Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe
Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe

Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe». Краткое содержание книги:

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe
1 ... 26 27 28 29 30 31 32 33 34 ... 123
Перейти на страницу:

Dziesiętnik westchnął ciężko i umilkł. Tym razem nikt go nie poganiał.

– A uchodźcy nadal wspinali się na szczyt. Przez pół dnia, bez chwili przerwy, wchodzili i wchodzili. Rozmawiałem potem z wieloma ludźmi, którzy szli tą drogą. Mówili, że z góry wszystko było wyraźnie widać. Barykady, żołnierzy, niepoliczoną armię u wrót doliny. I szturmy, jeden za drugim. Wiatr przynosił odgłosy bitwy na sam szczyt góry i ci, którzy już weszli na Łysicę, zatrzymywali się i patrzyli, i nawet żołnierze nie potrafili zmusić ich do odejścia, udawało się to dopiero kolejnym grupom uciekinierów. Podobno na drodze cisza była taka jak w kondukcie żałobnym. Nikt nie jęczał, nikt się nie skarżył. Po południu, gdy u stóp góry zostało już tylko kilka tysięcy ludzi, gdy zakończyła się rzeź zwierząt, Se-kohlandczycy zdobyli wreszcie barykadę. Zdobyli ją tak, jak my pozbyliśmy się pierwszej. Ogniem.

—— • ——

Ten atak był inny niż pozostałe, co było już widać w sposobie, w jaki ruszyli. Nie osłaniali się ani tarczami, ani faszyną, bo od dłuższego czasu barykada nie witała nacierających salwami z kusz, a i stojące z tyłu machiny strzelały wolniej, wyraźnie oszczędzając amunicję. Piesi wyłonili się niemal wzdłuż całej linii atakującej armii, ale za to w zaledwie trzech szeregach. Tylko łucznicy. Zbliżyli się do barykady na sto kroków i stanęli, ścieśniając szyk. Trzy równe, oddzielone od siebie kilkoma krokami półokręgi. Między nich wbiegło kilkudziesięciu ludzi z pochodniami w dłoniach.

– Ogień – mruknął Kawer Monel. – Wreszcie na to wpadli.

Ognista linia pomknęła wzdłuż szeregów, napięły się łuki. Trzy jasne fale pomknęły w stronę barykady.

Lecąca zapalona strzała wydaje odgłos niepodobny do żadnego innego na świecie. Gdy leci kilka tysięcy takich strzał, brzmi to tak, jakby smok nabierał oddechu, zasysając powietrze paszczą, w której już buzuje płomień. Varhenn smoki uważał za stworzenia z legend, z mrocznych czasów Wojen Bogów, ale takie właśnie miał skojarzenie. Bestia przygotowująca się do spopielenia świata.

Uderzeniom grotów w drewno towarzyszył syk i trzask płomieni. W kilka chwil cała zewnętrzna ściana barykady zapłonęła. Tworzyły ją kupieckie wozy z grubych, dobrze wysuszonych i nasmołowanych desek, które miały być zabezpieczeniem przed deszczem i śniegiem. Ogień kocha takie drewno najbardziej na świecie.

Koczownicy nie zadowolili się jedną salwą, strzelali dalej, w barykadę i nad nią, jakby chcieli wypalić wszystko wokół. Po chwili zapłonęły drzewca strzał wbitych w ziemię, zajęły się wozy tworzące ostatnią, wciąż nieukończoną barykadę, a kilka strzał dosięgło machin. Tarcze stojącej w rezerwie piechoty upstrzyły się płonącymi pociskami. Po chwili żołnierze, na niesłyszalny na górze rozkaz, zaczęli się cofać w stronę przejścia w ostatnim umocnieniu. Ci z barykady środkowej wytrzymali jeszcze chwilę i rzucili się do ucieczki. Ściany ich szańca płonęły już jak wnętrze pieca, a cała konstrukcja syczała i trzeszczała pod stopami. Nie mogli nic więcej zrobić.

– Schodzimy. – Czarny Kapitan uśmiechnął się od ucha do ucha. – Wygląda na to, chłopcze, że jeszcze dziś będziesz miał okazję, żeby umoczyć żelazo we krwi.

Podniósł się na nogi.

– Na dół! Wszyscy na dół!!!

Prawie dwustu strażników rzuciło się do lin. Zjeżdżali na nich w tempie, jakie tylko Górska Straż potrafi osiągnąć. W mniej niż pięć minut obie kompanie znalazły się za wewnętrzną barykadą. Kawer Monel odszukał stojącego tyłem pułkownika.

– Będzie się palić pół godziny – zaczął bez żadnego wstępu – więc myślę...

Dowódca Siedemnastego odwrócił się i kapitan urwał w pół zdania. Varhenn cicho jęknął. Lewy oczodół Darwena-lav-Glasderna straszył pustką, zapalona strzała musiała trafić go tuż poniżej krawędzi hełmu, gdy odwracał głowę w prawo. Strzaskała kość przy oczodole, przebiła gałkę i najpewniej poleciała dalej. Skóra na lewej stronie twarzy sczerniała i pokryła się bąblami. Na ich widok pułkownik skrzywił się w strasznym półuśmiechu.

– To chyba ogranicza mój wybór narzeczonych do tych, które są ślepe od urodzenia – wychrypiał. – Ale przynajmniej nie będę mógł za bardzo wybrzydzać.

Czarny Kapitan stał bez ruchu, a potem młody goniec zamrugał zdumiony, wyprężył się na baczność i zasalutował.

– Kapitan Kawer Monel jest gotów do przejęcia dowodzenia – powiedział cicho.

Grymas pogłębił się, prawe oko błysnęło kpiną.

– Mam oddać moich żołnierzy jakiemuś dzikiemu góralowi? Najpierw będziesz mnie musiał zabić.

Przez chwilę wydawało się, że kapitan będzie się spierał. Lecz tylko wzruszył ramionami.

– Musiałbym się ustawić na końcu bardzo długiej kolejki. Co teraz? Chyba powinniśmy przyłączyć się do zabawy tu na dole...

Pułkownik westchnął.

– A jak pan sądzi, kapitanie, dlaczego do tej pory kazałem wam się trzymać z daleka? Bo musimy mieć żołnierzy, którzy utrzymają drogę na górę. Jak się wszyscy damy tu pozabijać, Se-kohlandczycy mogą zdobyć Łysicę. A to znaczy, że wszystkie prowincje między Małym a Wielkim Grzbietem staną przed nimi otworem. Stracimy całą Północ, z kopalniami, hutami i warsztatami. Tu wytwarza się połowę stali Imperium, dwie trzecie broni. To będzie koniec wojny. Dlatego chcę, żeby pan i pańscy ludzie obsadzili drogę. Czterystu żołnierzy utrzyma ją bez trudu.

– Jeszcze wszyscy nie weszli na górę, zostało kilka tysięcy. Dwie, trzy godziny i...

Pułkownik przerwał mu, unosząc dłoń.

– Damy wam te dwie godziny. Dwie na pewno, więcej nie mogę obiecać, więc niech pan, kapitanie, pogoni resztę. Ci, którzy zostaną, sami będą sobie winni. Odmaszerować!

—— • ——

– Żartujesz – Kenneth wyszczerzył się szeroko. – A Czarny co, odwrócił się i odmaszerował?

Varhenn Velergorf nie odwzajemnił uśmiechu.

– Tak, panie poruczniku. Odwrócił się i odmaszerował. A ja razem z nim. Podobnie jak obie nasze kompanie. Taka była rola Górskiej Straży w obronie doliny Wares – postrzelać trochę z kusz i wpędzić sześćdziesiąt tysięcy ludzi na Łysicę. A potem odwrócić się i odejść, bo ten cholerny piechociarz miał rację. Gdybyśmy dali się tam pozabijać, to koczownicy mogliby zdobyć wejście na szczyt. Banda przerażonych kupców, chłopów i garść szlachty na pewno by go nie obroniła. I, bogowie, ależ my się modliliśmy o to, żeby spróbowali go zdobyć. Gdy już było po wszystkim, staliśmy na szlaku, na zatorach z przewróconych wozów i pni drzew, i błagaliśmy Reagwyra, Setrena czy innego bękarta, który mieni się Panem Bitew, żeby odebrał im rozum i pchnął do ataku. Ale oni...

– Wyprzedzasz. Opowiadaj po kolei.

– Dobrze, panie poruczniku. To, że szykują się na śmierć, zrozumiałem tak naprawdę w chwili, gdy zobaczyłem, jak artylerzyści rąbią swoje machiny, oblewają je resztkami zapalającego płynu i podkładają ogień. A potem biorą tarcze i miecze po zabitych i dołączają do szeregu. W sumie, łącznie z resztką kompanii kuszników, zostało ich niespełna trzystu. I chyba żaden nie wyszedł z walki bez szwanku. Widziałem ich z bliska, porwane kolczugi, powgniatane hełmy, byle jak pozakładane opatrunki, przesiąknięte czerwienią bandaże, krew sączącą się z ran. Nie zważali na to. Tarcze piechoty były tak ponabijane grotami, że musiały ważyć dwa razy więcej niż zwykle. To też zdawało się im nie przeszkadzać. Gdy stawali naprzeciw dopalającej się barykady, mieli ogień i dumę w oczach. Możecie się śmiać, ale tak mówi mi pamięć. Duma i ogień. Góra zabitych po drugiej stronie dopalających się wozów sięgała niemal na wysokość wzrostu rosłego mężczyzny, a przedpole było tak usłane ciałami ludzi i koni, że można było przejść po trupach dwieście jardów, zanim człowiek by postawił stopę na ziemi. W zagłębieniach i rowach wzdłuż drogi krew stała na głębokość stopy. Ziemia już nie chciała jej pić. I to była ich robota. Obronili wejście do doliny, odpierali ataki całej armii i dali wszystkim czas. Nikt na ich miejscu nie zrobiłby więcej. Umilkł, jakby nie wiedział, co powiedzieć.

1 ... 26 27 28 29 30 31 32 33 34 ... 123
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)