Portier Nosi Garnitur Od Gabbany
- Автор: Weisberger Lauren
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Portier Nosi Garnitur Od Gabbany». Краткое содержание книги:
– Will! Myślałam, że spośród wszystkich ludzi ty akurat rozumiesz, że nie należy wierzyć we wszystko, o czym czyta się w gazetach. Niezupełnie tak to było.
– Cóż, kochanie, ponieważ jesteś nieco spóźniona na starcie, pozwól, że wyjaśnię: ostatnio wszyscy czytują Wtajemniczoną Ellie. Dziewucha z całą pewnością jest intrygantką, ale wydaje się, że zawsze ma aktualne informacje. Chcesz mi powiedzieć, że nie poszłaś z nim do domu? Albo że chodziło o inną nowo przyjętą przez Kelly osobę? Bo jeśli tak jest w istocie, zalecałbym ci natychmiastowe sprostowanie. Nie jestem pewny, czy tego rodzaju reputację chciałabyś sobie stworzyć.
– To skomplikowane. – Nie zdobyłam się na nic więcej.
– Rozumiem – odparł cicho. – Cóż, z pewnością to nie moja sprawa. Dopóki dobrze się bawisz, liczy się tylko to jedno. Do zobaczenia na lunchu w niedzielę. Mamy pełnię sezonu na śluby, więc sądzę, że w jutrzejszych zapowiedziach możemy się spodziewać niekwestionowanych zwycięzców. Wyostrz języczek, kochanie.
Zgodziłam się, ale czułam się niepewnie. Coś się zmieniło – albo przynajmniej uległo przesunięciu – i nie do końca potrafiłam uchwycić co.
– Hej, Bette, tutaj! – Penelope zawołała trochę za głośno, regulując należność u taksówkarza i machając do mnie z tylnego siedzenia.
– Hej, w samą porę. Elisa i ekipa już są w środku, ale nie chciałam, żebyś musiała sama wchodzić.
– Rany, wyglądasz świetnie – powiedziała, kładąc mi rękę na biodrze i badawczym wzrokiem oceniając mój strój. – Gdzie znalazłaś takie ciuchy?
Roześmiałam się, zadowolona, że zauważyła. Pracowałam dla Kelly & Company dopiero od miesiąca, ale tyle czasu wystarczyło, by zmęczyła mnie świadomość, że zawsze wyglądam, jakbym szła na pogrzeb. Wcisnęłam swoje brązowawe kostiumy na dno szafy, wyrwałam parę stron z „Lucky” i „Glamour” i poszłam prosto do Bameysa. Stojąc przy kasie, dodałam w pamięci wszystkie te lata, których będzie trzeba, żeby za wszystko zapłacić, a potem odważnie wręczyłam swoją kartę kredytową. Kiedy kasjer mi ją oddał, mogłabym przysiąc, że była ciepła. W jedno popołudnie zdołałam pożegnać się zarówno ze stylem kujona, jak i brakiem obciążeń kredytowych.
Chociaż nie nabyłam kolekcji z wybiegu, byłam całkiem zadowolona ze swojego nowego wyglądu: dżinsy Hudson – kosztowały więcej niż moje całomiesięczne rachunki – w połączeniu z jedwabnym bieliźnianym topem w kolorze zielonym, tweedowa dopasowana marynarka, która nie pasowała do niczego, ale została przez sprzedawcę, Jean-Luca, określona jako „zachwycająca”, i koperta od Louisa Vuittona, którą Will kupił mi na dwudzieste pierwsze urodziny, ponieważ najwyraźniej,jest zbrodnią wchodzić w kobiecość bez choćby jednego designerskiego drobiazgu na osłodę. Witaj w życiu, które, mam nadzieję, będzie jednym pasmem płytkiego konsumpcjonizmu i czci dla markowych towarów”.
Pracowałam w UBS przez pięć lat, jak niewolnik harując po osiemdziesiąt godzin tygodniowo. Ponieważ nie miałam czasu, żeby wydawać pieniądze, zdołałam całkiem niechcący stworzyć niedużą rezerwę finansową. Po ośmiu tygodniach bezrobocia i jednym popołudniu u Bameysa rezerwa uległa znaczącemu zmniejszeniu, ale mój tyłek nigdy nie wyglądał lepiej w dżinsie. Stojąc przed Sanktuarium w otoczeniu chudych i pięknych ludzi, czułam się na swoim miejscu. Było warto.
– Cześć – rzuciłam, obejmując cienką talię Penelope. – Podoba ci się? To mój nowy styl „nigdy nie byłam nawet w przybliżeniu modna, ale teraz naprawdę poważnie się staram”. Co myślisz?
– Że wyglądasz seksownie – stwierdziła, jak zawsze dobra przyjaciółka. – Czy ktoś zamierza widzieć dziś wieczorem pewne angielskie bóstwo?
– Nie sądzę. Nie przypuszczam, żeby Philip Weston dzwonił do dziewczyn, które nie wpadają mu do łóżka z rozłożonymi nogami. Właściwie to nie sadzę, żeby dzwonił też do dziewczyn, które to robią. Mniejsza z tym. Jest piękny, ale niewiarygodnie arogancki i próżny.
– A tego nikt nie lubi – powiedziała Penelope z udawaną powagą.
– Oczywiście, że nie. – Chodź, wszyscy są już w środku, a ja zamarzam.
– Widziałaś tę kolejkę? Co się tu dzisiaj dzieje? Można by pomyśleć, że Britney za darmo tańczy ludziom na kolanach czy co.
– Nie za bardzo wiem, nie licząc tego, że otworzyli się wczoraj wieczorem i ma to być najbardziej ekskluzywne miejsce, coś jakby sala dla VIP-ów na sterydach. Kelly chciała, żebyśmy je sprawdzili na wypadek, gdyby faktycznie zasługiwało na te wszystkie przesadne zachwyty. Jeżeli stanie się modne, będziemy je mieli zarezerwowane na imprezę dla „Playboya”.
Kelly & Company już rok temu dostała zlecenie od „Playboya”, żeby zorganizować nowojorski epizod niekończących się obchodów pięćdziesiątej rocznicy ich istnienia, rozpoczętych w Chicago w styczniu i mających zakończyć się ostatecznie wielkim przyjęciem w rezydencji w Los Angeles, z przystankami w Vegas, Miami i Nowym Jorku. Zapowiadało się potężne przedsięwzięcie – zdecydowanie nasz największy do tej pory projekt – i właściwie zdominowało wszystkie dni robocze. Dzień wcześniej Kelly zebrała nas przed zmianą liczby na tablicy na sto sześćdziesiąt cztery, a potem poprosiła o aktualne informacje. Dziewczyny od wykazów prowadziły już symultanicznie badania sław z list A i B, przygotowując się do stworzenia finalnej zwycięskiej Listy. W tym samym czasie reszta z nas przez pół dnia odbierała telefony od każdego, kogo można sobie wyobrazić z dowolnej branży w mieście, i wszyscy usiłowali wykłócić się o zaproszenia ustne albo pisemne dla siebie, swoich klientów albo i dla siebie, i dla klientów. Zestawmy poziom oczekiwań z paranoidalnym uporem Hefa, żeby wszystkie szczegóły (w tym także, lecz nie wyłącznie, miejsce, data, pora i uczestnicy) było utrzymane w ścisłej tajemnicy, i mamy przepis na totalny chaos.
– Zajrzałam dzisiaj do Citysearch. Zacytowali menedżera, który stwierdził, że spodziewają się klienteli „z zasobnym portfelem i kreatywnej”, co chyba bardziej pasowałoby do rozmowy o menu niż o ludziach, ale co ja tam wiem?
Ostatnio zaczęłam pojmować, że zasadą organizującą życie na Manhattanie jest koncepcja wyłączności. W jakimś stopniu niewątpliwie chodziło po prostu o koncentrację ludzi na tak małej wyspie. Nowojorczycy odruchowo rywalizują o wszystko, od taksówek w godzinach szczytu po miejsca siedzące w metrze, poprzez torby „Birkin” od Hermesa i bilety na sezon Knicksów. Niedostępne rady mieszkańców wymagają lat, żeby się przez nie przebić. Lodowate hostessy w najbardziej pożądanych restauracjach w mieście wyniośle żądają rezerwacji na sześć miesięcy naprzód. „Jeżeli wpuszczają cię bez kłopotów – mawiają ludzie – prawdopodobnie nie warto tam iść”. Od czasów Studia 54 i pewnie na długo przedtem (jeżeli w ogóle istniały wtedy nocne kluby) klubowicze uczynili z wchodzenia do modnych nocnych lokali prawdziwą dyscyplinę sportową. A w najbardziej szykownych miejscach, takich jak to dzisiejsze, istniały poziomy dostępu. Przejście przez frontowe drzwi to dopiero początek – każda studentka drugiego roku w obcisłym topie może sobie z tym poradzić. „Główny bar”?, usłyszałam, jak mówił ktoś mający na myśli Sanktuarium. „To już wolę być w TGI Friday w Hoboken”.
Elisa zostawiła mi ścisłe instrukcje, że mamy udać się bezpośrednio do części dla VIP-ów, najwyraźniej jedynego miejsca, gdzie można trafić na jakąś „prawdziwą akcję”. Jagger i Bowie imprezowali w legendarnych prywatnych salach Studia 54. Dziś w salach dla VlP-ów, poza zasięgiem wścibskich spojrzeń i przepychanek całej reszty, żeby wejść, rezydowali Leo, Colin i Lindsay.