Portier Nosi Garnitur Od Gabbany
- Автор: Weisberger Lauren
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Portier Nosi Garnitur Od Gabbany». Краткое содержание книги:
Już jakiś czas temu przyzwyczaiłam się, że nie jestem VIP-em – nie przyszło mi do głowy, że istnieje jakakolwiek możliwość, żebym VIP-em została. Trzeba było otwarcia sali dla VIP-ów poza kręgiem nocnych klubów, żeby naprawdę podgrzać moje słuszne oburzenie. Potrafiłam to zinterpretować tylko jako pierwszy znak zbliżającej się apokalipsy – mój dentysta, doktor Quinn, otworzył w swoim gabinecie poczekalnię dla VIP-ów. „Żeby znani, ważni klienci pana doktora mieli miejsce, gdzie poczują się swobodnie”, wyjaśniła mi pielęgniarka. „Pani może usiąść w naszej zwykłej poczekalni”. Siedziałam w bardzo nieciekawej i bardzo publicznej poczekalni doktora Powella, kartkując egzemplarz „Redbook” sprzed dwóch lat i marząc, żeby siedzący obok dżentelmen z nadwagą przestał ciamkać. Tęsknie spoglądałam na drzwi oznaczone „VIP” i fantazjowałam o pluszach dentystycznej krainy czarów, która z pewnością poza nimi leży. Z rezygnacją przyjęłam fakt, że zawsze będę jedną z tych osób, które zaglądają z zewnątrz. Aż tu zaledwie kilka miesięcy później stałam przed Sanktuarium w nowych fantastycznych ciuchach, a w środku czekała na mnie grupka fantastycznych przyjaciół. Wyglądało to na obrót koła fortuny.
Kątem oka zobaczyłam dziewczynę wyglądającą dokładnie jak Abby, która ucałowała bramkarza i weszła do holu, ale z miejsca, gdzie stałam, nie zdołałam jej rozpoznać z całą pewnością.
– Hej, nigdy nie zgadniesz, kogo ostatnio widziałam. Nie mogę uwierzyć, że zapomniałam ci powiedzieć! Tego wieczoru, kiedy wyszłaś po kolacji, w Bungalowie była Abby.
Penelope gwałtownie odwróciła głowę w moją stronę. Nienawidziła Abby jeszcze bardziej niż ja, jeśli to w ogóle możliwe. Nie przyjmowała do wiadomości jej istnienia, odkąd na drugim roku Abby dopadła ją w pustej sali zajęć i powiedziała, żeby nie odbierała osobiście faktu, że jej ojciec sypia z własną sekretarką, bo z pewnością nie stanowi to odbicia miłości ojca do niej. Penelope była tak zszokowana, że zapytała tylko „Skąd wiesz?”, a Abby w odpowiedzi uśmiechnęła się złośliwie. „Żartujesz? A kto nie wie?”.
– Widziałaś tę karlicę i mi nie powiedziałaś? Co miała do powiedzenia na swój temat?
– To co zwykle. Z przyjemnością dowiesz się, że obraca się teraz w wirze świata mediów. Funkcjonuje obecnie jako Abigail, nie Abby, więc oczywiście powiedziałam „Abby” ile tylko razy zdołałam. Zrobiła sobie cycki i przerobiła pół twarzy, ale wciąż jest dokładnie taka sama.
– Po własnej matce przeszłaby do celu w szpilkach, gdyby to pomogło jej się wybić – wymamrotała Penelope.
– Z pewnością – potwierdziłam pogodnie. – I być może będziesz miała przyjemność spotkania jej dziś wieczorem. Chyba właśnie weszła.
– Wspaniale. Po prostu wspaniale. Ale mam szczęście.
Objęłam Penelope ramieniem i śmiało przeszłam na początek kolejki z nadzieją, że emanuję pewnością siebie na wystarczającym poziomie. Potwornie anorektyczny czarny facet, obnoszący gigantyczne afro, perukę i siatkowy T-shirt z długimi rękawami na seksownych różowych rajstopach z lycry, przyjrzał nam się badawczo przez ozdobione błyszczącymi kryształkami rzęsy.
– Jesteście na liście?- zapytał głosem zaskakująco chrapliwym jak na kogoś, kto tak fachowo ubrał się w damskie ciuszki.
– Tak, jasne – odparłam spokojnie. Cisza. – Eee, tak, jesteśmy na liście. Jesteśmy z Kelly & Company.
Żadnej odpowiedzi. Trzymał podkładkę, ale niczego na niej nie sprawdził i uznałam, że mnie nie usłyszał.
– Rozmawiałam wcześniej z menedżerem i zorganizowałam wizytę. Właściwie jesteśmy tu, żeby sprawdzić lokalizację dla potencjał…
– Nazwisko! – warknął, zupełnie niezainteresowany moim wyjaśnieniem. Kiedy je literowałam, czterej faceci w ciuchach z lat siedemdziesiątych i dziewczyna w czymś, co bardzo przypominało sukienkę z lat dwudziestych, przeszli dokładnie przede mną.
– Romero, kochanie, przesuń tę idiotyczną linkę, żebyśmy nie musieli stać na zimnie – poleciła dziewczyna, delikatnie kładąc dłoń na policzku bramkarza.
– Oczywiście, Sofio, wchodźcie – zagruchał ulegle i zdałam sobie sprawę, że osoba w sukience z lat dwudziestych to Sofia Coppola. Świta ruszyła za swoją przywódczynią, kiwając na powitanie bramkarzowi, który promieniał dumą i szczęściem. Odzyskanie zimnej krwi zabrało mu pełne trzy minuty i kolejne dwie przypomnienie sobie, że wciąż tam stoimy.
– Robinson – powiedziałam zdecydowanie bardziej zirytowanym głosem. – R-O-B-I…
– Umiem to przeliterować – uciął, najwyraźniej już w stanie pełnego wzbudzenia. – Tak, macie szczęście, jesteście na liście. Bez tego absolutnie nikt tu dziś nie wchodzi.
– Mmm. – Mniej więcej tyle mogłam z siebie wydobyć w odpowiedzi na tę fascynującą informację.
Położył rękę na aksamitnej linie, ale jej nie uniósł. Nachylił się i zwrócił wprost do Penelope, i to niezbyt cicho.
– Tak tylko dla waszej informacji, dziewczyny, jesteście naprawdę trochę zbyt niedbale ubrane jak na to, co lubimy tu widzieć.
Penelope zachichotała, najwyraźniej nie zdając sobie sprawy, że nasz nowy przyjaciel transwestyta nie żartuje.
– Hej, po prostu mówię to wam otwarcie – ciągnął, a jego głos z każdą sekundą brzmiał głośniej. Tłum, jeszcze przed chwilą wiercący się i podniecony, ogarnęło coś w rodzaju ciszy, czułam pięćdziesiąt par oczu wpatrujących się w nas z tyłu. – Wolimy widzieć trochę więcej stylu, nieco więcej wysiłku.
Mój umysł zaczął gorączkowo szukać jakiejś ciętej riposty, ale oczywiście nie zdołałam niczego powiedzieć. Zanim zorientowałam się, co się dzieje, podeszła dziewczyna tak młoda, tak wysoka i z piersiami tak ogromnymi, że mogły funkcjonować tylko w LA, i na ochotnika wygłosiła krótki, lecz bardzo pouczający wykład o bieżącej sytuacji w modzie.
– Ostatnio szczególnie lubimy widzieć lata czterdzieste. – Uśmiechnęła się ciepło.
– Hę? – powiedziała Penelope, werbalizując dokładnie to, co myślałam.
– Cóż, to tylko jedna z opcji, oczywiście, ale dość skuteczna. Czerń i biel z jaskrawoczerwoną szminką, wiecie? Może jakieś buty od Prady, vintage, albo nawet coś bardziej stylowego. Chodzi o to, żeby się wyróżniać. – Usłyszałam, jak w tle parę osób śmieje się z uznaniem.
W tym właśnie momencie zauważyłam, że dziewczyna wygląda jak ktoś z programu Chcę mieć znaną twarz, gdzie coś się strasznie nie udało.
Co powiedziałam? Co zrobiłam? Absolutnie nic. Zamiast zachować choć odrobinę, jeden nieduży strzępek szacunku dla samych siebie, wystawiłyśmy lewe ręce po obowiązkową pieczątkę i ze spuszczonymi głowami powlokłyśmy się za aksamitną linę, która wreszcie została podniesiona. Ostateczne upokorzenie nastąpiło, gdy zamykały się za nami drzwi, kiedy kosmetycznie ulepszona żyrafa oznajmiła cyrkowemu dziwadłu:
– Nie byłoby tak źle, gdyby po prostu zwracały uwagę na metki.
– Czy to się wydarzyło? – zapytała Penelope. Wyglądała na równie ogłupiałą jak ja.
– Chyba tak. Jak bardzo żałosne byłyśmy? Prawie boję się zapytać.
– Prawdę mówiąc, nie ma słów dla tego poziomu żałośliwości. Czułam się jak przy oglądaniu Jednego z dziesięciu - znałam wszystkie odpowiedzi, ale o dziesięć sekund za późno.
Właśnie miałam zaproponować, żebyśmy jak najszybciej podleczyły się jak największą ilością czystej wódki, jaką uda nam się znaleźć, gdy to my zostałyśmy znalezione przez Elisę.
– To miejsce jest niesamowite – wydyszała mi do ucha, kiwając na powitanie do Penelope. – Tylko popatrz. Daleko po prawej, tylny narożnik, Kristin Davis. Też po prawej, tuż przed nią, Suzanne Somers. Nikt ważny, przyznaję, ale jednak znana twarz. Daleko po lewej, prawie w kącie, bardziej na godzinie dwunastej, Sting i Trudie Styler. Obściskują się. Na okrągłej skórzanej sofie pośrodku Heidi Klum i Seal, a Davide słyszał, jak mówili, że Zac Posen jest w drodze.