Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #1
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788361187080
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe». Краткое содержание книги:
A szczęk stali uderzającej o stal nie cichł i od strony wejścia zamiast radosnych okrzyków zwycięzców dochodziły jęki, nieartykułowane wrzaski, świdrujące uszy rżenie koni.
Varhenn obejrzał się na szlak. Koniec kolumny dotarł już do połowy pierwszego podejścia. Za idącymi podążało kilku żołnierzy, których zadaniem było utrzymanie odpowiedniego tempa.
A szczęk stali uderzającej o stal zdawał się przybierać na sile, był coraz szybszy i szybszy, aż zlał się w przeciągły dźwięk, zagłuszając wszystko, wrzaski ludzi, wizg zwierząt, łoskot kopyt.
I nagle przebił go jeden wielki krzyk strachu, podszytego wściekłością i gniewem. A potem odgłos żelaza ucichł, zastąpiony przez setki uderzających o ziemię kopyt.
Lecz z chmury kurzu nie wyłoniły się szeregi jazdy.
Chwilę trwało, zanim ktoś się odezwał.
– Odparli ich – w głosie czarodzieja słychać było coś więcej niż tylko zdumienie. – Łaskawa Pani, Opiekunko Dzielnych, Błyskawice uciekają. Kim są ci żołnierze?
– Cholernymi durniami – wychrypiał Czarny Kapitan i splunął na ziemię. – Niczym więcej.
Żołnierze poruszyli się, jakby zdjęto z nich czar. Kilku spojrzało na swojego dowódcę, wykrzywiając twarze. Zapanowała cisza.
– Niech pan się zamknie, kapitanie. – Varhenn przerwał ją, dziwiąc się własnemu spokojowi, dziwiąc odwadze i temu, że ręce, zaciśnięte na trzonku topora, już mu nie drżały. – Oni zostali tam, a my jesteśmy tutaj, oni są martwi, a my żyjemy, i nic więcej nie da się powiedzieć. Więc gdy ostatni z nich padnie, podpalmy ten stos i chodźmy na górę.
—— • ——
– W to nie uwierzę.
– W co, panie poruczniku?
Kenneth uśmiechnął się nieznacznie, rozglądnął na boki. Zbliżali się do Belenden, za kilka chwil mieli minąć zejście z Łysicy i kilka olbrzymich stosów, usypanych u jej podnóża. Hawen Rycw od kilku minut podrzucał w ręku znaleziony w strumieniu kamień. Szpieg wyglądał za to, jakby pogodził się z losem, szedł szybko, z głową pochyloną tak, że włosy zasłaniały mu twarz. Milczał.
– No, dobra, uwierzę, że bronili się przez większość dnia, uwierzę, że ośmiuset ludzi zatrzymało trzydziesto-, nie, nawet czterdziestotysięczną armię. Uwierzę, że wpędziliście na górę sześćdziesiąt tysięcy uchodźców i uwierzę nawet w to, że odparli dwie szarże Błyskawic, stojąc tylko za murem z tarcz, rozumiesz?
Velergorf zmierzył go wzrokiem.
– Bo to wszystko prawda.
– Oczywiście. Ale w to, że kazałeś się zamknąć Czarnemu Kapitanowi i przeżyłeś, nie uwierzę w żadnym wypadku.
Najbliżsi strażnicy pokiwali zgodnie głowami.
– Ha, wtedy byłem młody – dziesiętnik uśmiechnął się złośliwie – i nie nauczyłem się jeszcze okłamywać oficerów.
– He, he, dobre. Co było dalej?
– Dalej nie było już nic, panie poruczniku. – Uśmiech znikł. – Wystrzelali ich. Kilkuset konnych łuczników wreszcie otoczyło piechotę i zaczęło szyć z łuków. Strzelali tak długo, aż ostatni z żołnierzy padł. A potem ruszyli w stronę wejścia na szlak. Ale koniec kolumny uchodźców mijał już drugi zakręt, a my kończyliśmy ustawiać zaporę na pierwszym. Gdy koczownicy zbliżyli się do początku drogi, podpaliliśmy zgromadzone tam wozy. Czarownik dobrze się spisał, przywołał wiatr, który w kilka chwil rozdmuchał ogień tak, że płomień sięgał trzydzieści stóp w górę. Konni nawet nie próbowali atakować. I to był koniec bitwy o dolinę Wares. Jak już mówiłem, Se-kohlandczycy nawet nie próbowali wjechać na górę, chociaż modliliśmy się, żeby bogowie odebrali im rozum. Nie zdobyli tam niczego, ani jednego niewolnika, ani jednego zwierzęcia, nic z dóbr, które obiecywali sobie zagrabić. Podobno u wejścia do doliny zostawili trzy tysiące zabitych, a mieli dwa razy tyle rannych. Do czasu bitwy o Wielką Bramę nie ponieśli na Północy większej klęski.
– A przy Wielkiej Bramie też byłeś?
– Tak, panie poruczniku. Ale to inna historia. Velergorf odwrócił się do młodego strażnika, który właśnie układał swój otoczak na najbliższym mijanym stosie kamieni.
– Hawen, pospiesz się z tym, nie będziemy tu czekać całą noc. Pytał pan, czemu Wilk uważa się za Meekhańczyka? My wszyscy też, mniej lub bardziej, za nich się uważamy. Nie za tych miękkich, rozmemłanych południowców – uśmiechnął się z łagodną kpiną – ale za obywateli Imperium. Gdy odbudowano Siedemnasty Pułk Piechoty, zaciągnęli się do niego prawie sami Wessyrczycy. Wiemy, jak należy spłacać swoje długi. Pytał pan też, skąd ta tradycja. To podobno był pomysł porucznika Kawacra, tego samego, który dostał rozkaz liczenia uchodźców. Nie miał czasu liczyć ich na górze, szlak wypluwał wciąż nowych na szczyt, więc rozkazał, żeby każdy zabrał ze sobą kamień i zostawił go po drugiej stronie szczytu, u zejścia z góry. Potem zamierzano policzyć te kamienie. To stary, sprawdzony sposób. I podobno jeden z chłopów z Maawah albo Kaless miał żonę w ciąży, i położył na stosie trzy kamienie, za siebie, żonę i nienarodzone dziecko, przysięgając głośno, że za każde następne też dołoży jeden, dla pamięci żołnierzy z Siedemnastego. I ludziom się spodobało. Wielu z tych, którzy przeszli wtedy przez Łysicę, nie wróciło już na południe. Nie mieli dokąd. Zostali tu, założyli rodziny, dochowali się dzieci, a teraz i wnuków. I wciąż przychodzą tu dołożyć kamień w imię tych, którzy narodzili się, bo ośmiuset żołnierzy, zamiast wejść na górę, zostało, by bronić doliny. Zresztą słyszałem, że ci, co wrócili za Mały Grzbiet, także przychodzą tutaj z kamieniem, na którym wypisują imię nowo narodzonego dziecka. A jak sami nie mogą, to płacą jakiś grosz jadącym kupcom, żeby taki kamień tu zostawili. Ot, cała nasza tradycja, zamiast pomników – kupa kamieni.
Kenneth pokiwał głową.
– I pamięć, Varhenn. I pamięć.
– Tak, panie poruczniku. I pamięć.
Przed nimi, z cieni wieczoru, wyłoniły się mury miasta.
—— • ——
Szpiega odprowadzono do lochów natychmiast po tym, jak tylko dowódca Szóstej Kompanii złożył raport. Zamknięto go w pojedynczej celi, z wąską pryczą, jednym trójnogim taboretem i kubłem na nieczystości. Więźniowie przed przesłuchaniami mogli liczyć na takie luksusy. Mężczyzna, gdy wszedł do celi, usiadł na taborecie, pochylił głowę, znieruchomiał. Czekał.
Zgrzytnęła zasuwa drzwi. Przybyły był wysokim i szczupłym, niemal wychudzonym mężczyzną. Skórę miał białą jak dobrze wygotowane płótno.
– No i proszę – zaczął od progu. – Ogar w klatce. Złapany tam, gdzie nie powinno go być, przez głupotę i nieuwagę.
– I nerwowego muła, dodaj. – Więzień podniósł głowę i posłał przybyłemu kpiący uśmiech. – Choć muszę przyznać, Gelrgorfe, że ci żołnierze cholernie mnie zaskoczyli. Dziewięciu na dziesięciu pomogłoby mi pozbierać mapy i posłało w drogę z błogosławieństwem.
– A ty trafiłeś na takiego oficera, który szybko myśli...?
– Ale dzięki temu dowiedziałem się, jakie nastroje panują wśród Wessyrczyków, co, he, he, trochę poprawiło mi humor.
– Co robiłeś na terenie Imperium?
Mężczyzna wzruszył ramionami.
– Szpiegowałem, a co innego.
– Wy, Ogary, macie węszyć poza domem. Domu pilnujemy my.
– Oczywiście. I to jest nasz odwieczny problem, Szczurze. Wy pilnujecie domu, my jego okolic, a nikt nie strzeże samych granic... Udało mi się wejść do służby Jego Świątobliwości Xagenna Lawennera i uzyskać informację o kilku jego agentach na terenie Imperium. Miałem z nimi nawiązać kontakt i – zawiesił głos – myślę, że jeszcze nic straconego.