Gdzie wasze ciała porzucone [To Your Scattered Bodies Go - pl]
- Автор: Фармер Филип Хосе
- Год: 1997
- Язык: польский
- Год: MAG
- ISBN: 83-86572-27-2
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Gdzie wasze ciała porzucone [To Your Scattered Bodies Go - pl]». Краткое содержание книги:
Kilka kobiet zaczęło krzyczeć, jakiś mężczyzna zawołał coś głośno. Znaleźli tu siarkę, pomyślał Burton. Inaczej nie mieliby z czego zrobić prochu.
Krzyknął na Loghu i Esther Rodriguez, żeby przejęły ster. Obie były blade, lecz dość spokojne, mimo że żadna z nich nie widziała nigdy bomby.
Gwenafra schowała się do forkasztlu. Alicja stanęła na dziobie z cisowym łukiem w ręku i kołczanem pełnym strzał na plecach. Jej jasna cera kontrastowała mocno z czerwoną szminką i zielonymi cieniami na powiekach. Przeżyła już co najmniej dziesięć bitew na wodzie i stała nieruchomo jak kredowe urwisko Dover. Była najlepszym łucznikiem w grupie. Burton świetnie strzelał z broni palnej, lecz nie miał doświadczenia z łukiem. Kazz potrafił napiąć łuk z rogów rzecznego smoka jeszcze mocniej niż Burton lecz jego celność wołała o pomstę do nieba. Frigate twierdził, że nigdy się nie poprawi; jak większość osobników prehistorycznych nie miał wyrobionego poczucia perspektywy.
Obsługa katapulty nie ładowała następnej bomby. Najwyraźniej pocisk miał być tylko ostrzeżeniem i rozkazem zatrzymania się. Burton zdecydowany był w żadnym wypadku nie usłuchać. Goniący mogli już kilkakrotnie naszpikować ich strzałami. Nie zrobili tego, a więc chcieli schwytać ich żywcem.
Czółno przepłynęło tuż za rufą katamaranu. Woda pieniła się przed jego dziobem, wiosła lśniły w słońcu, a wioślarze rytmicznie stękali z wysiłku. Łódź zakołysała się, gdy dwaj mężczyźni równocześnie skoczyli z przedniej platformy. Jeden wpadł do wody. Tylko końcami palców zdołał dotknąć „Hadżiego”. Drugi wylądował na kolanach na samej krawędzi pokładu. Trzymał w zębach bambusowy nóż; w dwóch pochwach u pasa miał niedużą kamienną siekierę i sztylet z rogu. Przez sekundę, gdy próbował chwycić za mokre deski i podciągnąć się, patrzył prosto w oczy Burtona. Miał złote włosy, jasnoniebieskie oczy i klasycznie piękną twarz. Zamierzał chyba zranić jednego czy dwóch mężczyzn na „Hadżim” i zeskoczyć do wody, może z którąś z kobiet. A w czasie, gdy oni będą z nim walczyć, jego towarzysze podpłyną, zatrzymają katamaran, wskoczą na pokład i to będzie koniec.
Jego plan nie miał wielkich szans powodzenia, a on sam prawdopodobnie o tym wiedział, lecz nie przejmował się. Większość ludzi ciągle bała się śmierci, gdyż lęk tkwił głęboko w komórkach ich ciał. Reagowali instynktownie. Ale niektórzy potrafili przezwyciężyć strach, a inni nigdy go nie odczuwali.
Burton podszedł i siekierą uderzył napastnika w skroń. Tamten otworzył usta i runął na wznak; bambusowy nóż upadł na pokład. Burton podniósł nóż, rozwiązał zabitemu pas i nogą zepchnął w wodę. Z zawracającego właśnie czółna rozległ się głośny ryk. Burton zobaczył, że brzeg zbliża się szybko. Nakazał zwrot. Bom przeleciał nad pokładem; płynęli w poprzek Rzeki a tuzin łodzi pędziło w ich stronę; trzy dłubanki niosące po czterech ludzi, cztery wielkie czółna i pięć dwumasztowych szkunerów. Te ostatnie miały liczne załogi i katapulty na pokładach.
Na środku Rzeki Burton zarządził kolejny zwrot. Manewr pozwolił żaglowcom zbliżyć się niebezpiecznie, ale Burton liczył się z tym. „Hadżi” wpłynął pomiędzy dwa szkunery. Były tak blisko, że wyraźnie widział twarze ludzi na pokładach. Większość z nich miała europejskie rysy, choć cerą różnili się znacznie od siebie.
— Nie zrobimy wam krzywdy, jeśli się poddacie, ale będziecie cierpieć tortury, jeśli spróbujecie walczyć dalej! — krzyknął po niemiecku kapitan łodzi z lewej burty. Mówił z silnym akcentem, chyba węgierskim. Zamiast odpowiedzi Alicja i Burton wystrzelili z łuków. Strzała Alicji minęła dowódcę, ale trafiła sternika, który zatoczył się i wypadł przez reling. Łódź natychmiast zeszła z kursu. Kapitan skoczył do steru i druga strzała Burtona trafiła go nad kolanem.
Oba szkunery zderzyły się z trzaskiem i rozdzieliły. Pękały drewniane burty, ludzie krzyczeli, przewracali się i wypadali do wody. Jeśli nawet oba statki utrzymają się na powierzchni, będą wyłączone z pościgu. Tuż przed zderzeniem łucznicy zdążyli wystrzelić tuzin płonących strzał. Do drzewców przywiązano pęki suchej trawy nasączonej terpentyną z sosnowej żywicy. Wbiły się w żagiel katamaranu. Wiatr rozdmuchiwał ogień i płomienie rozprzestrzeniały się szybko.
Burton przejął ster od kobiet i wydał rozkazy. Wszyscy zanurzyli w Rzece wiadra z wypalanej gliny i otwarte rogi obfitości, po czym chlusnęli wodą na żagiel. Loghu, która umiała wspinać się jak małpa, wdrapała się na maszt z liną na ramieniu. Opuściła ją na dół i zaczęła wciągać pojemniki z wodą. Pozostałe żaglowce i czółna zbliżyły się niebezpiecznie. Jedno z nich miało wkrótce przeciąć kurs „Hadżiego”. Burton zrobił zwrot, niezbyt udany, gdyż Loghu obciążała maszt. Bom szarpnął gwałtownie, gdy mężczyźni nie zdołali utrzymać szotów. Kolejne strzały wbiły się w żagiel, podsycając ogień. Kilka stuknęło o pokład. Burton pomyślał, że może przeciwnicy zmienili zdanie i postanowili ich zabić, lecz były to tylko strzały, które chybiły celu.
„Hadżi” wpłynął między kolejne dwa szkunery. Ich dowódcy i marynarze uśmiechali się szeroko: Być może nudzili się już tak długo, że z radością powitali ten pościg. Mimo to załogi kryły się za relingami, pozostawiając tylko oficerów, sterników i łuczników odsłoniętych na strzały uciekających. Brzęknęły cięciwy i ciemne smugi o czerwonych głowicach i błękitnych dymnych ogonach przebiły żagiel w dwudziestu miejscach. Kilka z nich trafiło w maszt i bom, jedna przeleciała kilka cali od głowy Burtona.
Esther chwyciła ster, a Alicja, Ruach, Kazz, de Greystock i Wilfreda wystrzelili z łuków. Loghu znieruchomiała na maszcie czekając, aż ustanie deszcz wrogich pocisków. Z pięciu strzał trzy trafiły w cel, raniąc kapitana, sternika i jednego z żeglarzy, który w złym momencie wyjrzał zza osłony.
Nagle Esther krzyknęła i Burton obejrzał się szybko. Zza szkunera wypłynęło duże czółno i znalazło się kilka stóp przed dziobem „Hadżiego”. Zderzenie było nieuniknione. Dwaj ludzie z platformy skoczyli do wody, wioślarze wstali lub próbowali to zrobić, by wyskoczyć za burtę. Katamaran uderzył w czółno, tuż za dziobem, przełamał je i wywrócił. Cała załoga znalazła się w wodzie. „Hadżim” szarpnęło mocno; de Greystock spadł z pokładu, Burton przejechał po deskach, ścierając skórę z piersi, kolan i twarzy.
Wstrząs oderwał Esther od wiosła sterowego. Przetoczyła się po pokładzie, uderzyła o róg forkasztlu i znieruchomiała.
Burton spojrzał w górę. Żagiel płonął i nie było nadziei, by dało się go uratować. Loghu zniknęła, zapewne nie zdołała utrzymać się przy wstrząsie. Kiedy wstał, zobaczył ją i Greystocka, jak płyną w stronę „Hadżiego”. W wodzie wokół nich pełno było marynarzy, którzy wypadli z czółna. Sądząc po wrzaskach, niewielu z nich umiało pływać.
Burton polecił mężczyznom wciągnąć na pokład wracającą dwójkę, a sam obejrzał uszkodzenia. Oba dzioby wąskich kadłubów rozpadły się przy zderzeniu, woda lała się do środka, wokół kłębił się dym z płonącego żagla; Alicja i Gwenafra kaszlały głośno.
Od północy szybko zbliżało się kolejne czółno; dwa szkunery żeglowały w ich stronę ostrym kursem. Mogli walczyć i poranić wielu nieprzyjaciół, próbujących wziąć ich żywcem. Mogli też uciekać wpław. Tak czy tak, z pewnością zostaną schwytani.