KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów
- Автор: Акунин Борис Чхартишвили
- Серия: Przygody Erasta Fandorina #8
- Язык: польский
- Жанр: Исторические детективы
Электронная книга - «KORONACJA,czyli ostatni z Romanowów». Краткое содержание книги:
Wielka księżna oblała się rumieńcem, a ja zrozumiałem: doszło do okropnego, skandalicznego wydarzenia, jednego z tych, które wstrząsają fundamentami monarchii. Osoba krwi cesarskiej niestosownie się zakochała! Tu nie sposób było się pomylić, chociaż nie mogę się uważać za znawcę kobiet i ich uczuć.
Afanasij Ziukin jest starym kawalerem i prawdopodobnie taki już pozostanie. Widać na mnie nasza zasłużona dynastia się zakończy, wprawdzie mam jeszcze brata, ale on utracił prawo do kontynuowania rodu dworskich służących Ziukinów.
* * *
Mój ojciec, Stiepan Filimonowicz, a wcześniej jego ojciec, Filimon Jemieljanowicz, w wieku siedemnastu lat zostali zaręczeni z dziewczynami z takich samych rodzin dworskich służących, a mając po osiemnaście lat, już mieli pierworodnych synów. Obaj przeżyli ze swoimi małżonkami tyle lat w szacunku i miłości, że daj Boże tak każdemu. Ale na mnie szczęśliwa gwiazda naszego rodu wygasła. Ziukinowie się wyrodzili, ponieważ dostała mi się dusza wątła i niezdolna do kochania.
Miłości do kobiety nie zaznałem nigdy. Zachwyt - to inna sprawa; takiego uczucia doświadczyłem, będąc jeszcze podrostkiem, a było tak mocne, że na zwykłą miłość jakoś mi już siły nie starczyło.
Od czternastego roku życia służyłem jako kozaczek w jednym wielkoksiążęcym domu, zbyt znanym, bym mógł powiedzieć, w którym dokładnie. A jedna z wielkich księżnych, której imienia też nie przytoczę, była moją rówieśnicą. Często zdarzało mi się towarzyszyć jej na konnych spacerach. W całym swoim dalszym życiu nie spotkałem panny ani kobiety, która choć w przybliżeniu mogłaby się równać z jej wysokością - nie, nie urodą, choć wielka księżna była nieopisanie piękna, tylko blaskiem bijącym od całej jej postaci. Nie umiem tego wyjaśnić lepiej, ale dostrzegałem ten blask zupełnie jak zjawisko fizyczne, tak jak inni widzą promienie księżyca czy łunę lampy.
Nie pamiętam, żebym chociaż raz rozmawiał z jej wysokością albo zadał jakiekolwiek pytanie - jedynie, milcząc, skwapliwie wypełniałem jej polecenia. Moje życie w tych latach składało się z dni, które były, i dni, których nie było. Zobaczyłem ją - dzień był; nie zobaczyłem - dnia jakby nie było, tylko pustka i ciemność.
Ona pewnie myślała, że jestem niemy, i albo było jej mnie żal, albo po prostu przywykła, bo czasami przyglądała mi się z takim łaskawym uśmiechem, że aż zastygałem w miejscu. Raz zdarzyło się tak podczas skoków w lesie - jej wysokość obejrzała się za mną i uśmiechnęła, a ja ze szczęścia puściłem wodze. Kiedy oprzytomniałem, leżałem na ziemi. Dookoła wszystko płynęło, nade mną pochylała się jasna twarz, a w oczach jej wysokości lśniły łzy. Przypuszczam, że była to najszczęśliwsza chwila w moim życiu.
Służyłem na tym dworze jako kozaczek przez dwa lata siedem miesięcy i cztery dni, dopóki wielkiej księżny nie wyswatano z pewnym niemieckim księciem. W cesarskiej rodzinie śluby przygotowywano powoli i miałem tylko jedno marzenie: zostać zaliczonym do tych sług, które pojadą z jej wysokością do Niemiec. Był jeden wakans - młodszego lokaja. Nie udało się. Ojciec, mądry człowiek, nie pozwolił.
Już nigdy więcej nie widziałem jej wysokości. Tylko na Boże Narodzenie tamtego roku otrzymałem od niej własnoręczny list. Do dziś przechowuję go razem z obrączkami rodziców i książeczką oszczędnościową, ale nigdy go nie czytam - i tak znam na pamięć. To właściwie nie list, tylko zapisek. Jej wysokość przysłała podobne wszystkim swoim byłym sługom, które pozostały w domu.
Miły Afanasiju! U mnie wszystko w porządku, niedługo pojawi się potomek - syn albo córka. Często wspominam nasze spacery. Pamiętasz, jak spadłeś z konia, a ja pomyślałam, że zabiłeś się na śmierć? Niedawno mi się przyśniłeś i w tym śnie nie byłeś żadnym sługą, tylko księciem, i mówiłeś mi coś bardzo radosnego i przyjemnego, lecz nie zapamiętałam co. Bądź szczęśliwy, Afanasiju, i wspominaj mnie od czasu do czasu.
Takie słowa od niej otrzymałem. Więcej listów nie było, ponieważ przy pierwszym porodzie jej wysokość zmarła i już od bez mała trzydziestu lat przebywa wśród aniołów, gdzie jej bez wątpienia lepiej niż na naszym grzesznym padole.
W ten sposób okazało się, że mój ojciec miał całkowitą rację, choć długo - do samej jego śmierci - nie mogłem mu wybaczyć, że nie puścił mnie do Niemiec. Wkrótce po odjeździe jej wysokości skończyłem siedemnaście lat i rodzice chcieli mnie ożenić z córką starszego szwajcara z pałacu Aniczkowskiego. Dziewczyna była ładna, ale ja za nic nie chciałem jej poślubić. Czasami, mimo spokojnego i zgodnego charakteru, bywam uparty. Ojciec ze mną walczył, przekonywał, ale w końcu ustąpił. Sądził, że z czasem się rozmyślę. Mnie jednak nigdy już nie naszła ochota na życie rodzinne.
Dla prawdziwego sługi tak lepiej - nic go od służby nie odrywa. Foma Anikiejewicz także nie jest żonaty. A legendarny Prokop Swiridowicz, choć miał żonę i dzieci, to trzymał rodzinę na wsi i odwiedzał ją tylko dwa razy do roku - na Boże Narodzenie i Wielkanoc.
Prawdziwy sługa wie, że jego służba to nie stanowisko, lecz styl życia. Nie zdarza się tak, że od rana do wieczora jesteś sługą, a później wracasz do siebie i stajesz się po prostu Afanasijem Ziukinem. Sługa jest jak dworzanin i korzenie ma te same, tylko że my jesteśmy dla siebie mniej pobłażliwi niż dworzanie. Dlatego wyżej się nas ceni.
Wielu chciałoby prawdziwego sługę - cesarskiego czy wielkoksiążęcego - do siebie zwabić, a zdarzało się, że proponowano przy tym olbrzymie sumy. Każdy bogacz byłby dumny, gdyby w jego włościach porządek był taki sam jak w cesarskich pałacach. Mój rodzony brat, Froł, nie wytrzymał, skusiło go bogactwo. Teraz jest sługą - nie, u nich nazywa się to „majordomus” - moskiewskiego milionera, bankiera Litwinowa, pochodzącego z Żydów. Froł otrzymał pięć tysięcy odkupnego i trzy tysiące rocznie, i to ze wszystkim: mieszkaniem i premiami. Był sługa, i nie ma sługi.
Wszelkie stosunki z bratem zerwałem. On także nie próbuje się kontaktować - rozumie swój grzech. Co tam milioner - ja i do księcia Woroncowa nie poszedłem, choć obiecywał mi złote góry. Służy się tylko temu, z kim nie można się porównywać. Konieczny jest dystans: z tej strony ma być coś ludzkiego, a z tamtej - boskiego. Dystans zawsze pomaga zachować szacunek. Nawet kiedy zastaniesz Gieorgija Aleksandrowicza w służbówce u kucharki Manufy albo gdy nocą przywiozą fiakrem nieprzytomnego Pawła Gieorgijewicza, całego w wymiocinach. A kto to taki książę Woroncow? Po prostu dworzanin, zwykły szlachcic. I my, Ziukinowie, byliśmy szlachtą, chociaż niedługo.