Gdzie wasze ciała porzucone [To Your Scattered Bodies Go - pl]
- Автор: Фармер Филип Хосе
- Год: 1997
- Язык: польский
- Год: MAG
- ISBN: 83-86572-27-2
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Gdzie wasze ciała porzucone [To Your Scattered Bodies Go - pl]». Краткое содержание книги:
Wszędzie pełno było straży uzbrojonej we włócznie, maczugi i kamienne siekiery. Drewniane schody w końcu hallu prowadziły na krużganek z wysokimi poręczami. Stamtąd przyglądały się im kobiety.
Jeden z mężczyzn za stołem był niewysoki, muskularny i mocno owłosiony. Miał czarne, kędzierzawe włosy, orli nos i brunatne oczy, dzikie jak oczy orła. Drugi był wyższy, jasnowłosy, o oczach chyba niebieskich — w półmroku trudno było to określić. Miał szeroką, teutońską twarz, a wystający brzuch i rysujący się wyraźnie drugi podbródek świadczyły o spożywaniu dużych ilości jedzenia i napojów, zabieranych z rogów obfitości niewolników.
Frigate usiadł na ziemi, lecz na znak blondyna podniesiono go na nogi. Amerykanin przyjrzał się mu uważnie.
— Wyglądasz jak młody Hermann Goring — oświadczył.
Natychmiast padł na kolana krzycząc z bólu — Drzewce włóczni trafiło go w nerki.
— Nie bijcie ich, póki nie rozkażę — powiedział blondyn po angielsku, lecz z wyraźnym niemieckim akcentem. — Niech mówią.
Przez kilka minut przyglądał się jeńcom badawczo.
— Tak, jestem Hermann Goring — oznajmił.
— Kto to jest Goring? — spytał Burton.
— Twój przyjaciel wyjaśni ci to później — odparł Niemiec. — Jeżeli będziesz miał jakieś „później”. Nie mam do was pretensji o świetną walkę, jaką stoczyliście. Szanuję tych, którzy potrafią walczyć. Zawsze przyda mi się parę dodatkowych włóczni, zwłaszcza że zabiliście mi sporo ludzi. Proponuję wam wybór. To znaczy wam, mężczyznom. Przyłączcie się do mnie, a będziecie mieli więcej jedzenia, alkoholu, tytoniu i kobiet, niż możecie zapragnąć. Albo zostaniecie moimi niewolnikami.
— Naszymi — wtrącił po angielsku drugi z mężczyzn. — Sapominasz, Hermann, sze mam do nich takie samo prafo jak, ty.
Goring uśmiechnął się i parsknął.
— Naturalnie! — powiedział. — Użyłem tylko królewskiego ja, że tak powiem. Bardzo dobrze — naszymi. A więc przysięgniecie, że będziecie nam służyć. Jeżeli przysięgniecie wierność mnie, Hermannowi Goringowi i temu oto Tulliusowi Hostilliusowi, niegdyś władcy starożytnego Rzymu, dokonacie słusznego wyboru.
Burton przyjrzał się uważniej. Czy to możliwe, że ów człowiek był legendarnym rzymskim królem? Władcą Rzymu, gdy ten był tylko małą wioską, otoczoną plemionami Sabinów, Ekwitów i Volsków? Na których z kolei napierali Umbrianie, sami cofający się przed potężnymi Etruskami? Cny naprawdę był to Tullius Hostillius, wojowniczy następca pokojowego Numy Pompiliusza? Niczym nie różnił się od tysięcy mężczyzn, jakich Burton widywał na ulicach Sieny. Lecz jeśli naprawdę był tym, za kogo się podawał, można by go porównać do skrzyni pełnej historycznych i lingwistycznych skarbów. Pochodził prawdopodobnie z Etrusków, więc znał ich język, nie mówiąc już o przedklasycznej łacinie, mowie Sabinów, a może i kampanijskiej grece. Może nawet znał Romulusa, legendarnego założyciela Rzymu. Jakież historie mógłby opowiedzieć!
— A więc? — zapytał Goring.
— Co mielibyśmy robić, gdybyśmy się do was przyłączyli? — zainteresował się Burton.
— Przede wszystkim musiałbym… musielibyśmy… upewnić się, że jesteście ludźmi, jakich nam potrzeba. Innymi słowy ludźmi, którzy bez wahania i natychmiast wykonają każdy nasz rozkaz. Poddamy was maleńkiej próbie.
Wydał polecenie i nim minęła minuta wprowadzono do hallu grupę ludzi. Wszyscy byli wychudzeni i wszyscy okaleczeni.
— Ulegli wypadkom przy pracy w kamieniołomach albo przy budowie murów — wyjaśnił Goring. Oprócz dwóch, których schwytano przy próbie ucieczki. Ci muszą zostać ukarani. Lecz zginąć powinni wszyscy, gdyż nie są już użyteczni. Nie musisz więc się wzdragać przed ich zabiciem. Zademonstrujesz w ten sposób, jak bardzo jesteś zdecydowany, by nam służyć. Zresztą — dodał — wszyscy są Żydami. Kto by się nimi przejmował?
Campbell, rudzielec, który wrzucił Gwenafrę do Rzeki, podał Burtonowi ciężką, nabijaną kamieniami maczugę. Dwaj strażnicy pochwycili jednego z niewolników i zmusili, by uklęknął. Był to wysoki blondyn o niebieskich oczach i greckim profilu; popatrzył na Goringa z nienawiścią i splunął.
— Jest arogancki jak cała jego rasa — roześmiał się Niemiec. — Gdybym chciał, mógłbym zmienić go w drżącą, wrzeszczącą masę mięsa, która żebrze o śmierć. Nie przepadam jednak za torturami. Mój przyjaciel chciałby mu dać pokosztować ognia, lecz ja jestem bardziej humanitarny.
— Mogę zabić broniąc swego życia, lub broniąc tych, którzy potrzebują ochrony — oświadczył Burton. Nie jestem mordercą.
— Zabicie tego Żyda będzie działaniem w obronie własnego życia — odparł Goring. — Jeżeli tego nie zrobisz, zginiesz, z tą różnicą, że potrwa to dłużej.
— Nie — odparł Burton.
— Och, wy Anglicy — westchnął Goring. — No cóż, wolałbym mieć cię po swojej stronie, ale jeśli nie chcesz postępować rozsądnie, twoja sprawa. A ty? — zwrócił się do Frigate'a.
Amerykanin wciąż krzywił się z bólu.
— Twoje popioły wyrzucono na kupę śmieci w Dachau — powiedział. — Za to, co robiłeś i za to, kim byłeś. Czy chcesz popełniać te same zbrodnie w tym świecie?
— Wiem, co się ze mną stało — roześmiał się Goring. — Żydowscy niewolnicy powtarzali mi to wystarczająco często. Co to za dziwadło? — wskazał na Monata.
Burton wyjaśnił.
— Nie mógłbym mu ufać — zasępił się Goring. — Idzie do obozu. A ty, małpoludzie? Co powiesz? Ku zaskoczeniu Burtona Kazz wystąpił naprzód.
— Zabiję dla ciebie. Nie chcę być niewolnikiem.
Chwycił maczugę. Strażnicy nastawili włócznie, na wypadek, gdyby miał inne niż Goring pomysły na wykorzystanie broni. Spojrzał na nich spod wystających brwi i zamachnął się. Trzasnęła kość i niewolnik runął na twarz. Kazz oddał maczugę Campbellowi i odstąpił. Unikał wzroku Burtona.
— Niewolnicy zbiorą się dziś wieczór — oznajmił Goring. — Przekonają się, co ich czeka, gdyby próbowali ucieczki. Uciekinierzy będą przez pewien czas przypiekani ogniem, potem skróci się ich cierpienia. Mój szanowny przyjaciel osobiście użyje maczugi. Lubi te rzeczy.
Wskazał palcem Alicję.
— Biorę ją. Tullius wstał.
— Nie, nie. Potopa mi się. Weśmiesz resztę, Hermann. Dam ci je opie. Ale ona… chcę ją mieć, barco. Wykląta na, jak to móficie, arystokratka. Mosze… królowa?
Burton ryknął wściekle, wyrwał Campbellowi maczugę i wskoczył na stół. Goring padł na plecy. Koniec pałki musnął niemal jego nos. Równocześnie Rzymianin pchnął włócznią, raniąc Burtona w ramię. Ten nie wypuścił broni, zamachnął się i wytrącił Tulliusowi dzidę.
Niewolnicy z krzykiem rzucili się na strażników. Frigate wyrwał komuś włócznię i jej drzewcem z całej siły uderzył w głowę Kazza. Neandertalczyk padł na ziemię. Monat kopnął jednego z przeciwników w krocze i złapał jego dzidę.
Burton nie zapamiętał nic więcej. Przyszedł do siebie na kilka godzin przed zmrokiem. Głowa bolała go jeszcze bardziej niż przedtem, klatka piersiowa i oba ramiona zesztywniały z bólu. Leżał na trawie w zagrodzie o średnicy jakichś pięćdziesięciu stóp, zbudowanej z sosnowych bali. Piętnaście stóp nad ziemią, wokół wewnętrznej części ogrodzenia, biegła drewniana galeryjka, po której spacerowali uzbrojeni wartownicy.
Siadając jęknął z bólu.
— Bałem się, że już z tego nie wyjdziesz — odezwał się Frigate, siedzący po turecku obok niego.
— Gdzie są kobiety? — spytał Burton.