Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Исторические детективы » KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów
KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów

Электронная книга - «KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów». Краткое содержание книги:

Podczas przygotowań do koronacji cara Mikołaja II porwany zostaje syn Wielkiego Ksiecia Georgija Aleksandrowicza. Porywacz jako okupu żąda `Orłowa`. Ten bezcenny brylant zdobiący berło jest narodową świętością. Fandorin wie, że zbrodniarz nie zwykł zostawiać swych ofiar przy życiu. Musi więc wygrać wyścig z czasem.
1 ... 28 29 30 31 32 33 34 35 36 ... 104
Перейти на страницу:

Najjaśniejszy pan jechał samotnie, wyglądając bardzo reprezentacyjnie w siemionowskim mundurze. Pełna gracji śnieżnobiała kobyła Norma strzygła wąskimi uszami i zezowała na boki wilgotnymi czarnymi oczyma, ale nie gubiła ceremonialnego stępa. Twarz cara była nieruchoma, skuta kamiennym uśmiechem. Prawa ręka w białej rękawiczce zastygła u skroni w wojskowym salucie, lewa z lekka poruszała złoconą uzdą.

Przeczekałem, aż przejadą wielcy książęta i otwarte lando z ich wysokościami: cesarzową i cesarzową wdową, po czym, okazując ochronie przepustkę, pospiesznie przebiegłem otwartą przestrzeń.

Znalazłem się w pieszej kolumnie senatorów, przedarłem w sam jej środek, jak najdalej od oczu publiczności, i mrucząc przeprosiny, zygzakami przemykałem do przodu. Ważni panowie, niektórzy znani mi z widzenia, podejrzliwie patrzyli na aroganta w zielonej liberii domu Gieorgijewiczów, ale nie miałem czasu na grzeczność. List doktora Linda palił mą pierś.

Na półeczce karety cesarzowej matki, kątem oka dostrzegłem pułkownika Karnowicza przebranego za kamerlokaja - w kamizeli, pudrowanej peruce, a przy tym w swoich niebieskich okularach - jednak teraz naczelnik carskiej ochrony nie mógł mi pomóc.

Powinienem natychmiast porozmawiać z Gieorgijem Aleksandrowiczem, chociaż on sam także nie rozwiązałby problemu. Tu potrzebny był sam najjaśniejszy pan. A nawet - najjaśniejsza pani.

* * *

Po wczorajszej konfuzji pułkownik Karnowicz otrzymał od Gieorgija Aleksandrowicza ostrą naganę za kiepskie przygotowanie agentów. Dostało się i mnie, i to od ich obu, za to, że niczego dokładnie nie obejrzałem i nawet „gazeciarza” nie zatrzymałem.

Fandorina przy tej męczącej scenie nie było. Jak mi trochę później zameldował Somow, już w chwili mojego odjazdu na spotkanie z ludźmi doktora Linda były radca stanu i jego Japończyk gdzieś się zapodziali i do tej pory nie wrócili.

Ich nieobecność nie dawała mi spokoju. Kilkakrotnie wieczorem i nawet później, po północy, wychodziłem na zewnątrz i patrzyłem w ich okna. Były ciemne.

Rano obudziło mnie ostre, nerwowe stukanie. Sądząc, że to Somow, otworzyłem drzwi ubrany w szlafrok i szlafmycę. Tymczasem - z jakimż zażenowaniem - zobaczyłem przed sobą jej wysokość!

Ksenia Gieorgijewna była blada i sądząc po cieniach pod oczami, wcale nie kładła się spać.

- Jego nie ma - powiedziała szybko. - Afanasij, on tu nie nocował!

- Kto, wasza wysokość? - spytałem ze strachem, zrywając szlafmycę i z lekka przykucając, żeby poły szlafroka dosięgły podłogi i zasłoniły moje gołe kostki.

- Jak to kto?! Erast Piotrowicz! Czy ty nie wiesz, gdzie on jest?

- Nie mam pojęcia - odpowiedziałem i na duszy zrobiło mi się już całkiem paskudnie, ponieważ wyraz twarzy jej wysokości zupełnie mi się nie spodobał.

Fandorin i jego sługa znaleźli się po śniadaniu, kiedy wielcy książęta już odjechali do pałacu Piotrowskiego na przygotowania do ceremonii uroczystego wjazdu. Dom był pełen agentów policji, ponieważ oczekiwano na kolejną wiadomość od porywaczy. Starałem się być blisko telefonu i ciągle posyłałem Somowa na podjazd, by popatrzył, czy nie podrzucono nowej notatki. Wszystko to okazało się całkowicie zbędne, ponieważ w krzewach wzdłuż alei podjazdowej dyżurowali filerzy pułkownika Łasowskiego. Tym razem nikomu nie udałoby się przejść przez ogrodzenie i zbliżyć niezauważenie do Ermitażu.

- Widzieliście dziecko? - spytał mnie Fandorin, zamiast się przywitać. - Żywe?

Sucho opowiedziałem mu wczorajsze wydarzenia, oczekując kolejnej porcji wyrzutów za niepojmanie „gazeciarza”. Chcąc uprzedzić reprymendę, rzekłem:

- Wiem, że jestem winny. Należało nie biegać za karetą, tylko trzymać za kołnierz tego małego łajdaka.

- N-najważniejsze, że dobrze p-przypatrzył się pan małemu i ż-że on jest żywy i cały - zauważył Fandorin.

Wyrzuty bym zniósł, ponieważ byłyby całkiem zasłużone, ale taka tolerancja wydała mi się oburzająca.

- Przecież jedyny trop przepadł! - powiedziałem od serca, dając do zrozumienia, że nie potrzebuję jego fałszywej wielkoduszności.

- Jaki tam trop! - lekceważąco machnął ręką. - Zwyczajny postrzelony u-urwis w wieku jedenastu i pół roku. Nic wasz Sieńka Kowalczuk nie wie, a i nie mógł wiedzieć. Za kogo wy b-bierzecie doktora Linda?

Szczęka jakby mi zesztywniała, zanim więc zacząłem mówić, głupio kłapnąłem ustami.

- Się... Sieńka? Kowalczuk? - powtórzyłem, ni z tego, ni z owego także zaczynając się jąkać. - Wy co? Znaleźliście go? Jak?!

- A bardzo prosto. Dobrze mu się przyjrzałem, kiedy wskoczył do waszej dwukółki.

- Przyjrzeliście się? - spytałem ponownie i zaraz sam na siebie się rozzłościłem za papugowanie. - Jak mogliście cokolwiek zobaczyć, jeśli was tam nie było?

- To jest... jak to nie było? - rzekł z godnością Fandorin, zsunął brwi i nagle zaryczał basem, który wydał mi się zadziwiająco znajomy: - „Żywiej, żywiej, sługo boży!” Nie poznaliście? Cały czas byłem obok was.

Pop, ten sam pop z karety z ceratowym dachem! Wziąłem się w garść, a twarzy narzuciłem wyraz godnej obojętności.

- I co z tego, że byliście obok? Przecież za nami nie pojechaliście.

- A po co? - Spojrzenie jego błękitnych oczu było tak beztroskie, że zacząłem podejrzewać złośliwość. - Widziałem d-dostatecznie dużo. U chłopaka w torbie była gazeta „Moskowskij Bogomolec” - to raz. W jego palce solidnie wżarła się drukarska farba, więc wiedziałem, że to prawdziwy gazeciarz, przez którego ręce każdego dnia przechodzi setki egzemplarzy druków - to dwa...

- A bo to mało chłopaczków handluje „Bogomolcem”! - nie wytrzymałem. - Słyszałem, że ta bulwarówka tylko w Moskwie rozchodzi się co dzień w prawie stutysięcznym nakładzie!

- A tego, że chłopak miał u lewej ręki sześć palców, nie zauważyliście? To trzy - zakończył niewzruszenie Fandorin. - Wczoraj wieczorem obeszliśmy z Masą wszystkie dziesięć punktów, gdzie gazeciarze „Moskowskiego Bogomolca” otrzymują swój towar, i bez trudu ustaliliśmy tożsamość interesującego nas osobnika. Co prawda, trzeba było go trochę poszukać, a kiedy znaleźliśmy, to jeszcze i pobiegać, ale przede mną i Masą uciec jest dosyć trudno, szczególnie tak młodej istocie.

1 ... 28 29 30 31 32 33 34 35 36 ... 104
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)