Gdzie wasze ciała porzucone [To Your Scattered Bodies Go - pl]
- Автор: Фармер Филип Хосе
- Год: 1997
- Язык: польский
- Год: MAG
- ISBN: 83-86572-27-2
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Gdzie wasze ciała porzucone [To Your Scattered Bodies Go - pl]». Краткое содержание книги:
Frigate załkał.
— Przestań ryczeć — Burton potrząsnął głową. — Gdzie one są?
— A jak myślisz, do diabła, gdzie mogą być? O Boże!
— Nie myśl o nich. Nie możesz im pomóc, przynajmniej na razie. Dlaczego mnie nie zabili, kiedy zaatakowałem Goringa?
— Nie mam pojęcia — Frigate ocierał łzy. — Może chcieli zachować nas obu na stos. Dla przykładu. Wolałbym, żeby nas zabili.
— Jak to? Tak niedawno dotarłeś do raju i już chcesz go porzucić? — Burton próbował się roześmiać, ale zrezygnował. Ostrza bólu rozdzierały mu mózg.
Później zaczął rozmawiać z Robertem Sprucem, Anglikiem urodzonym w 1945 roku w Kensington. Spruce twierdził, że Goring i Tullius przejęli władzę niecały miesiąc temu. Na razie zostawili sąsiadów w spokoju. W końcu oczywiście spróbują podbić terytoria położone wokół, w tym teren Indian Onondaga na drugim brzegu Rzeki. Jak dotąd żadnemu z niewolników nie udało się uciec, by ostrzec ich przed zamiarami Goringa.
— Przecież mieszkańcy terenów nadgranicznych sami widzą, że to niewolnicy wznoszą mury.
Spruce uśmiechnął się ponuro.
— Goring rozpuszcza pogłoski, że to wyłącznie Żydzi, że interesują go jedynie żydowscy niewolnicy. Nikt się więc nie przejmuje. Sam widzisz, że to nieprawda. Połowa niewolników to goje.
O zmierzchu Burtona, Frigate'a, Ruacha, de Greystocka i Monata wyprowadzono z zagrody i doprowadzono do kamienia obfitości. Było tam już około dwustu niewolników, pilnowanych przez siedemdziesięciu ludzi Goringa. Ułożono cylindry w zagłębieniach. Potem czekali. Kiedy błysnęły niebieskie płomienie, zdjęto rogi obfitości. Każdy niewolnik musiał otworzyć swój, a strażnicy zabrali tytoń, alkohol i połowę żywności.
Rany na głowie i ramieniu Frigate'a wymagały szycia, choć przestały krwawić. Plecy i nerki wciąż sprawiały mu ból, lecz nie był już tak straszliwie blady.
— Jesteśmy więc niewolnikami — powiedział. — Dick, wiele pisałeś o instytucji niewolnictwa. Co myślisz o niej teraz?
— To było niewolnictwo Wschodu — odparł Burton. — W tutejszym systemie niewolnik nie ma żadnych szans na odzyskanie wolności. Poza nienawiścią nie istnieje też żadne uczucie łączące go z właścicielem. W krajach Wschodu sytuacja była inna. Oczywiście, miała swoje wady, jak każda ludzka idea.
— Jesteś uparty — stwierdził Frigate. — Zauważyłeś, że co najmniej połowa niewolników to Żydzi? W większości z Izraela, z końca dwudziestego wieku. Ta dziewczyna, ta tam, mówiła, że Goring zapoczątkował niewolnictwo rogów obfitości rozniecając na tym obszarze antysemityzm. Naturalnie musiał tu istnieć zanim dało się go rozbudzić. Potem, kiedy razem z Tullusem dorwał się do władzy, wtrącił w niewolę wielu swoich byłych zwolenników.
— Sytuacja dlatego jest wyjątkowo paskudna — kontynuował po chwili — że Goring, oczywiście relatywnie, nie jest naturalnym antysemitą. Osobiście interweniował u Himmlera, by ratować Żydów. Ale jest czymś nawet gorszym niż urodzony wróg Żydów. Jest oportunistą. Przez Niemcy przetaczała się fala antysemityzmu; żeby do czegoś dojść, trzeba było płynąć z falą. I Goring popłynął z falą, wtedy i teraz. Antysemici, tacy jak Goebbels czy Frank wierzyli w zasady, które wyznawali — perwersyjne i pełne nienawiści, ale jednak zasady. Podczas gdy dla wielkiego, grubego, beztroskiego Goringa Żydzi byli sprawą obojętną. Chciał ich tylko wykorzystać.
— Wszystko znakomicie — odparł Burton — ale co to ma wspólnego ze mną? Ach, rozumiem! Widzę to spojrzenie! Masz zamiar wygłosić mi kazanie.
— Dick, podziwiam cię jak wielu ludzi w życiu. Kocham cię tak, jak normalny mężczyzna może kochać mężczyznę. Jestem szczęśliwy i zachwycony tym, że wyjątkowy traf dał mi zmartwychwstać obok ciebie. Tak samo cieszyłby się Plutarch gdyby mógł spotkać, powiedzmy, Alcybiadesa czy Tezeusza. Nie jestem jednak ślepy. Znam twoje błędy, a było ich wiele, i boleję nad nimi.
— A o który chodzi ci tym razem?
— O tę książkę. „Żyd, Cygan i El Islam”. Jak mogłeś to napisać? To dokument nienawiści, pełen kretyńskich bzdur, głupich bajek i przesądów! Rytualne morderstwa, dobre sobie!
— Byłem wściekły z powodu niesprawiedliwości, jakich doznałem w Damaszku. Być usuniętym z konsulatu przez kłamstwa wrogów, wśród których…
— To nie usprawiedliwia głoszenia kłamstw o całej grupie — oświadczył Frigate.
— Kłamstw! Pisałem prawdę!
— Mogłeś myśleć, że to prawda. Ale ja pochodzę z czasów, kiedy z całą pewnością wiedziano, że tak nie jest. Prawdę mówiąc, nawet w twoich czasach nikt przy zdrowych zmysłach nie uwierzyłby w te brednie.
— Fakty mówią — rzekł Burton — że żydowscy lichwiarze z Damaszku pobierali od ubogich tysiąc procent lichwy. Fakty mówią, że ten potworny procent pobierali nie tylko od ludności chrześcijańskiej i muzułmańskiej, ale także od własnego narodu. Fakty mówią, że gdy w Anglii oskarżano mnie o antysemityzm, w Damaszku wielu Żydów wystąpiło w mojej obronie. Jest faktem, że protestowałem u Turków, gdy chcieli sprzedać synagogę damasceńskich Żydów greckiemu biskupowi ortodoksyjnemu, żeby mógł ją przerobić na kościół. Jest faktem, że zmusiłem osiemnastu muzułmanów do zeznawania na korzyść Żydów. Jest faktem, że chroniłem chrześcijańskich misjonarzy przed Druzami. Jest faktem, że ostrzegałem Druzów, że ta gruba i tłusta turecka świnia, Raszyd Pasza, podburza do powstania, żeby móc ich potem zmasakrować. Jest faktem, że kiedy przez oszczerstwa chrześcijańskich misjonarzy i kapłanów, Raszyda Paszy i żydowskich lichwiarzy odwołano mnie ze stanowiska w konsulacie, tysiące chrześcijan, muzułmanów i Żydów wystąpiło w mojej obronie, choć wtedy było już za późno. Jest też faktem, że nie muszę się tłumaczyć przed tobą, ani przed nikim innym.
Jakże to podobne do Frigate'a, żeby wywlec jakąś nieistotną sprawę w tak nieodpowiedniej chwili. Może chciał uwolnić się od poczucia winy obracając lęk i gniew przeciw Burtonowi. A może naprawdę przeżywał to, że jego bohater nie jest ideałem.
Lev Ruach siedział z twarzą skrytą w dłoniach.
— Witaj w obozie koncentracyjnym, Burton — odezwał się głucho podnosząc głowę. — Pierwszy raz masz okazję go zakosztować. Dla mnie to stara historia i od początku mi się nie podobała. Byłem w obozie nazistowskim i uciekłem. Byłem w obozie rosyjskim i uciekłem. W Izraelu byłem w niewoli u Arabów i uciekłem. Może więc teraz też uda mi się uciec. Ale dokąd? Do kolejnego obozu? Wydaje mi się, że nie mają końca. Człowiek wciąż je buduje i zamyka w nich wiecznego więźnia — Żyda czy kogoś innego. Nawet tutaj, gdzie mogliśmy zacząć od nowa, gdzie wszystkie religie, wszystkie przesądy powinny zostać zmiażdżone pod młotem zmartwychwstania, prawie nic się nie zmieniło.
— Zamknij się — odezwał się mężczyzna siedzący obok Ruacha. Miał rude włosy, tak kędzierzawe, że wydawały się splątane. Twarz z niebieskimi oczyma byłaby przystojna, gdyby nie złamany nos. Był wysoki na sześć stóp i zbudowany jak zapaśnik.
— Jestem Dov Targoff — oświadczył z szorstkim oksfordzkim akcentem. — Były komandor marynarki wojennej Izraela. Proszę nie zwracać uwagi na tego człowieka. To jeden z Żydów starej daty pesymista i płaczka. Woli skamleć pod murem niż powstać i walczyć jak mężczyzna.
Ruach aż się zakrztusił.
— Bezczelny sabra! Walczyłem i zabijałem! Nie jestem płaczką! Co teraz porabiasz, dzielny wojowniku? Czy nie jesteś niewolnikiem, tak jak my wszyscy?
— To stara historia — odezwała się jakaś kobieta, wysoka i ciemnowłosa. Gdyby nie była tak wychudzona, można by ją uznać za piękność. — Stara historia. Walczymy między sobą, a nasi wrogowie zwyciężają. Tak samo walczyliśmy, gdy Tytus oblegał Jeruzalem. Zabiliśmy więcej współbraci niż Rzymian. Tak samo…