaak uważał, że chodzi o kojota, ponieważ uważano, że bardzo łatwo się adaptują, a czymkolwiek był nasz pies, musiał posiadać taką zdolność, skoro radził sobie na hałdach. Nie miał urządzeń wspomagających, jak my, i wciąż przebywał w środowisku pełnym kwasów. Nawet Lisa była pod wrażeniem.
Prowadziłem bombardowanie dywanowe Antarktycznych Recesjonistów, opadając nisko, zaganiając frajerów dalej i dalej na lodowej tafli. Gdyby mi się poszczęściło, zagoniłbym całą wioskę na brzeg lodowca i utopił wszystkich, zanim połapaliby się, co się dzieje. Zanurkowałem raz jeszcze, karnie, a potem odleciałem.
To było zabawne, ale w gruncie rzeczy służyło tylko zabijaniu czasu pomiędzy prawdziwymi walkami. Nowy IR miał być tak dobry, jak real, pełne zanurzenie i sprzężenie zwrotne, i przenośny system operacyjny. Ludzie tak się w nim gubili, że musieli być karmieni dożylnie, albo umierali będąc w środku.
Właśnie miałem zatopić prom pełen uchodźców, kiedy Jaak krzyknął.
— Chodźcie tutaj! Musicie to zobaczyć!
Zerwałem gogle i wybiegłem z pokoju monitoringu. Podskoczyła mi adrenalina. Kiedy tam dotarłem, Jaak stał z psem na środku pomieszczenia i uśmiechał się wariacko.
Lisa wpadła sekundę później.
— Co? Co takiego? — Oczami przebiegła po mapach terenu, gotowa na jatkę.
Jaak uśmiechnął się.
— Patrzcie na to. — Odwrócił się do psa i wyciągnął rękę. — Łapa.
Pies przysiadł na zadzie i uroczyście podał mu łapę. Jaak uśmiechnął się i potrząsnął łapą, a potem podał psu granulkę. Następnie odwrócił się do nas i ukłonił.
Lisa uniosła brwi.
— Zrób to jeszcze raz.
Jaak wzruszył ramionami i powtórzył przedstawienie.
— On myśli? — zapytała.
Jaak wzruszył ramionami.
— Nie mam pojęcia. Można go nauczyć robić różne rzeczy. W bibliotekach jest pełno tekstów na ten temat. Można je szkolić. Nie tak, jak centaury, ale można je nauczyć drobnych sztuczek, a niektóre rasy specjalnych rzeczy.
— Na przykład jakich?
— Niektóre były uczone atakować. Albo szukać materiałów wybuchowych.
Wyglądało na to, że Lisa jest pod wrażeniem.
— Jak atomówki i takie tam?
Jaak wzruszył ramionami.
— Chyba tak.
— Mogę spróbować? — spytałem.
— Pewnie. — Jaak skinął głową.
Podszedłem do psa i wyciągnąłem rękę.
— Łapa.
Wyciągnął łapę. Włosy mi się zjeżyły. To było jak rozmowa z kosmitami. To znaczy, spodziewasz się, że biotech czy robot robią to, czego chcesz. Centaury. Zabezpieczenia. HEVy też takie były. Mogły zrobić wszystko. Ale były tak zaprojektowane.
— Nakarm go — powiedział Jaak, podając mi granulkę. — Musisz go nakarmić, kiedy robi to we właściwy sposób.
Wyciągnąłem przed siebie granulkę. Długi, różowy jęzor przesunął się po mojej dłoni.
Jeszcze raz wyciągnąłem rękę.
— Łapa — powiedziałem. Podał mi swoją. Uścisnęliśmy sobie dłonie. Nie spuszczał ze mnie poważnego spojrzenia bursztynowych oczu.
— Ależ to dziwaczne — powiedziała Lisa. Zadrżałem przytakując i odsuwając się. Pies mnie obserwował.
Tej nocy leżałem w łóżku czytając. Zgasiłem światła i tylko okładka książki świeciła, zalewając sypialnię miękką, zieloną poświatą. Jakieś dzieła sztuki, kupione przez Lisę, polśniewały słabo na ścianach: brązowy feniks zrywający się do lotu, otoczony stylizowanymi płomieniami; japoński drzeworyt przedstawiający górę Fidżi i drugi, z wioską pokrytą grubą warstwą śniegu; zdjęcie naszej trójki na Syberii po kampanii peninsulskiej, uśmiechniętych i żywych pośród popiołów.
Do pokoju weszła Lisa. Jej ostrza migotały w stłumionym świetle mojej książki, zielone błyski okalające jej kończyny, kiedy się poruszała.
— Co czytasz? — rozebrała się i wślizgnęła do łóżka obok mnie.
Uniosłem książkę i przeczytałem na głos.
Rań mnie, nie zamierzam krwawić. Duś mnie, oddech zbędny mi. Zetnij, zastrzel, zadźgaj, zmiażdż mnie. Wchłonąłem naukę. Jestem Bogiem. Samotnym.
Zamknąłem książkę i jej blask zniknął. W ciemnościach Lisa wierciła się pod przykryciami.
Oczy przystosowały mi się do ciemności. Patrzyła na mnie.
— Trup, zgadza się?
— To przez psa — odparłem.
— Mroczna lektura — dotknęła mojego ramienia, miała ciepłą dłoń, ostrza lekko kłuły moją skórę.
— Kiedyś byliśmy tacy, jak ten pies — powiedziałem.
— Żałosne.
— Przerażające.
Milczeliśmy przez chwilę. Wreszcie spytałem:
— Zastanawiałaś się kiedyś, co by z nami było, gdybyśmy nie mieli nauki? Gdybyśmy nie mieli dużych mózgów i inżynierii genetycznej i stymulatorów komórek i…
— I wszystkiego, co sprawia, że życie jest dobre? — roześmiała się. — Nie — pogłaskała mnie po brzuchu. — Lubię te wszystkie małe robaki, które żyją w twoim brzuchu. — Zaczęła mnie łaskotać.
Odepchnąłem ją ze śmiechem.
— To nie jest Yearly.
— Trzecia klasa. Podstawy biologiki. Pani Alvarez. Była naprawdę dobra w symbiontach.
Znów spróbowała mnie połaskotać, ale odepchnąłem jej ręce.
— Cóż, Yearly jedynie pisał o nieśmiertelności. Nie pojąłby jej.
Lisa dała sobie spokój z łaskotaniem i znów opadła obok mnie.
— Bla, bla, bla. Nie zgodziłby się na żadne modyfikacje genetyczne. Żadnych inhibitorów komórkowych. Umierał na raka i nie chciał brać leków, które by go uratowały. Nasz ostatni śmiertelny poeta. Zaraz się zapłaczę. I co z tego?
— Myślałaś kiedyś, dlaczego tego nie zrobił?
— Tak. Chciał być sławny. Samobójstwo przyciąga uwagę.
— Ja mówię poważnie. Uważał, że bycie człowiekiem oznacza posiadanie zwierząt. Całej sieci życia. Czytałem o nim. To dziwne rzeczy. Nie chciał bez nich żyć.
— Pani Alvarez go nienawidziła. O nim też miała wierszyki. A poza tym, co niby mieliśmy zrobić? Stworzyć symbionty i modyfikacje DNA dla każdego głupiego gatunku? Masz pojęcie, ile by to kosztowało? — przysunęła się do mnie. — Jeśli chcesz mieć wokół siebie zwierzęta, idź do zoo. Albo sam sobie coś zmontuj, skoro cię to uszczęśliwi. Coś z rękami, na litość boską, ale nie psa — zapatrzyła się w sufit. — Ja bym tego psa ugotowała i już.
Potrząsnąłem głową.
— Nie wiem. Ten pies różni się od biotecha. Patrzy na nas i coś w nim jest, i to nie jesteśmy my. Chcę powiedzieć, wiesz, weź byle jakiego biotecha i to zasadniczo jesteśmy my, wtłoczeni w inny kształt, ale nie ten pies… — zamilkłem, myśląc.
Lisa roześmiała się.
— Uścisnęliście sobie ręce, Chen. Nie przejmujesz się salutującymi centaurami — wspięła się na mnie. — Zapomnij o tym psie. Skup się na czymś innym. — Jej uśmiech i ostrza lśniły w półmroku.
Obudziłem się czując, że coś liże moją twarz. Na początku pomyślałem, że to Lisa, ale poszła do własnego łóżka. Otworzyłem oczy i ujrzałem psa.