Portier Nosi Garnitur Od Gabbany
- Автор: Weisberger Lauren
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Portier Nosi Garnitur Od Gabbany». Краткое содержание книги:
– Rany-jęknęła Penelope, zdobywając się na imponujący wysiłek, żeby w jej głosie zabrzmiał podziw. – Jest tu dzisiaj masa ludzi. Bette, co powiesz na drinka?
– Nie skończyłam – syknęła Elisa, mocniej pociągając mnie za ramię i nie przerywając obserwacji pomieszczenia. – Flirtujący z kelnerką przy bocznych drzwiach, Ethan Hawke. Z pewnością w znaczącym stopniu zakłopotany obecnością Andre Balazsa, nowego faceta Urny, który siedzi ze swoimi wspólnikami przy pierwszym stoliku po prawej. I popatrz! Ta mała brzydka lesbijka, która pisze blog i zasypuje wszystkich opisami, jak to co wieczór wciąga tony, podgląda tam z tyłu. Jutro będzie to wszystko miała władowane do błoga w takiej formie, żeby wyszło, że całą noc ze wszystkimi balowała, a nie szpiegowała. Och, i popatrz! Tuż za nią asystentka od Rusha i Molloy *. Stale je wymieniają, żeby nikt nie wiedział, kim są, ale mamy tam informatora, który od razu faksuje nam zdjęcia i notki biograficzne tych nowych… Hmm, nie wygląda, żeby był tu dziś Philip. Szkoda. Założę się, że chciałaś go zobaczyć, co?
– Philipa? Be, nie, właściwie to niespecjalnie – wymamrotałam nawet dość szczerze.
– Och, doprawdy? Czy to znaczy, że nie zadzwonił? Jakie to przykre. Wiem, jak to jest, Bette. Nie odbieraj tego osobiście, najwyraźniej ma po prostu bardzo dziwne gusta.
Trzy tygodnie spędziłam na unikaniu pytań Elisy, pozując na osobę, której zupełnie nie obchodzi Philip Weston. Już miałam powtórzyć, że jest mi obojętne to, czy zadzwonił, bo nawet nie zostawiłam mu swojego numeru, i to mimo że prosił, ale zdałam sobie sprawę, że nie warto. Sprawa najwyraźniej należała do drażliwych i najlepiej było zostawić ją w spokoju. A poza tym, miał numer czy nie, niezupełnie byłam zachwycona faktem, że się nie odezwał.
Penelope i ja podążyłyśmy za Elisą do niedużego kręgu białych zamszowych sof- fenomenalnie głupi pomysł w miejscu, gdzie ludzie nie robią nic innego, tylko jedzą, piją i udzielają się towarzysko – gdzie przywitałyśmy się z Leo, Skye, Davide i kimś, kogo Elisa przedstawiła jako „mózg, który stoi za całą tą produkcją”.
– Cześć, jestem Bette, a to moja przyjaciółka Penelope – powiedziałam, wyciągając rękę do niskiego faceta o semickich rysach, z włosami opadającymi na szyję, do którego zwróciła się Elisa.
– Yo. Danny.
– Bez Danny'ego nie byłoby nas dziś tutaj – westchnęła Elisa i wszyscy przy stole znacząco kiwnęli głowami. – To on wystąpił z całą koncepcją Sanktuarium i złożył projekt w całość… Prawda, Danny?
– Mowa.
Zastanawiałam się, dlaczego ten niski Żyd pochodzący albo z Great Neck albo Dix Hills usiłuje mówić, jakby dorastał na placu zabaw i boisku do kosza w Cabrini Green.
– Och, więc to ty wynająłeś tego czarującego bramkarza, tak? – zapytałam i Elisa rzuciła mi ostrzegawcze spojrzenie.
Danny najwyraźniej nie wyczuł niczego niewłaściwego.
– Pedał dziwak, ale wszystko jedno. Robi swoje gówno. Trzyma na dystans złamasów. To jedno, co się dla mnie liczy.
Mmm. Penelope poważnie potwierdziła jego słowa skinieniem głowy i jednocześnie trąciła mnie łokciem, a ja przygryzłam wnętrze policzka, żeby powstrzymać się od śmiechu. W porównaniu z tym, co było dwie minuty wcześniej, Danny stał się wręcz gadatliwy.
– No więc, Danny, co ci podsunęło pomysł na Sanktuarium? – zapytała Penelope, wpatrując się w niego szeroko otwartymi, pełnymi fascynacji oczami.
Pociągnął łyk wody Stella Artois i zerknął na Pen, jakby próbował ocenić, jakiego właśnie użyła języka, z oczami zmrużonymi ze zmieszania, z ręką na zmarszczonym czole, lekko kręcąc głową.
– Stara. Wszędzie indziej jest tak kurewsko stresujące. Kolejka w Bungalowie to koszmar i nie mogą znieść tych pieprzonych typków z mediów w Soho House. Wykombinowałem, że wszyscy potrzebujemy miejsca, które by było jak, no wiesz, jakie to było słowo? Żeby ochłonąć.
– Sanktuarium? – podrzuciłam pomocnie.
– Dokładnie. – Kiwnął głową z wyraźną ulgą. Ilość substancji nałożonej na jego włosy była co najmniej zdumiewająca.
Niestety, zanim ta fascynująca konwersacja zdążyła dojść do logicznego końca – najprawdopodobniej takiego, że Danny wreszcie przypomniałby sobie nazwę własnego klubu – zauważyłam w najwyższym stopniu znajomą opaleniznę.
– O mój Boże, to on – scenicznym szeptem poinformowałam naszą ekipę, natychmiast pochylając głowę, żeby się ukryć i jednocześnie zasięgnąć porady.
Głowy się odwróciły.
– Philip. Philip Weston tu jest. Właśnie wszedł z tą, tą, tą modelką – wydusiłam, zupełnie nie mając świadomości, jak szaleńczo zazdrośnie to zabrzmiało. I wyglądało.
– Bette, czyżbym słyszała w twoim głosie zazdrość? – zapytała Elisa, nachylając się, by szeptać mi do ucha. – A już myślałam, że jesteś odporna na uroki Westona. Miło widzieć, że jednak jesteś pełnokrwistą Amerykanką. Oczywiście to, że jesteś zainteresowana, nie oznacza, że on też jest.
– Kolo! Philip! Tutaj! – wołał Danny i zanim zdążyłam zorientować się, co się dzieje, Philip całował mnie w usta na powitanie.
– Cześć, kochanie, miałem nadzieję, że tu będziesz. Możesz uciekać, ale się nie ukryjesz…
– Przepraszam? – Tylko na to potrafiłam się zdobyć, ponieważ w tym momencie byłam całkiem pewna, że zamierzał zarówno pocałunek, jak i komentarz zaadresować do kogoś innego. Na przykład do tej oszałamiającej dziewczyny, która cierpliwie czekała jakieś trzy kroki za nim, nie wyglądając na ani odrobinę zaniepokojoną.
– Nie zostawiłaś swojego numeru u portiera. Jak się coś takiego nazywa? Odgrywaniem niedostępnej. Cóż, nieodmiennie cenię dobrą zabawę, więc postanowiłem się dostosować i sam cię znaleźć.
Zobaczyłam, jak Elisa pada na sofę za nim z nieatrakcyjnie otwartymi ustami i twarzą wykrzywioną szokiem.
– Dostosować? – bąknęłam.
– Właściwie to dziewczęta przede mną nie uciekają, kochanie, jeśli rozumiesz, co chcę powiedzieć. Hej, kolego, mogę dostać tanq i tonik? – powiedział, zwracając się do Danny'ego, jakby był naszym kelnerem.
– Już się robi, koło, w jednej chwili – odparł Danny, poruszając się w tempie, którego można by się spodziewać w przypadku obietnicy zaopatrzenia w narkotyki lub dziewczęta.
Odwrócił się, kiedy Philip zawołał:
– I hej, coś dla Sonji. – Zwrócił się nie do mnie, lecz do dziewczyny z nieskończonymi nogami: – Sonju, laleczko, co ci mogę zaproponować? Piwo imbirowe? Sok warzywny? Mów, skarbie.
Wpatrywała się w niego nierozumiejącym wzrokiem i prawie – prawie – rozbawiła mnie myśl, że Philip na poszukiwanie jednej dziewczyny zabrał dla towarzystwa drugą. Bo przecież mnie szukał, prawda?
Elisa wróciła na kolana Davide'a. Najwyraźniej doszła już do siebie po nieoczekiwanym pojawieniu się Philipa. Zobaczyłam, że bardzo dyskretnie wyjmuje pakiecik białego proszku ze swojej morskiego koloru torebki od Balenciagi i wsuwa w dłoń Skye, która natychmiast pognała w kierunku damskiej toalety. Zawsze pomysłowa, Elisa wetknęła następnie rękę do bocznej kieszeni torby i rozdała pozostałym przy stole ludziom kilka tabletek. Ręce jednocześnie powędrowały do ust i tajemnicze pigułki zostały szybko popite szampanem i wódką oraz czymś, co Skye – nasz prywatny krytyk drinków – opisała jako,Jedyny porządny cosmopolitan w całym tym pieprzonym mieście”.
* Rush & Molloy – autorzy plotkarskiej kolumny w „NY Daily News”.