Gdzie wasze ciała porzucone [To Your Scattered Bodies Go - pl]
- Автор: Фармер Филип Хосе
- Год: 1997
- Язык: польский
- Год: MAG
- ISBN: 83-86572-27-2
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Gdzie wasze ciała porzucone [To Your Scattered Bodies Go - pl]». Краткое содержание книги:
Loghu i de Greystock weszli na pokład. Frigate zameldował, że Esther wciąż jest nieprzytomna. Ruach zbadał jej puls i rozsunął powieki, po czym wrócił do Burtona.
— Żyje, ale straciła przytomność na dłużej.
— Wy, kobiety, wiecie, co was czeka — powiedział Burton. — Naturalnie, decyzja należy do was, ale radziłbym zanurkować jak najgłębiej i mocno odetchnąć wodą. Jutro zbudzicie się jak nowe.
Gwenafra wyszła z forkasztlu i objęła go w pasie. Nie płakała, lecz była bardzo przestraszona. Przytulił ją mocno.
— Alicjo! — zawołał. — Zabierz ją ze sobą.
— Gdzie? — Alicja spoglądała na przemian to na zbliżające się czółno, to na niego. Zakaszlała, gdy owionął ją kłąb dymu i przeszła na dziób, stając pod wiatr.
— Na dół — wskazał ręką Rzekę.
— Nie mogę.
— Nie chcesz chyba, żeby ją dostali. Jest małą dziewczynką, ale to ich nie powstrzyma. Alicja wyglądała, jakby miała się załamać i wybuchnąć płaczem. Opanowała się jednak. — Dobrze — powiedziała. — Samobójstwo tutaj nie jest grzechem. Mam tylko nadzieję…
— Tak? — rzucił krótko. Nie zaciągał; nie było na to czasu. Czółno było już czterdzieści stóp od nich.
— Nowe miejsce może być nie lepsze, albo i gorsze od tego. A Gwenafra zbudzi się całkiem sama. Wiesz, jak niewielkie są szanse na ponowne wskrzeszenie razem.
— Nic na to nie poradzimy.
Zacisnęła usta, potem otworzyła je i rzekła:
— Będę walczyć do ostatniej chwili. Potem…
— Może być za późno.
Podniósł łuk i wyjął strzałę z kołczana. De Greystock stracił swój, więc złapał broń Kazza. Monat trzymał łuk Esther, gdyż także zgubił własny. Neandertalczyk włożył kamień w procę i zaczął go rozkręcać. Lev także przygotował się do rzutu.
— Odłóżcie broń — krzyknął po niemiecku dowódca czółna. — Nie zrobimy wam krzywdy.
W sekundę później runął z pokładu pomiędzy wioślarzy — strzała Alicji trafiła go w pierś. Jeszcze jedna strzała, zapewne de Greystocka, strąciła z platformy drugiego mężczyznę. Kamień trafił w ramię jednego z wioślarzy. Przewrócił się krzycząc głośno. Drugi kamień odbił się od głowy innego, który wypuścił wiosło.
Czółno zbliżało się ciągle. Ludzie na tylnej platformie popędzali załogę do chwili, gdy obaj runęli trafieni strzałami.
Burton obejrzał się. Oba szkunery zrzucały żagle. Najwyraźniej miały zamiar z rozpędu podpłynąć tak blisko, by marynarze zdołali zarzucić haki. Lecz jeśli zbliżą się za bardzo, mogą zająć się ogniem.
Dziób czółna huknął o burtę „Hadżiego”. Z jego załogi czternaście osób było martwych lub zbyt ciężko poranionych, by brać udział w walce. Tuż przed zderzeniem napastnicy puścili wiosła i podnieśli w górę małe, okrągłe skórzane tarcze. Mimo to dwie strzały przebiły osłonę i utkwiły w ramionach ludzi. Nadal jednak stosunek sił wynosił dwudziestu mężczyzn przeciwko sześciu, pięciu kobietom i dziecku.
Jednym z nich był jednak wysoki na pięć stóp, owłosiony osobnik o straszliwej sile, trzymający w ręku wielką kamienną siekierę. Kazz wyskoczył w górę tuż przed zderzeniem i wylądował w czółnie, gdy tylko się zatrzymało. Zgruchotał toporem dwie czaszki i wbił go w dno łodzi. Woda chlusnęła do środka. De Greystock skoczył Kazzowi na pomoc wykrzykując coś w swym średniowiecznym dialekcie z Cumberlandu. W jednym ręku ściskał sztylet, w drugim potężną dębową maczugę nabijaną kamieniami.
Pozostali na „Hadżim” ciągle strzelali łuków. Nagle zobaczyli, że de Greystock i Kazz wspinają się z powrotem na pokład, a czółno tonie wraz z zabitymi, konającymi i przerażonymi wioślarzami. Wielu z nich utonęło; kilku odpłynęło lub próbowało wdrapać się na katamaran. Ci runęli w wodę z odrąbanymi lub zmiażdżonymi palcami.
Coś uderzyło o pokład obok Burtona, a w chwilę później coś innego opadło mu na ramiona. Odwrócił się błyskawicznie i odciął linę, która zaciskała mu się już na szyi. Odskoczył przed drugą i szarpnął potężnie trzecią, ściągając przez reling człowieka, który ją rzucił. Tamten wrzasnął i wylądował bokiem na pokładzie „Hadżiego”. Burton zmiażdżył mu twarz siekierą.
Napastnicy zeskakiwali już z obu szkunerów, a liny padały jedna za drugą. Dym i płomienie przyczyniały się jeszcze do zamieszania, a załodze katamaranu pomagały bardziej niż atakującym.
Burtona krzyknął, by Alicja wzięła Gwenafrę i skakała do Rzeki. Nie mógł jej dostrzec, a po chwili musiał bronić się przed wielkim Murzynem z włócznią. Tamten najwyraźniej zapomniał o rozkazie, by wziąć Burtona żywcem. Uderzał, chcąc zabić. Burton odbił włócznię i z krótkiego zamachu ciął go w szyję. Nim zdołał się odwrócić, poczuł ostry ból w żebrach i w ramieniu. Powalił jeszcze dwóch mężczyzn i znalazł się w wodzie. Spadł między burtami szkunera i „Hadżiego”, zanurkował, puścił siekierę i wyrwał z pochwy sztylet. Wypłynął i zobaczył, jak wysoki, kościsty rudzielec oburącz unosi nad głową krzyczącą Gwenafrę i ciska ją daleko w wodę.
Zanurkował znowu, a gdy wypłynął zobaczył twarz dziewczynki o kilka stóp przed sobą. Poszarzała, a jej oczy zmętniały. Potem dostrzegł krew, barwiącą wodę wokół niej. Zniknęła, zanim zdążył podpłynąć. Zanurkował, złapał ją i wyciągnął na powierzchnię. Z pleców sterczał jej sztylet z rybiego rogu.
Wypuścił z rąk ciało. Nie wiedział; dlaczego ten człowiek ją zabił, skoro tak łatwo mógł ją wziąć do niewoli. Może to Alicja wbiła sztylet, a tamten uznał, że dziewczynka jest już właściwie martwa, więc rzucił ją rybom na pożarcie.
Z kłębów dymu wypadł jakiś człowiek, a zaraz za nim drugi. Pierwszy był martwy — miał skręcony kark. Drugi żył jeszcze. Burton zacisnął mu ramię na szyi i wbił sztylet pomiędzy ucho i surę. Tamten przestał się szarpać i jego ciało opadło w głębinę.
Z dymu wyskoczył Frigate; twarz i ramiona miał zalane krwią. Ukośnie uderzył o powierzchnię wody i zanurkował. Burton popłynął mu na pomoc. Nie było sensu nawet próbować powrotu na pokład. Był pełen walczących, a zbliżały się następne czółna i dłubanki.
Głowa Frigate'a wynurzyła się z wody. Był blady, przynajmniej tam, gdzie nie krwawił. Burton podpłynął do niego.
— Czy kobiety się wydostały? — zapytał.
Amerykanin pokręcił głową i nagle krzyknął:
— Uważaj!
Burtona zgiął się w pół i pionowo zszedł pod wodę. Coś uderzyło go w nogi; płynął w dół, lecz nie potrafił się zmusić, by wciągnąć w płuca wodę, jak zamierzał. Będzie walczył, aż będą musieli go zabić.
Kiedy wypłynął, w wodzie roiło się od ludzi, którzy skoczyli za nim i Frigatem. Półprzytomnego Amerykanina holowano w stronę czółna. Trójka nieprzyjaciół zbliżyła się do Burtona. Dwóch z nich zdążył dosięgnąć sztyletem, lecz potem ktoś z dłubanki wyciągnął rękę z maczugą i uderzył go w głowę.
15
Wyprowadzono ich na brzeg koło wielkiej, drewnianej budowli, obok palisady z sosnowych bali. Przy każdym kroku gzowa Burtona pulsowała bólem. Bolało go ramię i żebra, ale rany przestały już krwawić. Zbudowana z wielkich pni forteca miała wystające piętro. Wszędzie kręcili się strażnicy. Jeńcy weszli przez bramę zamykaną potężnymi wrotami, potem przeszli sześćdziesiąt stóp porośniętego trawą dziedzińca i kolejną bramę, prowadzącą do hallu o rozmiarach pięćdziesiąt na trzydzieści stóp. Stanęli przed okrągłym, dębowym stołem, wszyscy prócz Frigate'a, zbyt słabego, by utrzymać się na nogach. Chwilę trwało, nim w tym mrocznym, chłodnym wnętrzu potrafili rozróżnić postacie dwóch ludzi, siedzących po drugiej stronie.