Portier Nosi Garnitur Od Gabbany
- Автор: Weisberger Lauren
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Portier Nosi Garnitur Od Gabbany». Краткое содержание книги:
Biuro miało kształt ogromnego prostokąta, którego wszystkie boki obstawiono lśniącymi skórzanymi sofami i wszędzie po-urządzano kąciki do siedzenia. Teoretycznie rzecz biorąc, nie istniały indywidualne biurka, tylko dwa wielkie stoły w kształcie półksiężyców, które tworzyły okrąg, nie licząc niewielkich przerw, gdzie połówki się nie stykały, tworząc dojście do wspólnych faksów i drukarek pośrodku. Każdy z nas miał własnego laptopa, którego można było albo zamykać na noc w szafie, albo zabierać do domu, i codziennie zajmowaliśmy miejsca do pracy według zasady „kto pierwszy, ten lepszy”. Wszyscy usiłowaliśmy siąść na dwóch czy trzech miejscach, których Kelly nie mogła widzieć ze swojego biura, i dziś Elisa zdołała zagarnąć kilka metrów pierwszorzędnej przestrzeni. Rzuciłam laptopa na stół i bardzo ostrożnie wyjęłam kubek kawy z papierowej torby, uważając, żeby nie uronić ani jednej złocistej kropli. Elisa praktycznie dyszała w oczekiwaniu.
– Och, Bette, siadaj wreszcie, do cholery. Wszystko mi opowiedz, ledwo mogę wytrzymać.
– Co mam ci powiedzieć? Świetnie się wczoraj bawiłam. Dzięki za zaproszenie.
– Zamknij się! – pisnęła, co najwyraźniej stanowiło jedyną uznawaną przez nią metodę komunikacji. – Jaki był… – Pauza. Głęboki wdech. – Philippe?
– Philippe? Masz na myśli Philipa? Mnie nie wydawał się francuski.
– Och, Boże, zdecydowanie umyka ci to, co ważne. Jest absolutnie cudowny, nie uważasz?
– Właściwie to uznałam go za durnia – powiedziałam, co po części było prawdą. Jednocześnie to samo sprawiało, że wydawał się wyjątkowo intrygujący, oczywiście, ale miałam wrażenie, że nie ma potrzeby się do tego przyznawać. Elisa gwałtownie wciągnęła powietrze i wbiła we mnie wzrok.
– Co takiego powiedziałaś? – wyszeptała.
– Powiedziałam, że uznałam…
– Słyszałam. – Teraz był to prawie pomruk. – Po prostu nie potrafią sobie wyobrazić, czemu miałabyś coś takiego twierdzić. Wyglądało na to, że dobrze się bawisz, kiedy obściskiwałaś się z nim na parkiecie. Jest całkiem niezły, co? Wiadomo, że wprawa czyni mistrza, prawda?
Mogła oczywiście mówić o tańcu, ale wyraz jej twarzy, rozmarzony i lekko nieobecny, sugerował coś innego.
– Eliso, co masz na myśli?
– Och, Bette, daj spokój! Mówimy tu o Philipie Westonie.
– I to mi powinno coś mówić?
– Omójboże, Bette, jak ty się kompromitujesz. Mówisz serio? Nie masz pojęcia, kto to jest? Absolwent Eton i Oksfordu, z dyplomem z prawa z Yale? Najmłodszy prawnik, jaki kiedykolwiek został partnerem w Simpson Thacher? Dziadek książę, ojciec właściciel większości ziemi między Londynem a Manchesterem, z dodatkowymi kawałkami w Edynburgu? Fundusz powierniczy wystarczająco duży, żeby porównać go z wysokością długu narodowego? Były chłopak Gwyneth, obecnie pupilek różnych modelek reklamujących Victoria's Secret, ogłoszony „Adonisem nocnego życia” przez sam magazyn „New York”? Czy to ci cokolwiek mówi? – W tym momencie prawie się śliniła.
– Właściwie to nie – wyjąkałam, starając się ogarnąć wszystko, co powiedziała, gdy tymczasem krew dudniła mi w uszach. Książę? Gwyneth?
– Co za ironia losu – wymamrotała Elisa. – Każda dziewczyna na świecie stawia sobie za życiowy cel uprawianie seksu z Philipem Westonem, a ty idziesz i to robisz, nawet nie wiedząc, kim on jest? To nie do zniesienia.
– Seks z nim? Co? – Jeżeli mianem „uprawiania seksu” określasz przysłuchiwanie się, jak zwalnia służącą za poważne zaniedbanie w kwestii prześcieradeł za cztery tysiące dolarów, to tak, mieliśmy niesamowitą noc.
– Bette! Skończ z tą stylizacją,jestem taka niewinna”. Wszyscy cię wczoraj widzieliśmy!
W tym dokładnie momencie nie potrafiłam pojąć niczego poza faktem, że ten sam mężczyzna, który uprawiał seks z Gwyneth Paltrow, nie tylko widział mnie nago, ale obejrzał też bieliznę przeznaczoną na czas miesiączki, nieogolone nogi i strasznie zarośniętą linię bikini.
– Do niczego nie doszło – mruknęłam, zastanawiając się, jak szybko mogłabym spakować torby, zmienić nazwisko i przeprowadzić się do Bhutanu.
– Jasne. – Uśmiechnęła się lubieżnie.
– Nie, naprawdę, słowo. Obudziłam się u niego w mieszkaniu i faktycznie, miałam na sobie jego ubranie, ale zupełnie nic się nie wydarzyło.
Elisa wyglądała na zmieszaną i rozczarowaną.
– Jak to w ogóle możliwe? Jest o wiele zbyt rozkoszny, żeby mu się oprzeć.
– A ty z nim spałaś, Eliso? – zapytałam prowokująco, nagle doznając olśnienia.
Wyglądała, jakbym ją uderzyła.
– Nie!
– Przepraszam, nie miałam zamiaru sugerować… tylko żartowałam, nie myślałam, że miałaś…
– Sypiesz mi sól na rany. Od wieków mam na niego ochotę, ale on ledwie spogląda w moją stronę. Oczywiście ciągle go spotykam i bez dwóch zdań wie, kim jestem, więc może to tylko kwestia czasu… – Jej głos znów nabrał marzycielskiego tonu.
Zakaszlałam i Elisa się ocknęła. Właśnie miałam poczuć się miłe połechtana faktem, że Philip zabrał mnie wczoraj wieczorem do siebie, kiedy mógł mieć zamiast tego Elisę, ale nie zdążyłam się ucieszyć.
– Bo wiesz, facet prześpi się z każdą sensownie wyglądającą dziewczyną, jaka wpadnie mu w ręce, więc po prostu nie rozumiem, co jest nie tak ze mną – stwierdziła bez wyrazu.
– Każdą dziewczyną? – zdziwiłam się, wciąż zdeterminowana, by trzymać się złudzenia, że mogę być dla niego tą jedną jedyną.
– No tak, właściwie z każdą seksowną dziewczyną, i dlatego nie rozumiem, czemu na mnie nie reaguje. Może po prostu nie lubi chudych kobiet.
Auć. Niezamierzone, ale bolesne. Czekałam, podczas gdy Elisa wróciła do analizy sytuacji.
– Policzmy. Skye się z nim spotykała, ale wieki temu, o wiele wcześniej, niż stał się tym, kim jest teraz. Tak samo jedna z dziewczyn od wykazów – ta ładna – i ta dziewczyna, która była na okładce „Marie Claire” w zeszłym miesiącu, i spora grupa najbardziej seksownych dziewczyn z Conde Nast *. – Nie przestawała sypać nazwiskami pięknych i znanych w towarzystwie dziewczyn, z których część potrafiłam rozpoznać po latach niedbałej lektury plotkarskich kolumn i stron poświęconych wydarzeniom towarzyskim, ale ledwie ją słyszałam. Na szczęście zdążyła wyliczyć tylko z tuzin, zanim Kelly wychyliła się ze swojego biura i zawołała, żebym weszła do jej piekła w zwierzęce ciapki – całe pomieszczenie zostało wykończone halucynogenną mieszanką materiałów w zebrę, lamparta i tygrysa oraz obficie zaopatrzone w przesadnie duże futrzane poduszki i gigantyczny dywan z futra w cętki.
– Cześć, Bette. Jak tam idzie? – zapytała zadowolona, zamykając drzwi i pokazując, żebym zajęła miejsce na krześle pokrytym czymś, co w dotyku przypominało prawdziwą skórę i włosy.
– Ee, świetnie jak na razie. Pierwszy tydzień był wspaniały.
– Tak się cieszę! Też tak uważam! – Jeszcze szerszy uśmiech.
– No tak. Ale poważnie, jestem szczęśliwa, że tu pracuję i obiecuję opanować to wszystko najszybciej jak to możliwe, żebym mogła naprawdę coś z siebie dać, zamiast tylko się przyglądać – powiedziałam z rozsądną, jak uznałam, dozą trzeźwości i spójności.
* Conde Nast. – od 1909 największe pozostające w prywatnych rękach wydawnictwo prasowe.