KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów
- Автор: Акунин Борис Чхартишвили
- Серия: Przygody Erasta Fandorina #8
- Язык: польский
- Жанр: Исторические детективы
Электронная книга - «KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów». Краткое содержание книги:
Bardzo chciałem się obejrzeć, by sprawdzić, czy agenci nie przegapili takiego nieoczekiwanego posłańca, ale nie śmiałem. Sami zobaczą, że skręcam.
Pociągnąłem wodze w prawo, strzeliłem z bata i koń skręcił w krzywą uliczkę, bardzo przyzwoicie wyglądającą, obstawioną pięknymi murowanymi domami.
- Gnaj, wujek, gnaj! - krzyknął chłopczyna, oglądając się. - Dawaj!
Wyrwał mi bat, gwizdnął jak rozbójnik, uderzył karą, a ta z całych sił zagruchotała kopytami po kocich łbach.
- Skręcaj tutaj! - Mój przewodnik pokazał palcem w lewo.
Wpadliśmy w jeszcze mniejszą uliczkę, biegnącą prosto, i przejechaliśmy skrzyżowanie, znowu zawróciliśmy. Później jeszcze raz i jeszcze raz.
- Tędy jedź, w bramę! - pokazał „gazeciarz”.
Pociągnąłem wodze i wjechaliśmy pod ciemny, wąski łuk bramy.
Nie minęło pół minuty, kiedy obok, ze stukotem i trzaskiem, przemknęły dwie kolaski z agentami, a potem zapadła cisza, tylko deszcz coraz głośniej młócił nawierzchnię jezdni.
- I co teraz? - spytałem, ostrożnie przypatrując się posłańcowi.
- Czekaj - rzucił z ważną miną, dmuchając na zziębnięte dłonie.
Na policję dworu nie mogłem już liczyć. Mimo to się nie bałem, ponieważ z takim przeciwnikiem mogłem sam sobie poradzić. Taki smarkacz! Złapać za wątłe ramionka, potrząsnąć jak należy, a powie, kto go wysłał. I trop się odnajdzie.
Przyjrzałem się lepiej małemu, zauważyłem napuchłe, zupełnie nie dziecięce usta, zmrużone oczy. Wilczek, prawdziwy wilczek. Z takiego prawdy nie wytrzęsiesz.
Nagle z daleka znowu dobiegł odgłos podjeżdżającego zaprzęgu. Wyciągnąłem szyję, a chłopak natychmiast wykorzystał nadarzającą się okazję. Usłyszałem szelest, odwróciłem się, i już obok mnie nikogo nie było, tylko rozmazany ślad na mokrym siedzeniu.
Zeskoczyłem z kozła, wybiegłem z bramy na trotuar i zobaczyłem czwórkę krzepkich wronych koni, szybko ciągnących za sobą karetę z całkowicie zasłoniętymi oknami. Woźnica w nisko opuszczonym kapturze głośno strzelał z długiego bata nad błyszczącymi końskimi kłębami. Kiedy pojazd zrównał się z łukiem bramy, zasłony rozsunęły się niespodzianie, i tuż przed sobą zobaczyłem bladą twarzyczkę jego wysokości, złote kędziory i znaną mi marynarską czapeczkę z czerwonym pomponem.
Michał Gieorgijewicz też mnie zobaczył i głośno krzyknął:
- Afon! Afon!
Właśnie tak mnie zawsze nazywał. Też chciałem krzyknąć, otworzyłem usta, ale tylko jęknąłem. Boże, co robić? Wycofać z bramy dwukółkę - to zajmie zbyt wiele czasu, nie zdążę.
Zapominając o sobie i zupełnie nie myśląc, co robię, zacząłem biec za karetą. Nawet nie zauważyłem, kiedy z mojej głowy spadł mokry melonik.
- Stój! - krzyczałem. - Stój!
Nad dachem karety widziałem okrągły kapelusz woźnicy i unoszony bat.
Nigdy w życiu nie biegłem tak szybko, nawet kiedy byłem dworskim gońcem.
Jasne, że nie byłbym w stanie dogonić czterokonnego zaprzęgu, gdyby uliczka nie skręcała nagle ostro w bok. Kareta zwolniła bieg, lekko kołysząc się na boki. Kilkoma ogromnymi skokami skróciłem dystans, skoczyłem i uczepiłem się obiema dłońmi antaby bagażowej. Podciągnąłem się i już prawie cały znalazłem się na tylnej ławeczce, gdy woźnica, nie odwracając się, machnął batem do tyłu, ponad dachem i uderzył mnie w ciemię. Upadłem twarzą w kałużę, przeturlałem się przez nią, wznosząc fontannę błota. Uniosłem się na rękach, ale kareta już skręciła za róg.
A kiedy, kulejąc i wycierając rękawem zapaćkaną twarz, wróciłem do dwukółki, walizy z pieniędzmi już tam nie było.
9 maja
Uroczysty orszak już minął Łuk Tryumfalny, gdy ja, dławiąc się i oblewając potem, wyskoczyłem z wynajętego powozu i bezceremonialnie rozpychając się łokciami, zacząłem się przebijać przez gęsty tłum, który oblepił Wielką Twerską-Jamską z obu stron.
W dół ulicy szpalerami stało wojsko, przecisnąłem się zatem do oficera, próbując wyciągnąć z kieszeni wzorzysty kartonowy talon, uprawniający do udziału w uroczystości. Okazało się to wcale niełatwe, ponieważ z powodu ciasnoty nie mogłem w żaden sposób wyprostować łokci. Zrozumiałem, że trzeba będzie poczekać, aż obok przejedzie najjaśniejszy pan, a potem prześlizgnąć się na koniec kolumny.
Na niebie świeciło świąteczne, promieniste słońce - po raz pierwszy od wielu dni; powietrze napełniło się biciem dzwonów i okrzykami „hurra!”.
Cesarz przybywał, trasa ceremonialnego wjazdu do dawnej stolicy prowadziła z podmiejskiego pałacu Piotrowskiego do Kremla.
Z przodu na ogromnych koniach jechało dwunastu konnych żandarmów i jakiś żartobliwy głos za moimi plecami dość głośno powiedział:
- C’est symbolique, n’est ce pas?* [To symboliczne, nieprawdaż? (fr.).] Od razu widać, kto u nas w Rosji jest najważniejszy.
Obejrzałem się i zobaczyłem dwie studenckie twarze, obie w okularach, patrzące ze wstrętem na orszak.
Za żandarmami, błyszcząc w słońcu srebrnym haftem karmazynowych czerkiesek i kołysząc się w siodłach, jechali kozacy cesarskiego konwoju.
- I z nahajeczkami jadą - zauważył ten sam głos.
Potem, niezbyt porządnym czworobokiem, przejechali dońscy kozacy, a za nimi, już zupełnie bez żadnego szyku, deputacja azjatyckich poddanych rosyjskiego imperium - w różnobarwnej odzieży, na ozdobionych dywanami cienkonogich, skocznych koniach. Poznałem emira Buchary i chana Chiwy, obaj z gwiazdami i w złotych generalskich epoletach, dziwacznie wyglądających na ich orientalnych chałatach.
Trzeba było jeszcze długo czekać. Przeszła procesja marszałków szlachty w paradnych mundurach, za nimi ukazał się kamerfirer Bułkin, szefujący sługom dworu: gońcom, Murzynom w turbanach, kamerkozakom.
I wreszcie na przybranych flagami i girlandami balkonach zaszumiało, zamachano rękoma i chusteczkami, widzowie wychylili się w przód - domyśliłem się, że zaraz będzie środek kolumny.