Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Gdzie wasze ciała porzucone [To Your Scattered Bodies Go - pl]
Gdzie wasze ciała porzucone [To Your Scattered Bodies Go - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Gdzie wasze ciała porzucone [To Your Scattered Bodies Go - pl]

Электронная книга - «Gdzie wasze ciała porzucone [To Your Scattered Bodies Go - pl]». Краткое содержание книги:

Sir Richard Burton, dziewiętnastowieczny angielski podróżnik, pisarz i awanturnik, umiera. Jednak śmierć nie jest końcem, jest początkiem. Budzi się w dziwnym świecie — ogromnej krainie, będącej doliną nieskończenie długiej rzeki. Krainie zamieszkanej przez wszystkich ludzi, którzy kiedykolwiek żyli i umarli na ziemi — od neandertalczyków po kluczowe postacie naszej historii. Wraz z grupką niezwykłych towarzyszy wyrusza w podróż ku źródłom Rzeki w poszukiwaniu odpowiedzi na pytania zasadnicze — czym jest ten świat, kto go stworzył i kto w nim ustanawia prawa. Powieść, rozpoczynająca jeden z najsłynniejszych cykli fantastycznych, zdobyła nagrodę Hugo (1972) i uznanie czytelników na całym świecie.
1 ... 32 33 34 35 36 37 38 39 40 ... 55
Перейти на страницу:

— Na miłość boską, Peter! — zawołał Burton. — Sugerujesz istnienie duszy?

— Czegoś analogicznego do duszy — kiwnął głową Frigate. — Czegoś, co ludzie pierwotni przeczuwali niewyraźnie i nazywali duszą.

Burton miał ochotę się roześmiać, lecz nie chciał moralnie ani intelektualnie wspierać — Goringa, który pierwszy ryknął śmiechem.

— Nawet tutaj — powiedział, gdy się uspokoił — nawet w tym świecie, którego istnienie w oczywisty sposób wynika z nauki, zwolennicy czynników nadnaturalnych ciągle muszą próbować. Ale dość o tym. Przejdźmy do bardziej konkretnych spraw. Powiedzcie, zmieniliście zdanie? Jesteście gotowi się do mnie przyłączyć?

Burton spojrzał na niego spod oka.

— Nie będę służył pod rozkazami człowieka, który gwałci kobiety — oświadczył. — Co więcej, szanuję Izraelitów. Wolę raczej być niewolnikiem wraz z nimi niż wolnym człowiekiem przy tobie.

Goring zmarszczył brwi.

— Bardzo dobrze. Spodziewałem się tego. Miałem jednak nadzieję… cóż, mam kłopoty z Rzymianinem. Jeśli postawi na swoim, sami zobaczycie, jaki łaskawy byłem dla was, niewolników. Nie znacie go. Tylko moja interwencja sprawia, że każdego wieczoru któryś z was nie jest torturowany na śmierć dla jego rozrywki.

W południe Burtona i Frigate'a zaprowadzono do pracy na wzgórza. Żaden z nich nie zdołał porozmawiać z Targoffem czy kimś z jego grupy, gdyż praca nie pozwalała na bezpośredni kontakt. Otwarte próby rozmowy groziły chłostą.

Wieczorem, po powrocie do zagrody, Burton opowiedział, co im się przydarzyło.

— Targoff prawdopodobnie nie uwierzy w tę historię. Pomyśli, że jesteśmy szpiegami. Nawet jeśli nie będzie pewny, to nie może ryzykować. Będą kłopoty. Szkoda, że tak się stało. Ucieczkę trzeba będzie przełożyć.

Z początku nic niezwykłego się nie działo. Izraelczycy odwracali się, kiedy Burton albo Frigate próbowali z nimi rozmawiać. O zmierzchu pojawiły się gwiazdy i zagrodę zalało światło tak mocne, jak podczas pełni księżyca na Ziemi.

Więźniowie nie wychodzili na zewnątrz, ale cichymi głosami szeptali coś między sobą. Mimo ogromnego zmęczenia nikt nie mógł zasnąć. Strażnicy musieli wyczuwać napięcie, choć nie mogli widzieć ani słyszeć ludzi w barakach. Chodzili tam i z powrotem po galeryjce, rozmawiali w grupach, przy świetle gwiazd i żywicznych pochodni próbowali zobaczyć, co się dzieje na dole.

— Targoff nie zrobi nic, dopóki nie zacznie padać — stwierdził Burton. Wydał rozkazy. Frigate miał czuwać pierwszy. Spruce drugi, on sam na końcu. Potem położył się na stosie liści i zasnął, nie zważając na szepty wokół siebie.

Zdawało mu się, że Spruce zbudził go, ledwo zdążył zamknąć oczy. Wstał szybko, ziewnął i przeciągnął się. Pozostali nie spali. Po paru minutach zebrały się pierwsze chmury. Po dziesięciu zakryły gwiazdy. Od gór dobiegł huk gromu, pierwsza błyskawica rozświetliła niebo.

W pobliżu uderzył piorun. W krótkim błysku Burton dostrzegł, że wartownicy kulą się pod dachami budek strażniczych, okryci ręcznikami dla ochrony przed ulewą i zimnem. Poczołgał się do sąsiedniego baraku. Targoff stał przy wejściu. Burton wstał.

— Czy plan jest ciągle aktualny? — zapytał.

— Sam chyba wiesz — warknął Targoff. — Ty Judaszu!

Zrobił krok naprzód; dziesięciu ludzi stanęło za nim. Burton nie czekał; zaatakował. Lecz kiedy ruszał, usłyszał jakiś dziwny dźwięk. Odwrócił się i wyjrzał na zewnątrz. Błyskawica oświetliła strażnika, leżącego twarzą ku ziemi na trawie pod galeryjką.

Gdy Burton odwrócił się do niego plecami, Targoff opuścił pięści. — Co się tam dzieje? — zapytał.

— Zaczekaj — rzucił Burton. Nie wiedział więcej niż tamten, ale każde niespodziewane zdarzenie mogło obrócić się na jego korzyść.

W krótkim błysku zobaczył na drewnianej galeryjce krępą sylwetkę Kazza. Zamierzał się kamienną siekierą na grupę strażników, skulonych w kącie utworzonym przez stykające się dwie ściany palisady. Następny błysk: strażnicy leżeli. Jeszcze jeden: następny wartownik spadł na ziemię, dwaj pozostali uciekali w przeciwne strony.

W świetle kolejnej błyskawicy Burton dostrzegł, że reszta strażników zorientowała się, że coś się dzieje. Biegali galeryjką krzycząc i wymachując włóczniami.

Kazz nie zwracał na nich uwagi. Opuścił na dół bambusową drabinę i zrzucił pęk dzid. Przy kolejnym błysku Burton zobaczył, jak rusza w stronę najbliższych strażników. Pochwycił włócznię i niemal pędem wbiegł na drabinę. Inni, nie wyłączając Izraelczyków, podążyli za nim.

Walka była krótka i krwawa. Wartowników zakłuto dzidami, niektórzy zginęli przy upadku na ziemię. Pozostali tylko ci, którzy schronili się w budkach. Więźniowie przenieśli drabinę do bramy, zeskoczyli po drugiej stronie i otworzyli wrota. Po raz pierwszy Burton mógł zamienić kilka słów z Kazzem.

— Myślałem, że nas sprzedałeś.

— Nie. Nie ja, Kazz — odparł z wyrzutem neandertalczyk. — Ty wiedzieć, że cię kochać, Burton — naq. Ty być mój przyjaciel, mój wódz. Udawać, że połączyć się z wrogiem, bo to chytre. Dziwić się, że też tak nie robić. Chyba nie być głupi.

— Ty nie jesteś na pewno — oświadczył Burton. — Ale nie mogłem się zmusić, żeby zabić tych niewolników.

W świetle błyskawicy zobaczył, że Kazz wzrusza ramionami.

— Mnie nie przeszkadzać. Nie znać ich. Zresztą ty słyszeć Goring. On mówić, że oni i tak zginąć.

— Dobrze się złożyło, że akurat tę noc wybrałeś, żeby nas uwolnić — powiedział Burton. Nie tłumaczył dlaczego. Wolał nie robić zamieszania. Zresztą były ważniejsze sprawy.

— Dziś dobra noc — zapewnił Kazz. — Toczyć się wielka bitwa. Tullius i Goring pijani, kłócić się. Walczyć i ich ludzie też walczyć. Kiedy oni się zabijać, przypłynąć najeźdźcy. Ci brązowi ludzie zza Rzeki… jak nazywać?… Onondaga, to oni. Ich łodzie przybić do brzegu kiedy zacząć padać. Napaść, żeby ukraść niewolników, a może po prostu to lubić. Więc myśleć, dobra pora zacząć uwalniać Burton — naq.

Deszcz ustał równie nagle jak się zaczął. Burton słyszał krzyki i wrzaski gdzieś od strony Rzeki. Na brzegach biły bębny. Odwrócił się do Targoffa.

— Możemy uciekać, co pewnie uda nam się bez trudu — powiedział. — Możemy też atakować.

— Chcę zetrzeć z powierzchni ziemi te bestie, które nas wzięły w niewolę — odparł Targoff. — W pobliżu są inne zagrody. Posłałem ludzi, żeby otworzyli bramy. Pozostałe są za daleko, żeby można było szybko do nich dotrzeć. Stoją w odstępach co pół mili.

Tymczasem zdobyto barak, w którym odpoczywali strażnicy. Więźniowie uzbroili się we włócznie i ruszyli w stronę, skąd dobiegały odgłosy bitwy. Grupa Burtona znalazła się na prawym skrzydle. Nim przeszli pół mili natknęli się na pierwszych zabitych i rannych — Indian i białych.

Mimo niedawnej ulewy wybuchł pożar w głównym budynku. W świetle płomieni uciekinierzy coraz wyraźniej widzieli walczących ludzi. Nagle Onandaga przełamali obronę na jednym skrzydle. Ludzie Goringa rzucili się do ucieczki wprost ku zbliżającym się niewolnikom. Indianie pędzili za nimi, wyjąc i krzycząc triumfalnie.

— Tam jest Goring — powiedział Frigate. — Ten jego tłuszcz nie pomoże mu się wydostać, to pewne. Wskazał ręką. Burton dostrzegł Niemca, który rozpaczliwie przebierał nogami, lecz coraz bardziej zostawał z tyłu.

— Nie chcę, żeby Indianom przypadł zaszczyt zabicia go — oświadczył. — Sami to załatwimy. Jesteśmy to winni Alicji.

1 ... 32 33 34 35 36 37 38 39 40 ... 55
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)