KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów
- Автор: Акунин Борис Чхартишвили
- Серия: Przygody Erasta Fandorina #8
- Язык: польский
- Жанр: Исторические детективы
Электронная книга - «KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów». Краткое содержание книги:
Dlatego zdenerwowanie, które ogarnęło mnie po tym sławetnym meczu tenisowym, powinno być w pełni zrozumiałe, tym bardziej że Ksenia Gieorgijewna już miała narzeczonego, skandynawskiego księcia o dużych szansach na koronę (wszyscy wiedzieli, że jego starszy brat, następca tronu, jest chory na suchoty). Musiałem szybko się kogoś poradzić, kogoś, kto dobrze zna dusze młodych panienek, ja sam bowiem, jak już wspominałem, nie mogłem się uważać za znawcę takich problemów.
Po długich wahaniach zdecydowałem się zawierzyć mademoiselle Declique i oznajmiłem jej o swoim zaniepokojeniu w najbardziej ogólnych i taktownych słowach. Mademoiselle mimo to od razu mnie zrozumiała i - co zaskakujące - zupełnie się nie zdziwiła. Mało tego, do moich słów odniosła się z przerażającą lekkomyślnością.
- Tak, tak. - Skinęła w roztargnieniu główką. - Też zauważyłam. To piękny mężczyzna, a ona jest w takim wieku. To nic. Niech Ksenia trochę pozna miłość, póki jej nie zamkną pod szklanym kloszem.
- Jak możecie coś takiego mówić! - wykrzyknąłem przerażony. - Jej wysokość już jest zaręczona!
- Ach, monsieur Ziukin, widziałam w Wiedniu jej narzeczonego, księcia Olafa. - Mademoiselle zmarszczyła nos.
- Ale w razie śmierci jego starszego brata... a wszyscy wiedzą, że ten ma suchoty... książę Olaf będzie następcą tronu. A to znaczy, że Ksenia Gieorgijewna może zostać królową!
Uwaga, która tak mnie zaszokowała, była zapewne rezultatem przygnębienia i rozterki duchowej. Zauważyłem, że rankiem mademoiselle nie była obecna, i chyba domyśliłem się, w czym rzecz.
Bez wątpienia osoba tak energiczna i aktywna nie mogła usiedzieć z założonymi rękoma - pewnikiem usiłowała podjąć jakieś własne poszukiwania. Tylko co ona może - sama jedna, w obcym kraju, w nieznanym mieście - kiedy nawet policja czuje się bezsilna.
Mademoiselle wróciła taka zmęczona i nieszczęśliwa, że nie mogłem wprost patrzeć. Po części i z tego właśnie powodu, chcąc odciągnąć jej myśli od malutkiego wielkiego księcia, rozpocząłem z nią rozmowę na zajmujący mnie temat.
Żeby ją trochę uspokoić, opowiedziałem, jak się sprawy mają. Wspomniałem (rozumie się, bez podkreślania własnej roli) o odpowiedzialnej misji, która przypadła mi w udziale.
Oczekiwałem, że usłyszawszy o nowej nadziei, mademoiselle się ucieszy, ale ona wysłuchała mnie do końca, popatrzyła z jakimś dziwnym przestrachem i nagle rzekła:
- Ale przecież to bardzo niebezpieczne. - I odwracając oczy, dodała: - Aj, wiem, pan jest odwaszny... Ale niech pan nie będzie zbyt śmiały, dopsze?
Trochę straciłem wątek i zapadła niezbyt taktowna cisza.
- Ach, jaki pech! - W końcu odzyskałem rezon, spoglądając w okno. - Znowu pada deszcz. A przecież na wieczór zaplanowano zbiorową chóralną serenadę dla ich cesarskich mości. Deszcz może wszystko zepsuć.
- Lepiej niech pan myśli o sobie. Pan musi jechać w otwahta kaheta - powiedziała cicho mademoiselle, prawie nie plącząc przypadków, a ostatnie zdanie wyszło jej bezbłędnie: - Łatwo się przeziębić.
* * *
Kiedy wyjechałem z bramy dwukółką z odsłoniętym dachem, rozpadało się już na dobre i zanim dotarłem do placu Kałuskiego, przemokłem do suchej nitki. To było jeszcze pół biedy: najgorsze, że w całym potoku pojazdów jadących Krowim Wałem, tylko ja jeden zwracałem uwagę. Solidny człowiek, z wielkimi wąsami i bakenbardami, z jakiegoś powodu nie podniósł skórzanego daszka: z ronda melonika strumieniami płynie woda, twarz także cała zalana deszczem, porządny tweedowy garnitur obwisł jak mokry worek. Ale jak inaczej miał mnie rozpoznać człowiek doktora Linda?
U moich stóp stała ciężka walizka, wypełniona dwudziestopięciorublówkami. Przede mną i za mną, zachowując ostrożny odstęp, jechali agenci pułkownika Karnowicza. Byłem dziwnie spokojny, nie czułem strachu - pewnie moje nerwy zamarły po tak długim oczekiwaniu i od tej wilgoci.
Oglądać się do tyłu nie śmiałem, ponieważ instrukcja surowo mi tego zabraniała, ale na boki od czasu do czasu rzucałem spojrzenie, przypatrując się nielicznym przechodniom.
Na pół godziny przed wyjazdem zatelefonował do mnie Fonia Anikiejewicz i powiedział:
- Pan Łasowski zdecydował się podjąć specjalne środki - słyszałem, jak meldował o tym jego wysokości. Rozstawił filerów od placu Kałuskiego aż do samej rzeki Moskwy. Co pięćdziesiąt kroków. Polecił im czuwać i brać każdego, kto zbliży się do waszej kolaski. Boję się, aby nie spowodowało to zagrożenia dla życia Michała Gieorgijewicza.
Filerów rozpoznawałem bez trudu - któż oprócz nich będzie spacerował ze znudzoną miną w taką ulewę? Z wyjątkiem tych panów, z jednakowymi czarnymi parasolami, na trotuarach praktycznie nikogo nie było. W obie strony jechały powozy, ciasno - prawie koło przy kole. Za Wałem Zacepskim (nazwę odczytałem z tabliczki) do mojego boku przyczepił się ojczulek w karocy z naciągniętym ceratowym dachem. Zły, gdzieś się chyba spieszył, bo ciągle pokrzykiwał na woźnicę: „Żywiej, żywiej, sługo boży!”. A jak tu można żywiej, skoro z przodu same karety, kolaski, szarabany i omnibusy?
Minęliśmy rzeczkę czy jakiś kanał, potem szerszą rzekę, łańcuch filerów dawno już się skończył, a mnie nikt nie zaczepił. Byłem już całkiem pewny, że Lind, zauważywszy agentów, zrezygnował ze spotkania. Na szerokim skrzyżowaniu potok pojazdów się zatrzymał - policjant w długiej pelerynie, gwiżdżąc gorliwie, dał sygnał przejazdu dla wyjeżdżających z przecznicy. Korzystając z naszego postoju, między pojazdy wbiegli gazeciarze. „Gazieta-Kopiejka”! „Moskowskije Wiedomosti”! „Russkoje Słowo”! -wrzeszczeli.
Jeden z nich, z przylepionym do czoła lnianym czubem i w ciemnej od wilgoci plisowanej koszuli wypuszczonej na spodnie, nagle złapał się ręką za hołoble i zgrabnie wskoczył na siedzenie obok mnie. Taki był malutki, żwawy, że z tylnych kolasek pewnie go nawet nie dostrzegli przez ścianę deszczu.
- Skręcaj w prawo, wujek - rzekł chłopak, stukając mnie łokciem w bok. - I nie rozglądaj się, nie wolno.